Benedykt XVI opowiedział o kulisach konklawe. „Miałem jeszcze nadzieję, że tego uniknę”

Benedykt XVI opowiedział o kulisach konklawe. „Miałem jeszcze nadzieję, że tego uniknę”

Emerytowany papież Benedykt XVI
Emerytowany papież Benedykt XVI / Źródło: Newspix.pl / ZUMA
Kim naprawdę jest Joseph Ratzinger i co takiego wydarzyło się, że po ośmiu latach Benedykt XVI ustąpił z urzędu? Peter Seewald ukazuje w zupełnie nowym świetle prawdziwy portret emerytowanego papieża. Przedstawiamy fragment książki „Benedykt XVI Życie”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

O szesnastej kardynałowie wracają do kaplicy Sykstyńskiej. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że jest to decydujący moment konklawe. Tym razem Ratzinger nie wsiada razem z innymi do busa, chciałby pójść piechotą. Towarzyszy mu sekretarz Gänswein. Nie rozmawiają. Co ma zrobić? Czy naprawdę powinien odmówić? Czy także Jan XXIII nie miał siedemdziesięciu ośmiu lat, gdy koledzy wynieśli go na tron Piotra? Sofokles swe dzieło Edyp w Kolonos ukończył, gdy miał osiemdziesiąt dziewięć lat. Tycjan był starcem, gdy tworzył jedno z najbardziej imponujących swych dzieł „Cierniem koronowany”.

„Proszę więc tego, kto zostanie wybrany – czytamy pod numerem 86 rozporządzenia Jana Pawła II – żeby objęcia urzędu, na który jest powoływany, nie odmawiał z lęku przed jego brzemieniem, lecz z pokorą poddał się zamiarom woli Bożej. Bo Bóg, który je nakłada, wspiera go swoją ręką, żeby miał siły je dźwigać”.

Podczas liczenia stu piętnastu głosów kardynałowie mają przed sobą kartki A4 z imionami uczestników. Rozpoczyna się czwarte głosowanie, i coraz częściej widzą nazwisko Ratzinger. Dziesięć kresek, dwadzieścia, pięćdziesiąt. Przy siedemdziesięciu wzrasta napięcie. Nikt nic nie mówi. Ale większość też liczy i stawia kreski. O siedemnastej trzydzieści widzą na swej liście mistyczną liczbę siedemdziesiąt siedem – osiągnięte zostało quorum dwóch trzecich. Jak zawsze w takim momencie kardynałowie wstają jeden za drugim i całe audytorium zaczyna klaskać.

W przygotowaniach do tej książki zapytałem papieża emeryta, czy już wcześniej nie pomyślał, że konklawe może mieć jego na celu. „To oczywiście zauważyłem – odparł. – Celowo jednak nie chciałem w tym pomagać ani przeszkadzać”.

Czy kardynałowie rozmawiają ze sobą o tym, co się stało? Zasadniczo nie. Prawdę mówiąc, raz rozmawiałem o tym z Martinim i powiedziałem mu: „Nie chciałbym tego i jeśli to powtórzysz swym przyjaciołom, będę za to wdzięczny”. Ale on tak czy inaczej nie był oczywiście za mną, a więc nie miało to specjalnego znaczenia.

Czy była choćby minuta, w której Ojciec się zastanawiał, czy rzeczywiście powinien przyjąć ten wybór? Tak, oczywiście. Cały czas nawet. Ale wtedy byłem po prostu w jakiś sposób przekonany, że nie powinienem powiedzieć nie.

Kiedy Ojciec pomyślał o imieniu? W dniach wyborów. Już przecież pierwszego dnia pokazało się, że mogę i ja wchodzić w grę. Wprawdzie miałem jeszcze nadzieję, że tego uniknę. Potem przyszło mi na myśl, że odpowiednie byłoby nawiązanie do papieża Benedykta XV, a oprócz niego także do świętego Benedykta.

Dlaczego Ojciec nie nazwał się Jan Paweł III? Uważałem to za niestosowne, ponieważ jest tu pewna miara, do której nie dostawałem. Nie mogłem być Janem Pawłem III. Nie ta sama postać, inny krój, inny charyzmat.

Zgodnie z danymi zakazanego dziennika, były prefekt w czwartym głosowaniu otrzymał osiemdziesiąt cztery głosy (siedemdziesiąt trzy procent), natomiast Bergoglio dwadzieścia sześć. Pięć głosów uległo rozproszeniu. Katolicka „Tagespost” mówiła o stu kardynałach głosujących na Ratzingera: jedni wspominali o dziewięćdziesięciu ośmiu, inni o stu siedmiu. „La Repubblica” twierdziła, że decyzja zapadła stu dziesięcioma głosami na sto piętnaście możliwych. Nikt nie mógłby tych liczb potwierdzić ani im zaprzeczyć. Niemniej monachijski kardynał Friedrich Wetter oświadczył, że wybór Ratzingera na papieża dokonał się „prawie jednogłośnie”.

Pewne jest jedno: przez osiągnięcie wyniku w ciągu dwudziestu sześciu godzin konklawe to wybierające pierwszego papieża nowego tysiąclecia należy do najkrótszych w całej historii. Charakteryzują je zdecydowanie i jedność. Człowiek z Bawarii jest tym samym pierwszym Niemcem na stolicy świętego Piotra od czterystu osiemdziesięciu dwóch lat. A ściśle rzecz biorąc, od ponad tysiąca, bo Hadrian VI był Holendrem, który tylko żył i pracował na obszarze jurysdykcji Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.

Okładka książki „Benedykt XVI życie”

Dla nowego papieża w małej, umeblowanej czerwoną sofą przebieralni tuż za kaplicą Sykstyńską leżą gotowe trzy sutanny. Pokoik ten nazywany jest camera delle lacrime, pokojem łez, co odnosi się do stanu psychicznego, w jakim zapewne znajdowało się wielu wybranych. Niektórzy z lęku przed odpowiedzialnością nawet się załamywali. Wszystkie stroje szyła rodzina Gamarellich. Punktualna, dyskretna, niezawodna – jak mówi się o krawcach papieży. Każda sutanna w innym rozmiarze, tak żeby któraś pasowała na potencjalnego kandydata – wysokiego, niskiego, średniej postury.

Dziwne jednak, że dla tego szczupłego sutanny nie były za duże, lecz za małe. O wiele za krótka sutanna, nie pasujące czerwone pantofle, biała piuska, tak źle wyprasowana, że wyglądała jak bawarska kapuza. A z przykrótkich rękawów wystaje jeszcze na dodatek stary, wytarty czarny pulower byłego kardynała. Wygląda to na mały żart niebiańskiego zarządu, który przez pierwszy oficjalny portret papieża miał po wieczne czasy przypominać, że Kościół Chrystusa jest Kościołem ubogich.

Po zakończeniu wszystkich formalności przepisanych przez Ordo rituum conclavis kardynałowie podchodzili do ubranego już papieża, żeby mu przyrzekać wierność i posłuszeństwo. Ratzinger siedział w wielkim fotelu przed ołtarzem kaplicy Sykstyńskiej. „Ja przyszedłem, gdy wszyscy kardynałowie, jeden po drugim, klękali przed papieżem” – opowiadał Georg Gänswein. Sekretarz był na samym końcu szeregu. Twarz byłego prefekta zrobiła się „prawie tak blada” jak nowa biała sutanna i piuska na głowie.

„Nie chcę powiedzieć, że był w szoku, ale wyglądał na kompletnie wykończonego”. Gänsweina, jak wspomina, męczyło coś podobnego do wewnętrznej „trąby powietrznej”. „Zupełnie niemożliwe było znalezienie jakiejś jasnej myśli. Także w następnych dniach czułem się jak podczas tsunami. Wszystko przewracało się do góry nogami, wrażenia goniły jedno za drugim”.

+
 0

Czytaj także