Trzy rzeczy dla mnie są oczywiste. Pierwsza, to zależność między poziomem edukacji i wzrostem gospodarczym. Druga, to fakt, że podstawę decydującą o poziomie edukacji daje szkoła. Trzecia, ma – niestety – skrajnie konformistyczny charakter. Oczywiste jest, że pisać o jakości polskiej szkoły nie warto, bo to i tak nic nie zmieni, a naraża autora na otrzymanie setek e-maili, w których nauczyciele, w słowach uznanych powszechnie za niezbyt przyzwoite sugerują, co z takim jak ja należałoby zrobić.
Dwie pierwsze oczywistości czasem jednak przeważają nad trzecią i wtedy na owe listy się narażam. To, co wydarzyło się podczas tegorocznych matur jest taką nadzwyczajną okolicznością.
Na początek muszę oświadczyć, że byłem wielkim zwolennikiem centralizacji matur. Z tego oto powodu, że demoralizacja środowiska nauczycielskiego sprawiła, iż matura przeprowadzana i sprawdzana przez grono nauczycielskie z danej szkoły stała się wielką fikcją. A uważałem, że jeżeli szkoła ma czegokolwiek nauczyć, to trzeba w rzetelny sposób wiadomości sprawdzić oraz uzyskać zobiektywizowaną miarę, które szkoły zrobiły to lepiej, a które gorzej. Bardzo szybko się okazało, że twórcom owej reformy podobne cele wcale nie przyświecały o czym świadczyło wyrzucenie z matury matematyki, aby wyniki jej nie były prawdziwe (czyli złe) oraz to, że nikt nie interesował się dlaczego w jednej szkole maturę zdaje 90, w innej 20 proc. abiturientów.
W tym roku okazało się jednak, że matura scentralizowana jest także fikcją, ze względu na idiotyzm i błędy w pytaniach oraz jeszcze głupszy sposób oceny. (Jeżeli jeden z najlepszych znawców romantyzmu – Marcin Król za wypracowanie dostaje dwójkę, to ktoś powinien sobie w łeb palnąć. I to z armaty, bowiem kula karabinowa od takiego betonowego łba spokojnie się odbije).
Po tej katastrofie jedno jest pewne. Potrzeba wielkich zmian. I skoro klapę poniósł system centralnego zarządzania to chyba trzeba rozgonić w diabły MEN, kuratoria i Centralną Komisję Egzaminacyjną i popróbować systemu rynkowego. Jeśli nie będzie lepiej, to przynajmniej – na pewno – znacznie taniej.
Na początek muszę oświadczyć, że byłem wielkim zwolennikiem centralizacji matur. Z tego oto powodu, że demoralizacja środowiska nauczycielskiego sprawiła, iż matura przeprowadzana i sprawdzana przez grono nauczycielskie z danej szkoły stała się wielką fikcją. A uważałem, że jeżeli szkoła ma czegokolwiek nauczyć, to trzeba w rzetelny sposób wiadomości sprawdzić oraz uzyskać zobiektywizowaną miarę, które szkoły zrobiły to lepiej, a które gorzej. Bardzo szybko się okazało, że twórcom owej reformy podobne cele wcale nie przyświecały o czym świadczyło wyrzucenie z matury matematyki, aby wyniki jej nie były prawdziwe (czyli złe) oraz to, że nikt nie interesował się dlaczego w jednej szkole maturę zdaje 90, w innej 20 proc. abiturientów.
W tym roku okazało się jednak, że matura scentralizowana jest także fikcją, ze względu na idiotyzm i błędy w pytaniach oraz jeszcze głupszy sposób oceny. (Jeżeli jeden z najlepszych znawców romantyzmu – Marcin Król za wypracowanie dostaje dwójkę, to ktoś powinien sobie w łeb palnąć. I to z armaty, bowiem kula karabinowa od takiego betonowego łba spokojnie się odbije).
Po tej katastrofie jedno jest pewne. Potrzeba wielkich zmian. I skoro klapę poniósł system centralnego zarządzania to chyba trzeba rozgonić w diabły MEN, kuratoria i Centralną Komisję Egzaminacyjną i popróbować systemu rynkowego. Jeśli nie będzie lepiej, to przynajmniej – na pewno – znacznie taniej.