Czarna Pantera

Czarna Pantera

Czarna Pantera
Czarna Pantera / Źródło: Marvel
“Umarł król. Niech żyje król” - tak w zasadzie zaczyna się historia opowiedziana w “Czarnej Panterze” Ryana Cooglera.

To już osiemnasty film w Marvel Cinematic Universe i ostatni przed majową premierą kolejnego zgrupowania postaci Uniwersum, czyli “Avengers: Infinity War”. A jednak jest to obraz, który można oglądać także w całkowitym oderwaniu od poprzedników. To samodzielna historia, przedstawiająca losy nowego bohatera.

Po śmierci króla T’Chaki, (która miała miejsce w “Wojnie Bohaterów”, ale zostaje przypomniana w retrospekcjach), tron ma objąć jego syn T’Challa (niezły Chadwick Boseman). Jako jednym z pierwszych zadań nowego władcy będzie schwytanie przestępcy, który przez lata uciekał siłom sprawiedliwości.

Film pod wieloma względami przypomina więc origin-story, przedstawiające początki jakiejś postaci. T’Challa przejmuje rolę Czarnej Pantery i wiążące się z nią obowiązki. Pod tym względem sposób prowadzenia opowieści oraz pewne elementy składowe silnie przywodzą na myśl obrazy pierwszej fazy MCU, które również były historiami początków. Są tu zatem świetne sceny, które w subtelny sposób nawiązują do “Kapitana Ameryki: Pierwszego Starcia”, czy końcówki pierwszego “Iron Mana”. Trudno też nie zauważyć, że cała fabuła, włącznie z walką o władzę i przejęcie tronu, to w zasadzie “Thor” Kennetha Branagha z Wakandą w miejsce Asgardu.

Tym, co w dużym stopniu wyróżnia „Czarną Panterę” od pozostałych obrazów Uniwersum, jest silnie zaakcentowany polityczny wydźwięk historii, z dylematami, które dosłownie pukają do naszych drzwi w otaczającej nas rzeczywistości. Dość powiedzieć, że na wczesnym etapie filmu padają zdania o „nie wpuszczaniu imigrantów do naszego kraju, aby nie przynieść z nimi ich problemów”, a cały plan „Głównego Złego” opiera się na oddaniu kolonizacyjnym oprawcom pięknym za nadobne. Co niezwykle ciekawe - motywacja Killmongera jest tak dobrze zarysowana i zrozumiała, że chwilami wręcz zaczynamy mu kibicować.

Wynika to zresztą z samego scenariusza. Źli bohaterowie to tak naprawdę najlepiej rozpisane postacie „Czarnej Pantery”. Andy Serkis jako Ullysses Klaue jest niczym wulkan energii, który nie tylko sieje spustoszenie gdziekolwiek się nie pojawi, ale także robi to w niewymuszonym, przesadzonym stylu. Michael B. Jordan (i jego fryzura) to natomiast najlepsze, co spotkało ten film. Zarys psychologiczny Erika Killmongera oraz sama nonszalancka, ale równocześnie pewna swego maniera zachowania bohatera, sprawiają że kradnie każdą scenę, w której się pojawia.

Dobrzy bohaterowie zarysowani są już nieco grubszą kreską i posiadają w zasadzie pojedyncze wyraziste cechy charakteru. To zaś sprawia, że czasami trudno dostrzec przyczyny niektórych przemian, które w nich zachodzą. Mimo wszystko Chadwick Boseman, wcielający się w T’Challę dobrze sprawdza się na ekranie, mimo że jego kreacja w „Wojnie Bohaterów” podobała mi się bardziej. (Być może dlatego, że stała w większym kontraście do różnych charakterów pozostałych postaci).

„Czarna Pantera” wypełniona jest akcją, świetną muzyką i dylematami moralnymi. To jeden z poważniejszych filmów Marvela, w którym zadaje się pytania o rolę tradycji w dalszym rozwoju państwa, czy o odpowiedzialność społeczną wobec pokrzywdzonych. Tematy te podejmowane są z powagą i namaszczeniem. Stroni się tu od żartów czy one-linerów. Przy ponad dwóch godzinach dwudziestu minutach filmowi przydałby się chwilami oddech od narastającej atmosfery, którą buduje. Zwłaszcza, że obraz ma pewne problemy strukturalne. Całość opowieści rozkręca się zdecydowanie za długo. Zanim historia nabierze rumieńców, a akcja wskoczy na właściwe tory, mija za dużo czasu. To chyba pierwszy film Marvela podczas którego seansu zerkałem na zegarek. Nie pomaga nawet to, że w pewnej chwili pojawia się scena, w której jeden z bohaterów ziewa, pytając innych: „skończyliście już?”. Wydaje się, że tym komentarzem reżyser chciał nie tylko rozbić napięcie, ale i pokazać widowni, że zdaje się zdawać sprawę z kulejącego tempa obrazu. Pytaniem pozostaje czy nie dało się naprawić błędów konstrukcyjnych, zamiast dorzucać uwagę niemal łamiącą czwartą ścianę?

„Czarna Pantera” mimo świetnych złoczyńców i niezłej historii, nie zapewnia tak dobrej rozrywki, jak wcześniejsze obrazy z MCU. To po prostu niezły film, który miał potencjał być czymś znacznie lepszym. Mimo wszystko warto go zobaczyć. Nie tylko dlatego że Wakanda będzie odgrywać ważną rolę w „Avengers: Infinity War”, sądząc po jego zwiastunach.

Ocena: 6,5/10 

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także

 0

Czytaj także