Top 5: kino kontra rak

Top 5: kino kontra rak

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Już za tobą tęsknię” / „Miss You Already" (2015)
Kadr z filmu „Już za tobą tęsknię” / „Miss You Already" (2015) / Źródło: Hagi
Wiadomość o nieuleczalnej chorobie zmusza człowieka do ekspresowego rozrachunku ze swoją przeszłością. Nic dziwnego, że ten trudny temat nieustannie przyciąga twórców filmowych. Tylko w minionym roku na raka chorowało kilku kinowych bohaterów. W związku z premierą „Już za tobą tęsknię” przypominamy najciekawsze przypadki.

„Earl i ja, i umierająca dziewczyna”, reż. Alfonso Gomez-Rejon (USA 2015)

Jędrzej Dudkiewicz: Historia, która na pozór wydaje się być ułożona ze znanych klocków – narrator opowiada, jak poznał chorą na raka dziewczynę – koniec końców okazuje się być znacznie dojrzalsza, niż początkowo mogło się wydawać. Po pierwsze, twórcy przez większość czasu doskonale bawią się formą, stosując niestandardowe ustawienia kamery i montaż. Po drugie, świadomi są konwencji i bardzo często z nią igrają. Nie są to, na szczęście, ozdobniki, które przykrywają wszystko inne. Najważniejsi są tu bohaterowie: specyficzni, nie do końca pasujący do otoczenia, a jednak bliscy odbiorcom. Bo „Earl i ja, i umierająca dziewczyna” to film nie tylko o raku, ale też brawurowa opowieść o wchodzeniu w dorosłość, które rzadko kiedy odbywa się całkowicie bezproblemowo. Doskonałym zaś dodatkiem są ironiczne i pełne humoru przeróbki klasyki kina, które kręcą Greg i jego najlepszy przyjaciel, Earl. Film do pośmiania się, do wzruszenia, do kontemplacji. Czego chcieć więcej?


„Opiekun”, reż. Michel Franco (USA 2015)

Marcin Czarnik: „Opiekun” to wzorowy dramat; film zrobiony po bożemu. Jego autor, Michel Franco, zadaje ważne pytania, m.in. o aborcję i o eutanazję, lecz także szokuje, drażni i wzrusza. Nomen omen chemię między Davidem (Tim Roth) – nawiasem mówiąc, świetnie napisaną postacią – a jego pacjentami widać gołym okiem. Pierwsza scena filmu jest kluczowa – wyznacza całości rytm, działa jak metronom. Nagie, wychudzone ciało Sary (Rachel Pickup), którą David myje i ubiera, znajduje się w kadrze – ba, w jego centrum – na tyle długo, by widz poczuł, że wchodzi z butami w czyjeś życie. Jest więc literalnie. Ale zarówno długie ujęcia – (w tym te, które ogląda się na jednym wdechu), jak i spokojne tempo charakterystyczne dla filmowego języka Michela Franco pracują na siebie. Potrzeba tu przecież czasu, refleksji. No i realizm wymaga takiego, a nie innego tempa, takich, a nie innych cięć montażowych.


„Moje córki krowy”, reż. Kinga Dębska (Polska 2015)

Anna Pawluczuk: Kinga Dębska tym słodko-gorzkim filmem udowadnia, że można opowiedzieć o chorobie i umieraniu w prosty i bezpretensjonalny sposób. W „Moich córkach krowach” nie ma miejsca na szantaż emocjonalny i epatowanie śmiercią, szpitalem i nowotworem. Zamiast tego pojawiają się prawdziwe, momentami bardzo szorstkie relacje rodzinne, które zręcznie przeplatają się z codziennymi, często komicznymi sytuacjami. Choroba w filmie Dębskiej pozbawiona jest bez ckliwości i infantylizmu, ma w sobie ogromny realizm, aczkolwiek nie epatuje rozpaczą. Przychodzi zawsze niespodziewanie oraz jest niesprawiedliwa i okrutna, ale okazuje się również, że potrafi łączyć ludzi i naprawiać relacje, które wydawały się być od dawna skazane na porażkę. Stąd, chociaż tytułowe córki krowy (w role których wcieliły się Agata Kulesza i Gabriela Muskała) tracą nagle rodziców, to odzyskują siebie nawzajem i odnajdują w sobie wsparcie, o którym wcześniej nie miały pojęcia.


„Mama”, reż. Julio Médem (Hiszpania 2015)

Małgorzata Czop: Piękna bajka o chorowaniu i umieraniu pozbawiona brzydoty, bólu i dojmującego smutku to ostatnio modny temat na film. Podobnie jest z „Mamą” Julio Médema, która tonie w absurdalnych rozwiązaniach i irracjonalnym komizmie zaprzepaszczonych szans. Film ofiaruje nam piękną Penelope Cruz, przytulny szpital z anielską pielęgniarką i oddanym ponad miarę lekarzem, który w najważniejszych momentach śpiewa piosenki. Dodatkowo przedstawia piękną miłosną relację, siłę macierzyńskich uczuć i niegasnący optymizm, ale niestety bawi wydumaną wizją reżysera. To, co powinno wzruszać, śmieszy. U Médema rak nie jest taki straszny, ciąża przedłuża życie, a uśmiech jest lekarstwem na wszystko. I można uznać za atut odejście od szarego świata cierpienia, uśmiechnąć się na widok chwil szczęścia i zalać łzami we współodczuwaniu z bohaterką tak, że „Mama” nie staje się ewidentną porażką.


„Już za tobą tęsknię”, reż. Catherine Hardwicke (Wielka Brytania 2015)

Dominika Pietraszek: Milly to typ lwicy salonowej. Energiczna i pewna siebie, osiągnęła wszystko, czego może sobie życzyć osoba dobiegająca czterdziestki. Rak piersi nie tylko rozstroił idealne dotąd życie bohaterki, ale tez boleśnie uderzył w jej czuły punkt – próżność. I choć „Już za tobą tęsknię” opowiada poniekąd o zatracaniu poczucia wartości i jego rozpaczliwym odbudowywaniu, to sedno tej historii tkwi obok. Milly nie istniałaby bowiem bez swojej przyjaciółki Jess. To właśnie ona, do tej pory pokorna i zdominowana, musi zadać sobie najważniejsze dla filmu pytania: czy rak wykryty u bliskiej osoby to powód, dla którego należy rezygnować z własnych planów i ambicji? Czy trzeba znosić wszystkie kaprysy chorego, nawet jeśli noszą one znamiona emocjonalnego terroryzmu? Catherine Hardwicke przesuwa ciężar narracji na bliskich Milly. A że nie brak jej przy tym ciepła i poczucia humoru, „Już za tobą tęsknię” wzorowo spełnia założenia udanego komediodramatu.


Czytaj także

 0