Czerwony Krzyż informował o "wielu zabitych", ponad 400 rannych i 40 tys. uciekinierów, którzy szukali ochrony policji i wojska. Dzięki godzinie policyjnej i wojskowym patrolom w środę w regionie było spokojnie - podkreśla AFP. Główny kandydat opozycji, generał Buhari, muzułmanin z pustynnej północy kraju, zajął w wyborach prezydenckich drugie miejsce, uzyskując 31 proc. głosów. Według komisji wyborczej dotychczasowy prezydent Goodluck Jonathan, chrześcijanin z zasobnego w ropę południa zdobył 57 proc. głosów.
Buhari, były dowódca armii, nie zgadza się z wynikiem niedzielnych wyborów, ale oświadczył, że zamierza uszanować środki prawne i wezwał do zakończenia przemocy. Według niego w zasobnych w ropę regionach w delcie Nigru i "na południowym wschodzie nie było prawdziwych wyborów, a nasi zwolennicy nie mogli głosować". Już we wtorek Buhari potępił zamieszki, które rozpoczęły się w niedzielę wieczorem. "Domagam się, by ludzie natychmiast się uspokoili i przestrzegali prawa, ponieważ zwrócimy się do Komisji Wyborczej o sprawiedliwość" - oświadczył.
Do rozruchów doszło w 14 z 36 stanów w Nigerii, zwłaszcza w Kano, Kaduna, Sokoto, gdzie muzułmańscy manifestanci podpalali sklepy i kościoły. Wściekły tłum uzbrojony w maczety i kije wyciągał ludzi z samochodów lub podpalał domy, co powodowało odwet ze strony chrześcijan. Niektórzy o rozpoczęcie zamieszek oskarżają chrześcijan, którzy podpalali meczety. Prezydent Jonathan zaapelował we wtorek "do przywódców politycznych i religijnych, żeby potępili te akty, by nasz kraj zaznał rozwoju zamiast destrukcji". Jego zdaniem większość uczestników zamieszek to zmanipulowani "młodzi lub bezrobotni".
pap, ps
