W Libii nie będzie łatwo. Trzeba wesprzeć zmiany

W Libii nie będzie łatwo. Trzeba wesprzeć zmiany

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wynikiem arabskich powstań nie będzie prosta droga do liberalnej demokracji i gospodarczej prosperity. W swoim własnym interesie Zachód powinien okazać Libijczykom wielkoduszność i poprzeć zmiany - sądzi publicysta "Financial Times" Philip Stephens.
"Rewolucje będą naszpikowane dłuższymi okresami chaosu, ale nie jest to powód do załamywania rąk (...) Największym wyzwaniem jest opracowanie ram pomocy, które będą odporne na krótkookresowe przeciwności" - zaznaczył w piątkowym "Financial Times". Proponuje on pięć punktów odniesienia dla międzynarodowej polityki w podejściu do rewolucji libijskiej i innych antyautokratycznych zrywów w Afryce Północnej.

Na pierwszym miejscu wymienia potrzebę docenienia powstań jako historycznego zwycięstwa wolności i demokracji. Tymczasem wciąż wielu ludzi sądzi, że Arabowie nie dorośli do demokracji i że jest to system rządów dla nich nieodpowiedni. Według Stephensa jest przeciwnie: "Dżihadyści i Al-Kaida to najwięksi strategiczni przegrani (społecznych zrywów wolnościowych) wolność i godność człowieka nie są wartościami figurującymi wysoko na liście priorytetów bin Ladena".

Zachód powinien interweniować militarnie tylko w ostateczności, ponieważ rewolucja jest własnością społeczną, a państwa zachodnie w tej części świata obciążone są historycznym bagażem: "Gdy Tony Blair mówi o sterowaniu przejściem od rządów autorytarnych do demokracji odzywają się dzwonki alarmowe" - pisze "FT". Obecna trudna sytuacja finansowa Europy - kontynuuje - nie może być powodem do skąpstwa. "Ukrywanie się za parawanem długu publicznego i zubożenia, byłoby pozbawioną skrupułów zdradą nie tylko przyszłości państw Bliskiego Wschodu, ale także europejskiej".

Stephens sugeruje, że rządy gotowe na społeczne otwarcie powinny zostać docenione w zakresie handlu i inwestycji, a ograniczenia imigracyjne dla państw przebudowujących system rządzenia powinny być poluzowane. UE powinna dopomóc w budowie instytucji demokratycznych. Zachód nie ma monopolu na decydowanie o tym, jaka powinna być międzynarodowa reakcja na społeczne aspiracje w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Stawkę mają także Chiny i Turcja. Rewolucje powinna zalegitymizować Rada Bezpieczeństwa ONZ, a pomoc dla państw przebudowujących system polityczny i ekonomiczny powinna być tematem obrad G20.

Stephens przestrzega przed pokusą gry na zwłokę, ponieważ jak zaznacza stawka jest zbyt wysoka i bierność będzie miała swą cenę: "Jeśli transformacja się nie uda z braku wystarczającej pomocy, to koszty zarówno społeczne jak i ekonomiczne będą (dla Zachodu) wielokrotnie wyższe niż byłyby w przypadku zainwestowania w sukces przemian. Gospodarczy upadek, rosnące ceny ropy, radykalizacja ludności i niekontrolowana migracja będą konsekwencjami zaniechania" - ostrzegł.

Stephens nie widzi na Zachodzie polityka, który dorósłby do wyzwania, jakim są demokratyczne rewolucje w Egipcie i Libii. Działania Baracka Obamy uznaje za pozostające z tyłu za jego retoryką, a w Europie obserwuje "pozerstwo polityków, którzy najwygodniej czują się we własnym samozadowoleniu".

pap