Dla Toma Cruise’a nie ma rzeczy niemożliwych. „Mission: Impossible” powraca

Dla Toma Cruise’a nie ma rzeczy niemożliwych. „Mission: Impossible” powraca

Tom Cruise
Tom Cruise
Dla Toma Cruise’a nie ma rzeczy niemożliwych. Choć tym razem nie skoczył z samolotu i nie łaził po drapaczach chmur, to nowe „Mission: Impossible” było sukcesem jeszcze przed premierą.

Skandalik goni skandalik, a gwiazda Toma Cruise’a nie blaknie. Każdy jego film to nadal gwarant sukcesu, przynajmniej finansowego. Samym nazwiskiem i niezniszczalną fryzurą potrafi unieść nawet szmirę zdeptaną przez krytykę. Niewykluczone, że jest ostatnim hollywoodzkim aktorem z dobiegającego sześćdziesiątki pokolenia zdolnym przyciągnąć do kin tłumy samą swoją osobą. A można by pomyśleć, że ostatnia dekada z haczykiem, której wydarzenia pilnie śledzili dziennikarze kolorowych rubryk plotkarskich, nie była dla niego szczęśliwa. Głośne rozstanie i bój o opiekę nad córką z Katie Holmes, inne kryzysy towarzyskie, niefortunne sprawy sądowe, smrodek ciągnący się za zarzutami o bezpardonowe promowanie scjentologii i decyzja studia Paramount o nieprzedłużeniu z aktorem kontraktu mogłyby sugerować, że niezatapialny Cruise upadnie przynajmniej na jedno kolano.

Nic bardziej mylnego. Były to zaledwie drobne potknięcia, po których gwiazdor prędko odzyskiwał pion, kręcąc taki czy inny kasowy hit. Ten wieczny młodzieniec o śnieżnobiałym uśmiechu rodem z reklamy pasty do zębów nigdy nie był dobry w public relations, często groził sądami, ale branża, póki może coś na pracy Toma ugrać, ma krótką pamięć. Publika z kolei, choćby nawet i Cruise’a nie znosiła, na jego filmy chętnie chodzi, bo aktor ma oko do niezłych scenariuszy i otacza się utalentowanymi ludźmi. Na dobre (i dochodowe) kino trudno się przecież śmiertelnie obrazić.

Więcej w numerze 32. "Wprost".

Czytaj także

 0