Według niego, konieczne jest wypromowanie lidera lub liderki listy, a on chciałby kandydować do Sejmu z ostatniego miejsca. "Jeżeli wejdę, to będą starał się najlepiej reprezentować naszych wyborców, jeżeli nie, to pożegnam się z polityką, aby zająć się czymś innym" - powiedział Miller.
B. premier nie zmienił swojej decyzji, mimo licznych głosów łódzkich działaczy Sojuszu, że powinien startować z pierwszego miejsca w Łodzi. "Przemyślałem to i taka jest moja decyzja" - powiedział dziennikarzom po zakończeniu spotkania Miller.
Dodał, że bierze pod uwagę także wyniki prawyborów, w których zajął trzecie miejsce (w wewnątrzpartyjnych prawyborach przegrał z dwójką łódzkich radnych SLD - PAP).
"Moje nazwisko ma zwolenników, ale ma też przeciwników. Nie chciałbym wzmagać napięcia i blokować jakieś alternatywne rozwiązania. A ponieważ chciałbym być na liście, to podjąłem decyzję, aby zająć na tej liście ostatnie miejsce" - wyjaśnił. Dodał, że nie rozważał możliwości startu w wyborach do Senatu. O takim rozwiązaniu mówili nieoficjalnie w ostatnich dniach działacze SLD.
Miller podkreślił, że swojej decyzji nie zmieni. "Władze krajowe mają oczywiście wiele do powiedzenia, ale muszą uwzględniać opinię terenowych organizacji partyjnych" - powiedział. Przyznał, że po raz pierwszy będzie startował z innego miejsca niż pierwsze.
"Oczywiście jak dostanę się z tego ostatniego miejsca do Sejmu, to będzie dla mnie wielka satysfakcja, a jak nie - to trudno. Jest również życie pozapolityczne i nie trzeba być do końca życia politykiem" - podkreślił.
Miller ocenił, że kampania wyborcza będzie bardzo brutalna, a będą w niej decydowały teczki i roztrząsanie przeszłości. B. premier zamierza w kampanii bronić sukcesów swojego rządu. "Niezależnie od tego, co się o nas mówi i również od tych błędów, które są faktem, były także bardzo jasne strony. Świat czarno- biały jest tylko na ekranach czarno-białych telewizorów" - dodał Miller.
ss, pap