Festiwal Filmowy w Gdyni – relacja, cz. 5

Festiwal Filmowy w Gdyni – relacja, cz. 5

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „11 minut”
Kadr z filmu „11 minut” / Źródło: Festiwal Filmowy w Gdyni
W piątkowy poranek odbył się pierwszy polski pokaz najnowszego filmu Jerzego Skolimowskiego – „11 minut”. Oprócz tej wyczekiwanej premiery na Festiwalu w Gdyni obejrzeć można było również pełnometrażowy debiut Magnusa von Horna, czyli „Intruza”. Wrażeniami z trzeciej projekcji tego dnia, „Chemii” Bartosza Prokopowicza, podzielimy się w następnej relacji.

11 minut

„11 minut” było bez wątpienia jedną z najbardziej oczekiwanych premier Festiwalu w Gdyni. Film, wyreżyserowany przez Jerzego Skolimowskiego, został zaprezentowany wcześniej na festiwalu w Wenecji, na którym zdobył Nagrodę Jury Młodych. To układanka, zbiór przeplatających się wątków, urywków rzeczywistości, spojrzeń na kilka różnych osób przebywających jednego dnia w Warszawie. Los, przypadek bądź też przeznaczenie złączył ich w jednym miejscu, w jednym czasie, trwającym tytułowe 11 minut od godziny siedemnastej. To 11 minut, które prowadzi do tragicznego zdarzenia – wypadku na ulicach stolicy. I choć w filmie wszystko dąży do wielkiego finału, praca nad nim odbywała się w przeciwnym kierunku. Od pomysłu na zakończenie, poprzez rodzące się odmienne historie, aż po bohaterów, którzy wzięli udział w tej siatce zależności.

Aktorka, hollywoodzki reżyser i chorobliwie zazdrosny mąż. Dziewczyna z psem i jej były. Sprzedawca hot-dogów, jego uzależniony od narkotyków syn romansujący z zamężną kobietą oraz kilka przypadkowo spotkanych sióstr zakonnych. Zespół pogotowia ratunkowego, uliczny malarz i nastolatek uciekający z domu. A także mężczyzna myjący okna w wysokościowcach i jego dziewczyna. Przeskakujemy od jednych do drugich, co chwila sprawdzamy, co dzieje się u pozostałych. Takie wędrowanie pomiędzy bohaterami momentami zdaje się przypadkowe, w istocie zostało bardzo dokładnie przemyślane i zaplanowane. Metodą prób i błędów, testowania kombinacji montażowych, aż do tej najlepszej, sześćdziesiątej piątej z kolei. Poprzez takie rozczłonkowanie opowieści pomiędzy kilkanaście postaci, film ten stara się odpowiedzieć na pytanie, czy życie jest przypadkowe czy celowe, czy wszystko jest częścią misternie ułożonego planu, czy jest to tylko zgiełk pozbawiony najmniejszego sensu. Na ile mamy kontrolę nad tym, co się wokół nas dzieje, a na ile sama sytuacja nami steruje?

Co ciekawe, dzięki fantastycznym zdjęciom „11 minut” jest bardzo ładną wizytówką Warszawy. W pewnym sensie miasto również gra w tym filmie. Operator wybiera ciekawe ustawienia kamery, pokazuje odrobinę mniej znaną stronę stolicy, a popularne miejsca portretuje w taki sposób, że sprawiają wrażenie odkrytych na nowo. Zaskakuje w tej produkcji również nagromadzenie metafor, symboli, przenośni, tajemnic zaklętych w dziwnych obrazach. Są one interesujące, zastanawiające, pozostawiają pole do własnej interpretacji. Film wypełniają zagadkowe sytuacje i niezwykłe obrazy, takie jak przelatujący nisko, tuż obok wieżowców samolot, kropla wody płynąca w górę ściany, mężczyzna pojawiający się w telewizorze, czarna plama na ekranie monitora i na niebie. Martwy piksel, będący jednocześnie częścią całości i niepokojącym ubytkiem. 

Ocena: 7/10

Intruz

„Intruz” jest polsko-szwedzką koprodukcją (filmem zrealizowanym w Szwecji przez polską ekipę). Zagrali w niej szwedzcy aktorzy oraz Wiesław Komasa, nie odzywający się tutaj ani jednym słowem, choć wyraźnie zaznaczający swoją obecność. Obraz wyreżyserował pochodzący ze Szwecji Magnus von Horn, student łódzkiej filmówki mieszkający obecnie w Polsce. Przez miejsce akcji i język, w jakim poprowadzona została akcja, „Intruz” może zostać odebrany jako kino skandynawskie – zimne, analityczne, dokładne. Sami twórcy traktują jednak ten film po prostu jako kino europejskie. Historię, która osadzona została w Szwecji, ale równie dobrze mogłaby się rozegrać w Polsce czy innym europejskim kraju.

Śledzimy tu historię młodego chłopaka o imieniu John, który po dwóch latach wychodzi z poprawczaka. Nie wiemy dokładnie, dlaczego tam trafił. Na pierwszy rzut oka nie jest dzieciakiem, który musiałby przebywać w takim miejscu – wydaje się wyciszony, zwyczajny. Wraca do domu, do ojca, do młodszego brata, do szwedzkiej wsi. Pierwsze dni po powrocie mijają dość spokojnie, John pomaga ojcu w gospodarstwie. Sytuacja zaczyna się jednak zmieniać, gdy pewnego razu, w sklepie, rzuca się na niego kobieta. Uduszeniu chłopca zapobiega tylko interwencja ojca. Wkrótce okazuje się, że prawie wszyscy uczniowie szkoły, do której John wraca, chcą, by wyjechał i nie kręcił się po okolicy. Pojawia się pytanie, co też takiego zrobił bohater, że ludzie reagują na niego tak wrogo?

Film Magnusa von Horna rozwija się bardzo niespiesznie. Powoli buduje swój filmowy świat, powoli odkrywa przed nami kolejne karty. Wyjaśniając historię Johna, przygląda się reakcjom otoczenia – ludzi, którzy z opanowanych, ułożonych obywateli zamieniają się w bestie. Zamknięci w sobie, wycofani, mają problem z okazywaniem, przekazywaniem emocji. Tak nastolatki, jak i dorośli. Obraz ten jest milczącą, pozornie wypraną z emocji obserwacją. Obserwacją zawartą w pięknych, spokojnych zdjęciach Łukasza Żala, który rok wcześniej realizował „Idę". To film pozbawiony ozdobników, muzyki, niezwykle surowy, wyciszony. Unosi się w nim pewien trudny do zdefiniowania niepokój, niepewność, strach, narastające napięcie. Obawa przed tym, co może się zdarzyć, obawa przed tym, co może spotkać chłopaka z rąk sąsiadów, kolegów.

Ocena: 6/10

Czytaj także

 0