W Gdańsku Poczta Polska dostarcza przesyłki z kilkumiesięcznym opóźnieniem.
W telewizji chodzi ostatnio reklama Banku Pocztowego. Że niby to fajny bank, bo każdemu do niego po drodze. Zważywszy, że 75% akcji tej instytucji należy do Poczty Polskiej, nie byłbym tego taki pewien. Mnie na pewno nie jest po drodze z reliktami Peerelu.
Gorzej, że ostatnio listonoszom nie jest po drodze z mieszkaniami gdańszczan. Nie wiem, jak sytuacja wygląda w innych miastach, ale nad Motławą Poczta Polska dostarcza przesyłki z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Dostawa odbywa się zasadniczo raz w tygodniu. Aktualnie do rąk adresatów trafiają listy wysłane na przełomie października i listopada.
Dla mnie osobiście jest to poniekąd korzystne, bo tomiki wierszy tzw. młodych poetów i pisma literackie typu „Wakat” czy inne „Migotania, Przejaśnienia” same układają mi się w stos makulatury i po wyjęciu ze skrzynki od razu można nimi palić w piecu. Odpadają też rozterki z cyklu „iść czy nie iść?” na lokalne imprezy kulturalne. Gala finałowa Nagrody Literackiej Gdynia – dziękuję, przeszła bez echa tydzień temu. Festiwal Poezji w Sopocie – miło mi, ale już się skończył. Ponieważ 95% zaproszeń dotyczy imprez organizowanych głównie po to, żeby się odbyły, człowiek czuje się wolny, niezależny i w dodatku ma czyste sumienie.
Niestety, zdarzają się również tzw. zbuki, czyli zgniłe jaja. W piątek 7. grudnia otrzymuję np. z Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej list wysłany – jak informuje pieczęć okrągła – 29. października. W kopercie zaproszenie na promocję nowego zbioru wierszy mojego przyjaciela Piotra Cielesza, która odbędzie się… 13 listopada. Wybacz, drogi Piotrze, ale raczej nie zdążę.
Mniejsza jednak o straty towarzysko-literackie. Gorzej z tymi obywatelami, którzy po dwóch miesiącach od terminu płatności otrzymują rachunki za telefon, kablówkę itd. Podejrzewam, że są lekko wkurzeni, i mam szczerą nadzieję, że znajdą czas na wytoczenie pocztowemu molochowi procesów.
Rozmowa interwencyjna z przedstawicielką rejonowego urzędu Poczty Polskiej nie nastraja optymistycznie. – Są opóźnienia, bo nie mamy listonoszy. I będą jeszcze co najmniej przez miesiąc. – A później? – dociekam. – Później nie wiadomo.
Generalnie nie należy ufać instytucjom, które podkreślają w nazwie tożsamość narodową. Telekomunikacja Polska, Polskie Koleje Państwowe i Poczta Polska od lat robią Polaków w balona i wystarcza im jeszcze bezczelności, żeby pleść coś o profesjonalizmie, renomie i „innowacyjnych rozwiązaniach”. Dwu pierwszym firmom nie ma się co dziwić. Widocznie trudno było przez 17 lat znaleźć alternatywę dla wadliwych sieci telekomunikacyjnych czy przestarzałych i śmierdzących pociągów. Ale Poczta Polska powinna pomyśleć o interesie klienta. I zatrudnić do roznoszenia listów gołębie. Choćby na ten feralny miesiąc. Później się zobaczy.
Gorzej, że ostatnio listonoszom nie jest po drodze z mieszkaniami gdańszczan. Nie wiem, jak sytuacja wygląda w innych miastach, ale nad Motławą Poczta Polska dostarcza przesyłki z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Dostawa odbywa się zasadniczo raz w tygodniu. Aktualnie do rąk adresatów trafiają listy wysłane na przełomie października i listopada.
Dla mnie osobiście jest to poniekąd korzystne, bo tomiki wierszy tzw. młodych poetów i pisma literackie typu „Wakat” czy inne „Migotania, Przejaśnienia” same układają mi się w stos makulatury i po wyjęciu ze skrzynki od razu można nimi palić w piecu. Odpadają też rozterki z cyklu „iść czy nie iść?” na lokalne imprezy kulturalne. Gala finałowa Nagrody Literackiej Gdynia – dziękuję, przeszła bez echa tydzień temu. Festiwal Poezji w Sopocie – miło mi, ale już się skończył. Ponieważ 95% zaproszeń dotyczy imprez organizowanych głównie po to, żeby się odbyły, człowiek czuje się wolny, niezależny i w dodatku ma czyste sumienie.
Niestety, zdarzają się również tzw. zbuki, czyli zgniłe jaja. W piątek 7. grudnia otrzymuję np. z Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej list wysłany – jak informuje pieczęć okrągła – 29. października. W kopercie zaproszenie na promocję nowego zbioru wierszy mojego przyjaciela Piotra Cielesza, która odbędzie się… 13 listopada. Wybacz, drogi Piotrze, ale raczej nie zdążę.
Mniejsza jednak o straty towarzysko-literackie. Gorzej z tymi obywatelami, którzy po dwóch miesiącach od terminu płatności otrzymują rachunki za telefon, kablówkę itd. Podejrzewam, że są lekko wkurzeni, i mam szczerą nadzieję, że znajdą czas na wytoczenie pocztowemu molochowi procesów.
Rozmowa interwencyjna z przedstawicielką rejonowego urzędu Poczty Polskiej nie nastraja optymistycznie. – Są opóźnienia, bo nie mamy listonoszy. I będą jeszcze co najmniej przez miesiąc. – A później? – dociekam. – Później nie wiadomo.
Generalnie nie należy ufać instytucjom, które podkreślają w nazwie tożsamość narodową. Telekomunikacja Polska, Polskie Koleje Państwowe i Poczta Polska od lat robią Polaków w balona i wystarcza im jeszcze bezczelności, żeby pleść coś o profesjonalizmie, renomie i „innowacyjnych rozwiązaniach”. Dwu pierwszym firmom nie ma się co dziwić. Widocznie trudno było przez 17 lat znaleźć alternatywę dla wadliwych sieci telekomunikacyjnych czy przestarzałych i śmierdzących pociągów. Ale Poczta Polska powinna pomyśleć o interesie klienta. I zatrudnić do roznoszenia listów gołębie. Choćby na ten feralny miesiąc. Później się zobaczy.