Jak dobrze nam zdobywać góry…

Jak dobrze nam zdobywać góry…

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nuciłam z niekłamanym sarkazmem słowa tej turystyczno-harcerskiej piosenki wdrapując się na Śnieżkę. Wdrapywałam się dosłownie, gdyby nie to, że kilka dni przed wyjazdem robiłam manicure, to pewnie i pazurami po tych skałach i poręczach bym darła. Pazurami od rąk rzecz jasna, bo nogi ze mną nie współpracowały. Od jakiegoś czasu. A podejście na Śnieżkę obnażyło mą słabość w sposób bezwzględny. Wyprzedzały mnie kobiety w klapkach japonkach, panowie w ciążach spożywczych panowie z dziećmi na plecach oraz dzieci jako takie. Oraz zwierzęta.
W którymś momencie, jakieś niespełna 100 m od szczytu, usiadłam na kamieniu i pewnie bym już tak została, rozważając, dlaczego nie zakończyłam biegu przed wejściem na Śnieżkę, gdyby nie życzliwy współbiegacz, który przechodząc mimo zwrócił mi uwagę, że do szczytu już naprawdę niedaleko. „W sumie – słusznie” – stwierdziłam i ruszyłam za nim. Co prawda było mi słabo, niedobrze, kręciło mi się w głowie, a nogi były jak koły, ale ruszyłam. Z mocnym postanowieniem, że jak tylko zejdę z drugiej strony – to zejdę też z trasy biegu, bo ukończenie go raczej nie mieści się w granicach moich możliwości tu i teraz. Muliło mnie gigantycznie i rozglądałam się za jakimś dyskretnym krzaczkiem, ale na Śnieżce nie było mowy, ani o krzaczku, ani o – dyskretnie.

Cóż było robić? Ruszyłam powoli w dół. Ale że było w dół – nawet powoli okazało się jakby ciut szybciej. Oczywiście natychmiast złapała mnie kolka. Rozciągnęłam j nie przestając truchtać. Kiedy dobiegłam do podśnieżkowego punktu po raz drugi, już nie myślałam o schodzeniu z trasy. Zresztą, tak na zdrowy rozum, niby jak ja bym stamtąd wróciła? Przecież nawet kasy na jakiś autobus nie miałam… To już lepiej było toczyć się do mety. Napiłam się tylko solidnie wody, pilnując, żeby przypadkiem nie wciągnąć izotoniku, który ewidentnie mi szkodzi.

Spojrzałam na zegarek. Przeliczyłam w głowie. Oj. Słabo. Będę miała problem ze zmieszczeniem się w limicie. Niby już jestem za półmetkiem, ale to nie znaczy, że już z górki. To prawda, że Śnieżki więcej nie będzie, a ze Śnieżnych Kotłów czeka mnie zbieg, ale też i zmęczona jestem już mocno – i te nogi. Jak kołki. Ale czemu się dziwić, skoro najdłuższa aktywność jaką ostatnio odbyły to spokojne asfaltowe 17 km…? Nie miałam jednak wyjścia. Tam, gdzie było z górki albo przynajmniej płasko – musiałam biec. Na 25. kilometrze złapałam plecy biegacza w niebieskiej koszulce Festiwalu Biegowego – i tak się ciągnęliśmy – raz ja wyprzedzałam, raz on. W ten sposób minęliśmy jedną parę. Kiedy dotarliśmy do 30 km, wiedziałam już – zmieścimy się w limicie. Musimy napierać dalej, będziemy minuty przed zamknięciem mety, ale powinniśmy dać radę. Z tej radości próbowałam podbiec sobie po prawie równym. I równo pięknie podcięło mi nogi, wywinęłam konkursowego orła, który tak mnie zdziwił, że przez ułamki sekund leżałam skulona na ziemi (bo zwinęłam się, żeby zasłonić głowę). Mój biegowy towarzysz natychmiast był przy mnie – pytając, czy wszystko w porządku. No, nie licząc krwawiącego kolana, jakiejś krwi na dłoni oraz szczypiącego łokcia – w sumie byłam cała… Kolano przepłukaliśmy wodą z camelbaka kolegi i ruszyliśmy dalej. Chwilę później dogoniła nas koleżanka, która wyprowadziła mnie z błędu co do dystansu. Bo, nie wiedzieć czemu, do tej pory byłam przekonana, że mamy do pokonania 48 km. Nie ma to, jak się miło rozczarować. Oficjalnie podawanym dystansem było jednak ok. 46 km.

Od razu jakby skrzydeł dostałam. Na zejściu do punktu minęłam jeszcze dwóch panów. Na punkcie moje cały czas krwawiące kolano nie zainteresowało służb medycznych, więc obficie zlałam je wodą -  i ruszyłam dalej. Po drodze dogoniłam jednego biegacza, który mijał mnie jakieś… 17 km wcześniej, mówiąc, że jeszcze go wyprzedzę. Cóż, podbieg, a raczej podejście pokonywaliśmy wspólnie. Potem ja byłam troszkę z przodu. A kiedy odwróciłam się następny raz – byłam sama… I napierałam. Mimo że to był 35 kilometr. Mimo że było pod górkę. Bieg to to nie był, ale szybko posuwałam się do przodu. Do Śnieżnych Kotłów dogoniłam kolejnych dwóch biegaczy. Wiedziałam już, że w limicie zmieszczę się spokojnie. Choć bez fajerwerków. Teraz jednak nie liczył się wynik, a dotarcie do mety.

Ze Śnieżnych Kotłów schodziłam już bardzo raźno. Tuż przed Schroniskiem Pod Łabskim Szczytem dogoniłam biegaczkę, którą ścigałam od podnóża Śnieżki. Na punkcie wypiłam tylko dwa kubki wody. Od 13 km nic nie jadłam – miałam żele, ale po akcji na górze trochę się bałam. Uznałam, że dopóki nie czuję się osłabiona – lepiej nie będę jadła. Ostatecznie pewne naturalne zapasy mam…

Od Schroniska droga już wiodła w zasadzie wyłącznie w dół i miała dość przyjemną nawierzchnię. Zaczęłam się rozpędzać. Jak kula śniegowa nabierałam szybkości. Humor mi się poprawiał z każdą pokonaną stumetrówką. Aż do przedostatniego zakrętu, kiedy to… zmyliły mnie strzałki i jedna pani mówiąc, że mam biec prosto… Dopiero jakieś 100 m dalej kolejni turyści mnie zawrócili na właściwą drogę, a ja dale pewności zaczekałam jeszcze na tych, co byli za mną. A potem włączyłam turbo i pognałam….

Za górką zobaczyła żółtą koszulkę małżonka. Zaczęłam machać entuzjastycznie. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo Tomek stwierdził, że jednak więcej w tym było rozpaczy niż entuzjazmu. Oddałam mu plecak i pędziłam prosto na czerwoną bramę. A za nią jeszcze był mały zbieg, ostry zakręt i…. 200 m podbiegu. Ale przecież nie podchodzi się przy kibicach… Wpadłam na metę szczęśliwa jak chyba nigdy, choć z czasem tak słabym jak nigdy (7:30:20, miejsce 393).

Potem Piotr napisał na FB coś o statystykach. Zerknęłam w wyniki. Od Śnieżki do mety minęłam 27 osób… Jedna minęła mnie, ale to się nie liczy, bo na Śnieżce była przede mną.

Tymczasem za metą najpierw padłam, a potem - wpakowałam się po same uda do ogrodowego baseniku z zimną wodą, który tam stał ku uldze i uciesze biegaczy…

Jak dobrze nam zdobywać góry… - nuciliśmy sobie z małżonkiem już bez cienia sarkazmu na drugi dzień, kiedy najpierw sportowym marszem podeszliśmy na Szrenicę, a potem pod prąd starej trasy MK dotarliśmy do Śnieżnych Kotłów – i zbiegliśmy spod Łabskiego Szczytu. I jeszcze kolejnego dnia, kiedy o poranku próbowaliśmy wbiec na Kamieńczyk…

Co zrobić, droga na szczyt zazwyczaj wiedzie pod górkę...

Ostatnie wpisy

  • Chasing the Breath – W pogoni za oddechem 18 sty 2017, 16:53 Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za...
  • Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia 30 cze 2016, 10:15 Za 12 godzin ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. A chciałam coś napisać o EURO. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę...
  • „Niezłomny”. Dlaczego warto. 5 sty 2015 - Ania, Louis nie żyje – zaczepiła mnie jakoś w lipcu koleżanka. – JAKI LOUIS? – zapytałam dużymi literami, wstrzymując oddech. – Louis Zamperini, niezłomny – gdyby nie to, że rozmawiałyśmy przez FB, pewnie usłyszałabym szloch w jej głosie. Louis...
  • Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła 18 gru 2014 Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności...
  • Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog 30 wrz 2014 Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie...