Czarodziejskie góry. O szczytach filmowej mistyki

Czarodziejskie góry. O szczytach filmowej mistyki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Everest” (2015)
Kadr z filmu „Everest” (2015) / Źródło: Universal Pictures
„Nosferatu”, „Piknik pod Wiszącą Skałą”, „Lśnienie”, „Everest”… Motyw gór od zawsze inspirował twórców filmowych. O zjawisku tym pisze Bartłomiej Słoma.

Jako osoba z lekką odmianą agorafobii, nigdy nie zapomnę swojego pierwszego, szkolnego przejazdu po Zakopanem. Lęk przed niepojętym ogromem i majestatem białych szczytów dosłownie wbijał mnie w fotel autokaru, a dziecięca fascynacja przeplatała się z paniczną palpitacją serca. Po latach myślę, że to właśnie tamta chwila zaszczepiła we mnie dziwną, nieokreśloną miłość do górskiego motywu w sztuce, szczególnie w kinie. Miłość, co ważne, w pełni odwzajemnioną.

Jak szybko się okazało, nie ja pierwszy odpowiedziałem na wezwanie Skały. Tajemnicza, mistyczna przestrzeń gór obecna była w kulturze od zarania, jako miejsce uświęcone, tajemnicze, jako synonim władzy i potęgi czy ziemskich zmagań i problemów. W starożytności na szczytach umiejscawiano siedziby bogów, skrzętnie skrywających swe oblicze za chmurami. Na naszej rodzimej Łysej Górze czarownice odprawiały sabaty, a biblijne góry Ararat, Synaj, Tabor czy Golgota stanowią dziś kluczowe miejsca w całej historii ludzkości. Również malarze i literaci zdawali sobie sprawę z możliwości otoczonych mleczną mgłą kolosów; Tomasz Mann posłał przecież Hansa Castorpa do sanatorium w Davos – najwyżej położonego miasta w Europie – a Caspar David Friedrich postawił swego wędrowca na dachu świata, sugestywnie oddzielając pędzlem sferę sacrum od profanum. 

Twórczą kontynuację tej myśli otrzymujemy dzisiaj w kinie. Z niezwykłej estetyki i symboliki gór korzystał już niemiecki reżyser Friedrich Murnau w swojej symfonii grozy „Nosferatu” (1922), co bardziej świadomie zaakcentował Werner Herzog w doskonałym remake'u z 1979 roku. Stylizowana na malarstwo Caspara Friedricha wędrówka Jonatana do zamku wampira to rutynowa, conradowska podróż w głąb własnej tożsamości i lęku. Majestat spiętrzonego krajobrazu, podkreślony przez preludium „Złota Renu” Wagnera, przytłacza widza i wprowadza element metafizyczny, nadnaturalny. Herzog daje jasno do zrozumienia, że właśnie wkraczamy do nowej, nieznanej krainy. Nawet gęsta, przynosząca na myśl kadzidło mgła zdaje się przypominać o święcie, magii czy iluzji. Nic w tym dziwnego. Żyjący między światami wampir jest niejako uosobieniem całej tej symboliki. Góra to przecież zetknięcie Ziemi z niebem, śmierci z życiem, znanego z nieznanym. To kontakt ludzkiej marności z Absolutem, z filmowym kubrickowskim Monolitem.

Jeszcze dalej idzie Peter Weir w swoim „Pikniku pod Wiszącą Skałą” (1975). Oparta na powieści Joan Lindsay historia opowiada o tajemniczym zaginięciu kilku uczennic szkoły dla wysoko urodzonych dziewczyn, które podczas walentynkowego pikniku oddaliły się na tytułową Wiszącą Skałę, gdzie ślad po nich zaginął. Pomijając całą kryminalną aferę, scena wejścia dziewczyn na górę jest jedną z najpiękniejszych, najbardziej tajemniczych, jakie w kinie widziałem. Pełna religijnej nabożności (obłędna muzyka Gheorgha Zamfira), spokoju, ale też wyczuwalnego, pulsującego pod spodem niebezpieczeństwa. Uczennice nie zachowują się normalnie, góra wyraźnie na nie wpływa, wprowadza w niewytłumaczalny trans. Zdejmują buty, rajstopy, bosymi stopami dotykają rozgrzanych od słońca kamieni. Intymny kontakt ze skałą, dotyk, rytuał przejścia. Góra jak Bóg, Skała jak łono, moment śmierci i ponownego narodzenia, symboliczna Golgota nauki i rozumu, triumf poezji i natury. A nad tym wszystkim niezwykła, delikatna ulotność. Bez znajomości filmu Weira rozmowa o górach nie ma dla mnie sensu.

Tę wyjątkowość świetnie widać też u Kubricka. Sekwencja otwierająca „Lśnienie” (1980), w której tafla górskiego jeziora odbija niebo, jasno określa wyjściową ideę filmu – dwoistość natury, zetknięcie i przenikanie się dwóch światów. Kubrick, podobnie jak wcześniej Weir i Herzog, „uświęca”, mitologizuje swoją scenę poprzez muzykę (w tym przypadku „Deus Irae”) oraz motyw podróży. Widać w tym wszystkim wspólną myśl. Samochód Torrance'ów wygląda jak marna, nic nieznacząca mrówka, a umiejscowiony na zupełnym odludziu, odcięty od świata i zasypany śniegiem hotel (biel jako próżnia) przypomina trochę zamek słynnego wampira. W przeciwieństwie jednak do wcześniejszych przykładów, Kubrick nie zatrzymuje się przy samych alegoriach, lecz prowadzi swoich bohaterów – dosłownie – na krańce ludzkiego poznania. W końcu żywi spotykają zmarłych, czas wariuje, przeszłość ożywa, a zdrowy rozsądek diabli biorą. Wszystko to, oczywiście, na upiornym szczycie hotelu Overlook.

Wyliczanka może trwać chyba w nieskończoność. Nawet nie wspomniałem przecież o genialnym „Aguirre” (1972) i „Krzyku kamienia” Herzoga, o twórczości Leni Riefenstahl,  ani o „Świętej górze” (1973) Jodorowsky'ego. Mało tego, symbolika gór nie ominęła nawet moich ukochanych Muminków („Kometa nad Doliną Muminków”, 1992) czy kultowego „Donniego Darko” (2001). Jednak wszystkie te tytuły, pomimo różnych konfiguracji tematu, traktują w gruncie rzeczy o czymś podobnym. Warto jednak wspomnieć jeszcze o specyficznym typie kina górskiego, czyli o filmie survivalowym.

A trochę tego było. „Alive” (1993) Franka Marshalla, doskonałe, wychodzące poza schemat „Czekając na Joe” (2003) Kevina Macdonalda, czy, na naszym podwórku, dokumentalne „K2: Dotknąć nieba” (2015) Elizy Kubarskiej. Najnowszym przykładem jest wychodzący właśnie na DVD „Everest” (2015) Baltasara Kormákura. To oparta na faktach historia grupy śmiałków, która pod przewodnictwem doświadczonego alpinisty próbuje zdobyć tytułowy szczyt. Oczywiście wszystko jej w tym przeszkadza, od skrajnej pogody, po niełatwe relacje i charaktery. Jednak głównym bohaterem ciągle pozostaje surowa, niewzruszona góra, jako symbol problemów, odrodzenia (wyraźnie zaznaczony motyw „strefy śmierci’, a także istotny wątek ciąży), no i, po prostu, ludzkiego losu. Wystarczy mocniejszy podmuch wiatru, jeden zły krok, chwila zawahania i kolejny z bohaterów znika z ekranu na dobre. Kiedy w jednej z początkowych scen dziennikarz pyta zapaleńców, dlaczego ryzykują życiem i zdrowiem dla chwili satysfakcji, wielu milczy. Nic niewarte jest tłumaczenie. Po prostu idą, tak jak –  po prostu – żyją. Warto zauważyć, że nawet Kormákura rozpoczyna swą filmową podróż sceną obrzędu w świątyni. Mimo zmiany kierunku, to ciągle ta sama szuflada. 

Nie oszukujmy się, nawet nie drasnąłem tematu. Motyw gór w kinie to materiał na obszerną książkę, a kilka rzuconych haseł nie załatwi sprawy. Warto jednak zastanowić się nad ulubionymi tytułami właśnie pod tym kątem i popuścić nieco wodze wyobraźni, nie skupiając się jedynie na oczywistościach. Góry w kinie to przecież nie tylko „Everest” czy „Lśnienie”. No bo dlaczego mamy pominąć takie filmy jak – ignorowany i niedoceniany – „Harry Potter”, „Władca pierścieni” czy „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977), które pełnymi garściami czerpią z tej symboliki w sposób nie gorszy, a często nawet mniej oczywisty, niż przytoczone wyżej, żelazne klasyki? A inspirowany obrazem Bruegla „Młyn i krzyż” (2011) Lecha Majewskiego, z górującym nad światem, dyktującym mu rytm, boskim Młynem?  Ale tyle ode mnie. Resztę pozostawiam Wam.

Czytaj także

 0