Na pohybel frustratom – recenzja „Króla życia”

Na pohybel frustratom – recenzja „Króla życia”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Król życia”
Kadr z filmu „Król życia” / Źródło: Next Film / for. Albert Zawada
„Kiedy życie zsyła ci cytryny, zrób z nich lemoniadę” – powiedzonko to mogłoby reklamować „Króla życia” równie skutecznie, co namiętnie powtarzane hasło, że mamy do czynienia z pierwszym rodzimym feel-good movie. Okazuje się, że najlepszą metodą na polskie malkontenctwo jest silne uderzenie w płat czołowy. Mniej bolesną, zastępczą kuracją może być film Jerzego Zielińskiego.

Marcin Świetlicki w jednym ze swych utworów melorecytuje: „Nie przyszedłem rozmawiać. Nie przyszedłem namawiać. Nie przyszedłem zbierać podpisów. Nie przyszedłem pić wódki. Ja przyszedłem się kochać, przyszedłem się kochać, przyszedłem się kochać”. Z „Królem życia” jest podobnie. Nie powstał po to, by wszczynać poważną debatę, przekonać nas jakiejś ideologii, poruszyć palący temat. Żadnego arystotelesowskiego katharsis, żadnych estetycznych wzruszeń. Co się za to liczy? Miłość się liczy! Bynajmniej nie ta fizyczna, jak u cytowanego poety, lecz miłość do świata, do życia i wszystkich jego przejawów. W założeniu wizyta w kinie ma być dla widza zastrzykiem energii, dzięki któremu opuści on salę tanecznym krokiem, rozsyłając uśmiechy na lewo i prawo. Poniekąd rzeczywiście tak to działa, lecz właśnie – tylko „poniekąd”. 

Czytaj także:
6 razy Robert Więckiewicz. Najlepsze role

„Król życia” zaczyna się od bardzo udanego, zabawnie sportretowanego wyścigu szczurów w bezdusznej korporacji. Grany przez Roberta Więckiewicza Edward goni za pieniądzem, nie oglądając się wcale za zaniedbanymi żoną i córką. Wszystko zmienia się po wypadku samochodowym, który poprzestawiał mężczyźnie kilka klepek. W swoim nowym wcieleniu bohater uważa się za misjonarza uśmiechu i lekarza frustratów. Od momentu przemiany Zieliński nie opowiada nam już jednej, spójnej historii, lecz proponuje luźno powiązany zbiór epizodów. Sęk w tym, że cechuje je pewna niezborność i niedopracowanie, przez które film, mimo że niedługi, czasem wydaje się wymęczony; dobrze napisane sceny i błyskotliwe gagi rozwodnione zostały przez nijakie wypełniacze. Zamiast kolorowego drinka z palemką o wyrazistym smaku owoców tropikalnych otrzymujemy szklankę w trzech czwartych wypełnioną lodem, właściwe składniki tworzą między kostkami jedynie cienkie strużki. Takie doznania to trochę za mało, żebyśmy dostali witalnego kopa.

W jednej ze scen Edward oznajmia, że . Nawet jeśli nie udzieli się ono widzowi, to z ekranu zadziała na niego inna moc – energia Roberta Więckiewicza. Niezależnie od tego, czy gra euforię, czy permanentną złość na świat, przez cały film od aktora wręcz promieniuje charyzma. Osobowością na planie dorównywał mu tylko Bartłomiej Topa, świetny w roli osiedlowego pijaczka. Filmy takie jak „Król życia” uświadamiają nam, które twarze za kilkadziesiąt lat będzie pamiętało polskie kino.  

Na plus obrazu Zielińskiego przemawia też to, że daleko mu do głupkowatego optymizmu. Reżyser zachęca nas, byśmy zwolnili i zaczęli się przyglądać światu, zamiast tylko przez niego przemykać, lecz nie wmawia nikomu, że porzucenie obowiązków w imię wewnętrznego spokoju jest zawsze najlepszym rozwiązaniem. W drabinie społecznej potrzeba rajskich ptaków, ale nie obędzie się też bez jednookich piratów. A czy rodzima kinematografia obyłaby się bez pierwszego feel-good movie? Pewnie tak; niezastąpiona pozostaje za to aktorska obsada.  

Ocena: 5,5/10

Czytaj także

 0

Czytaj także