Zwariowany świat Malcolma – recenzja filmu „Git” („Dope”)

Zwariowany świat Malcolma – recenzja filmu „Git” („Dope”)

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Git” / „Dope” (2015)
Kadr z filmu „Git” / „Dope” (2015) / Źródło: UIP
Rozpiętość tematyczna współczesnego kina afroamerykańskiego sprawia, że powoli zjada ono własny ogon. Wywołane jest to zwykle potrzebą nostalgicznego powrotu twórców do przeszłości, podkreślania doznanych krzywd i wypaczeń amerykańskiej demokracji mało łaskawej dla mniejszości etnicznych. Rick Famuyiwa, reżyser „Git” („Dope”), podszedł do zagadnienia w sposób zgoła odmienny.

Problem dyskryminacji rasowej regularnie przewija się przez kinowe ekrany. Poruszył go między innymi F. Gary Gray w swoim „Straight Outta Compton” (2015), historii formowania się legendarnej grupy hip-hopowej N.W.A. Z kolei na tegorocznym festiwalu filmowym w Berlinie film zatytułowany „Chi-Raq” (2016), malujący portret wojen czarnoskórych gangów w Chicago, pokazał Spike Lee, największy bojownik o przywileje dla tejże mniejszości w Hollywood. Wymienione tytuły, do których dorzucić można jeszcze „Kamerdynera” (2014) Lee Danielsa i oscarowego „Zniewolonego” (2014) Steve'a McQueena, posiadające walor sprawnych produkcji o istotnym dla kultury afroamerykańskiej znaczeniu, są w zasadzie produktami, których optyka nie zbacza z pewnych wypracowanych przez lata ścieżek. Każdy z wymienionych filmów portretuje bowiem czarnoskórą jednostkę jako ofiarę (historycznie słusznie), produkt gorszego sortu wywodzący się z samego dna drabiny biologicznej, już na starcie pozbawiony podstawowych praw.

Nagrodzony na American Film Festival „Git” (2015) to próba odwrócenia tego obrazu i spojrzenia na świat z rzadko dotąd eksploatowanej przez kino perspektywy czarnoskórego nastolatka z przyszłością. Malcolm to nie żaden zbój handlujący na rogu białym proszkiem, a szóstkowy uczeń liceum, żyjący w jednej z dzielnic Los Angeles, marzący o studiach na Harvardzie, co stara się wybić mu z głowy nawet jego szkolny nauczyciel. Jego pasją jest muzyka hip-hopowa, zwłaszcza epoka lat 90., o której potrafi dyskutować godzinami. Dzielnica, w której mieszka, nie należy do najbezpieczniejszych, ale miejscowi gangsterzy to po prawdzie osobniki, którym daleko do statusu lokalnego Dona Corleone. Nie znaczy to wcale, że jadąc do domu rowerem, nie można oberwać kulki na ulicy albo zostać dotkliwie pobitym. Podczas takiego rutynowego powrotu ze szkoły Malcolm trafia na dzielnicowego bossa i dziwnym zbiegiem okoliczności zostaje przez niego zaproszony na imprezę urodzinową. Na miejscu dochodzi jednak do strzelaniny, w wyniku której plecak nastolatka wypełniony zostaje bronią palną oraz sporymi ilościami narkotyku, które chce przejąć konkurencyjny gang.

Komediowo-kryminalna oś fabuły współtworzy zarazem dramatyczny kościec filmu. Ten z kolei ma za zadanie obalić stereotyp niedokształconego Afroamerykanina. Wyzwanie jest tym większe, że paradoksalnie na ekranie aż roi się od pasujących do takiego profilu osobowości. Famuyiwa odważnie kpi ze środowiska wielkomiejskiego getta, zwłaszcza w scenie nagrywania przez jeden z okolicznych gangów wideo na Youtube'a, gdy jego członkowie prężą bezmyślnie muskuły przed kamerą. Reżyser stawia w kontraście godną podziwu kreatywność licealistów zmuszonych znaleźć najbezpieczniejszą metodę pozbycia się niechcianego towaru w możliwie jak najkrótszym czasie. Choć pokazana w sposób wyraźnie teledyskowy, może swobodnie uchodzić za wzór małej przedsiębiorczości, której nie powstydziłby się uzbrojony w marketingowy repertuar sztuczek Don Draper z serialu „Mad Men”.

U Famuyiwy grozę ulicznych wojen, czyli elementu, od którego trudno przecież całkowicie zdystansować się w kontekście kina afroamerykańskiego, rozmiękcza slapstickowy, inteligentny humor prezentowany przez bohaterów. Nie ma tu rozlewu krwi, są natomiast mocne, uderzające w podświadomość nastolatków zwroty stosowane przez gangsterów, natychmiast jednak kontrpunktowane zabawną nieporadnością młodzieńców, dla których cała sytuacja to kalka żywcem wyjęta z filmów kryminalnych oglądanych dotychczas w telewizji. W odróżnieniu od poprzednich dzieł Famuyiwy („Uciekający pan młody” z 1999 i „Nasze wielkie rodzinne wesele” z 2010 roku), gdzie gagi sytuacyjne znajdowały się w fabularnym epicentrum, humor dużo bardziej dojrzałego „Git” rodzi się z umiejętnego połączenia komedii i dramatu.

Jak powiada główny bohater, jego życie to ciągłe lawirowanie między młotem a kowadłem. Zderzające się tu bezustannie z betonowym murem pogardy, nieprzystające do rzeczywistości aspiracje Malcolma, są sygnałem niezgody na odgrywanie kulturowo narzuconych ról, tak wyraziście sportretowanych czy to w „Kamerdynerze”, czy „Zniewolonym”. Reżyser nie próbuje jednak narzucać swojej opowieści moralizatorskiego tonu. Świadomie używa popkulturowych środków wyrazu, by przeanalizować zjawisko społecznych dysproporcji, korzystając przy tym z prostej zasady kontrastu: biały-Afroamerykanin. Zamiast podsuwania widzom gotowych odpowiedzi, sugeruje stawianie otwartych pytań. Ten zauważalny brak pretensjonalności w obrazie Famuyiwy sytuuje go z dala od bardziej mainstreamowych reżyserów kina afroamerykańskiego. W efekcie otrzymujemy mieszankę dojrzałego stylistycznie i emocjonalnie zaangażowanego dzieła, które nie spełnia jedynie roli pierwszorzędnej rozrywki, ale przede wszystkim prowokuje do przemyśleń dotyczących wciąż kontrowersyjnego tematu rasy i postrzegania statusu czarnoskórych w społeczeństwie.

Damian Wiśniowski

Czytaj także

 0

Czytaj także