Serwuj, aby wygrać! Opowieść Novaka Djokovicia

Serwuj, aby wygrać! Opowieść Novaka Djokovicia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Novak Djoković właśnie wygrał Wimbledon. Jest zatem nie lada okazja, żeby napisać dwa słowa o Djokoviciu. Wiem, nie jest biegaczem, a ja się znam na tenisie mniej więcej jak polscy komentatorzy (niektórzy) na piłce nożnej. Dlatego o tenisie pisać nie będę. Za to napiszę o książce, która wpadła mi w ręce jakoś na wiosnę.
„Serwuj, aby wygrać” – to coś w rodzaj sportowej autobiografii Djokovicia. Od pierwszego spojrzenia napędziła poważnych obaw mojemu osobistemu małżonkowi. I nie chodziło o to, że nagle mogłabym zapałać miłością do tenisa. To może nawet by zniósł, bo ekonomiczność biegania już dawno okazała się przereklamowana. Ale bezpośrednio pod tytułem książki widnieje dopisek „Plan 14 dni bez glutenu”. Czyli rzecz jest z jedzeniem w tle.

Poprzednia autobiograficzna opowieść sportowa z dietą w tle („Jedz i biegaj” Scotta Jurka) spowodowała, że po jakimś czasie i ja porzuciłam jedzenie produktów zwierzęcych. Gdybym teraz postanowiła „rzucić gluten”, mogłoby to oznaczać, że drobne uciążliwości życia codziennego (np. rezygnacja z pizzy w pewnej restauracji, gdzie ser okazał się punktem spornym) zmieniłyby się w uciążliwości większego kalibru (na pizzę już raczej byśmy nie poszli, zamawianie też byłoby bezcelowe).

Od razu napiszę, że w autobiografii Djokovicia dieta odgrywa dużo większą rolę niż u Jurka. Staje się jednym z głównych czynników, sił sprawczą jego zwycięstw – na Wimbledonie i nie tylko. I Djoković trochę „ewangelizuje” w duchu diety bezglutenowej, choć robi w to sposób, który nie irytuje i nie złości czytelnika. Ot, może jedynie rozbawia swoim zaangażowaniem.
Diecie jest poświęcona duża część książki. Ostatnie 30 stron to menu na różne okazje i przepisy do proponowanych potraw. Także wewnątrz nie brakuje wskazówek kulinarnych. Jednak w odróżnieniu od „Jedz i biegaj” – przepisy Djokovicia są oparte na powszechnie dostępnych produktach i są zdecydowanie tańsze niż przepisy Jurka.

Ale ja nie o jedzeniu chciałam pisać. Tylko o człowieku. Bo Djoković dzieli się swoją biografią niemal mimochodem, pozostawiając ją w tle. A przecież tajemnica jego sukcesu nie tkwi tylko i wyłącznie w tym, że nie jada glutenu. Gdyby tak było, wszyscy potencjalni mistrzowie zapewne zrezygnowaliby z chleba, makaronu i pizzy. Jednak sama dieta, jakkolwiek ważna, sukcesu nie gwarantuje.
Człowiek Djoković przemawia do mnie, kiedy pisze: „Trenowaliśmy w miejscach, które ostatnio bombardowano, sądząc, że skoro wczoraj spadły tam pociski, dzisiaj się to nie powtórzy. Graliśmy bez siatki, na pokruszonym betonie. Moja przyjaciółka Ana Ivanoić trenowała w pustym basenie”. Jak bardzo ta wypowiedź kontrastuje w moich oczach z opowieściami niektórych zawodników o szopach i trudnych warunkach. Jak bardzo ukazuje, że zwycięstwo nie wykuwa się wtedy, kiedy wszystko mamy dane, ale wtedy, kiedy musimy o nie – zawalczyć. Z całych sił.

I jeszcze jeden cytat ukazujący całą mizerię polskiego przyszłego-niedoszłego-obrażonego mistrza. Djoković pisze: „Trzynaście lat wcześniej [mowa o roku 1993 - APP] siedziałem w maleńkim salonie nad pizzerią moich rodziców , w odległym górskim miasteczku Kopaonik w wiejskim zakątku Serbii, oglądałem, jak Pete Sampras wygrywa Wimbledon, i wiedziałem: pewnego dni to będę ja. Nigdy przedtem nie grałem w tenisa. Nawet nie znałem nikogo, kto by grał. W Serbii był to sport równie nieznany jak szermierka. (…) Mimo to po prostu wiedziałem, że niczego nie pragnę bardziej: chciałem unieść nad głowę wimbledoński puchar i usłyszeć wiwatujący tłum”. Mogę zgadywać, Djoković w małej serbskiej wiosce miał czas na dziecięce marzenia. A wiadomo, że bohaterowie wyrastają właśnie z dziecięcych marzeń. Warto o tym czasami pamiętać, kiedy zapisujemy młodego sukcesora na kolejne zajęcia, na które idzie bez radości i wraca z nich ze skrzywioną miną.

Ale nie tylko rodzicom przyszłych mistrzów i nie tylko osobom z problemami trawiennymi polecam biografię Djokovicia. Myślący czytelnik znajdzie w niej wiele inspiracji. Nie tylko kulinarnych. I nie tylko z zakresu psychologii sportu.
„Serwuj, aby wygrać”, Novak Djoković, Wydawnictwo Bukowy Las, 2014.

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...