Terry Gilliam zagubił się w La Manchy

Terry Gilliam zagubił się w La Manchy

Dodano: 
Wiele jest filmów, w których współczucie dla bohatera, miesza się z odczuwaną do niego sympatią. Wiele jest filmów o niespełnionych marzeniach, o niezdarności i bujaniu w obłokach. Jeszcze więcej filmów opowiada o walce z wiatrakami. Ale tak dobrych filmów, jak „Zaginiony w La Manchy” Terry'ego Gilliama, jest niewiele.
Choć Terry Gilliam znany jest z prób realizowania wizji, których nikt inny oprócz niego nie odważyłby się tknąć, jego filmy zawsze odnosiły wielkie sukcesy. Przypomnijmy choćby „Monty Python i Święty Graal” „Brazil”, „12 małp”, „Fisher Kinga” czy rewelacyjną „Krainę traw”. Zdarza się jednak, że Gilliam ulega szaleństwu własnych wizji - tak było w przypadku „Przygód barona Münchausena". Reżyser uwierzył wówczas w zapewnienia producenta o niewyczerpalnych źródłach finansowania i ponaddwukrotnie przekroczył budżet filmu. Tym razem miało być inaczej.

Gilliam stoczył wiele bitew, by zrealizować swoje największe marzenie filmowe. Kilkakrotnie próbował zainteresować Hollywood historią błędnego rycerza z La Manchy i jego rozsądnego giermka. Po kilkunastu latach bezskutecznego przekonywania inwestorów do Don Kichota przeniósł się do Europy, ale jego kłopoty wcale się nie skończyły. Rok przed rozpoczęciem zdjęć część inwestorów wycofała się z przedsięwzięcia, a Terry Gilliam musiał zredukować budżet do niezbędnego minimum. A to był dopiero początek. Gilliam jednak nie poddał się i stworzył jeden z najlepszych w historii kina filmów o filmie. Właśnie tak - „Zagubiony w La Manchy” to film o nieudanej adaptacji powieści „Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy”.

Obsesja Terry'ego Gilliama na punkcie Don Kichota jest powszechnie znana. - Don Kichot od dawna stanowi tło twórczości Terry'ego. Ta postać przemawia do niego, ponieważ radośnie walczy z przeciwnościami losu, logiki i rzeczywistości. To pasuje też do niego – tłumaczył przyjaciel reżysera, który swoją fascynację potrafił przekuć w kapitalną historię o pościgu za marzeniami. Film „Zagubiony w La Manchy” to smakowita porcja czarnego humoru i groteski. Ale uwaga! Nie przyśnijcie na początku filmu! Pierwsze 10-15 minut jest zbitką wielu danych historii i anegdot. To dosyć chaotyczne i – niestety – nudne wprowadzenie. Po kwadransie film nabiera jednak niesamowitego przyspieszenia.

Od samego początku wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ten film po prostu nie może się udać. Choć Gilliam zaprosił wspaniałych aktorów, współpracował ze sprawdzoną ekipą, miał konkretny i jasny plan – wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Wyobraźcie sobie miesiąc, w którym nic wam się nie udaje i pomnóżcie to przez tysiąc, a nie uzyskacie nawet połowy tego, co przytrafiło się ekipie Gilliama. Zakłócające dźwięk myśliwce F-16, przelatujące co chwilę nad planem filmowym. Aktorzy, którzy nie pojawiali się na próbach. Fochy agenta Vanessy Paradis. Jean Rochefort (odtwórca roli Don Kichota), który opuścił plan zdjęciowych z przyczyn zdrowotnych. Ulewne deszcze, które całkowicie zmieniły krajobraz. Studio, w którym źle rozchodzi się dźwięk. I wiele, wiele innych przerażających zbiegów okoliczności.

Film „Zagubiony w La Manchy” kilka tygodni temu pojawił się na DVD. Warto, by obejrzeli go zarówno fani twórczości Gilliama, młodzi adepci filmówek, jak i wszyscy, którzy bez powodzenia uganiają się za marzeniami. Ci ostatni w „Zagubionym w La Manchy” znajdą pocieszenie – zobaczą wielkiego reżysera, któremu nic się nie udaje, tak jak czasem zdarza się to każdemu z nas. T o jednocześnie film, który intryguje - bo do końca wierzymy w sukces Gilliama. I wzrusza - bo współczujemy jego twórcom. To film, który śmieszy - bo któż z nas nie uśmiecha się pod nosem, kiedy bohater ślizga się na skórce od banana. Ale też film, który uczy - bo możemy śledzić pracę wspaniałego reżysera i wielkich aktorów (móc podziwiać Johnny'ego Deppa w akcji było wielką przyjemnością). To w końcu film, który pozwala powrócić na chwilę do zapomnianego już świata dziecięcej wyobraźni, gdzie dobro walczyło ze złem w obronie słabszych. Po prostu.

Terry Gilliam narzekał, że nie jest mu dane stworzyć filmu o jego ukochanym bohaterze literackim. Próbował już trzykrotnie, ale wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. A jednak z uporem maniaka zapowiada kolejne próby. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że wszystkie one… spalą na panewce. Nie ma bowiem prawdziwszego filmu o Don Kichocie, niż ten, który nigdy nie powstał.

Na zakończenie mam dla was konkurs, w którym można wygrać jeden z ośmiu egzemplarzy filmu „Zagubiony w La Manchy”. Co trzeba zrobić? Terry Gilliam szykuje kolejne podejście do Don Kichota. Pomóżmy mu. Kto, według was, powinien zagrać tytułowego Don Kichota z La Manchy? Niech was poniesie wyobraźnia. Propozycje, wraz z uzasadnieniem, wysyłajcie na adres m.kawinski@wprost.pl. Czekam na nie do 10 marca. Do dzieła!

Ostatnie wpisy