Nawrócony

Nawrócony

W więzieniu jest więcej nabożności niż w świecie finansów - mówi FLORIAN HOMM. Jego historia kolejny raz udowadnia, że skorumpowani bankierzy są nietykalni.

Pół miliona dolarów w banknotach studolarowych Florian Homm upycha do majtek od Calvina Kleina, do walizki i do pudełka na cygara. Jego najbliższy przyjaciel, powiernik i kurier Giorgio ładuje w spodnie i toboły kolejne 700 tys. Reszta – kilkadziesiąt, a może kilkaset milionów – idzie przelewami na konta w bankach na całej planecie. To wszystko, co zostało z jego funduszu hedgingowego, jeszcze przed chwilą wartego niemal 3,5 mld dolarów i uważanego za jeden z najlepszych na rynku. Zatłoczonymi ulicami Palmy de Mallorca pędzą na lotnisko, gdzie czeka na nich prywatny turbośmigłowy king air 250. Po latach Homm napisze: „Gdy wzbijaliśmy się nad Majorkę, mój umysł zasnuwała gęsta mgła. Zrywałem wszelkie kontakty z dotychczasowym życiem: z kolegami, klientami, znajomymi, przyjaciółmi, ciziami, psami, rodziną i dziećmi”. Zwiał w ostatniej chwili. Był 18 września 2007 r., nadciągał wielki kryzys.

WALEC

W ubiegłym tygodniu Florian Wilhelm Jürgen Homm trafił na listę „Najbardziej poszukiwanych” (Most Wanted) FBI. W czasach Dzikiego Zachodu ogłoszenia o najgroźniejszych, pozostających na wolności bandytach przybijano gwoździami do drzew, dziś lądują na billboardach wzdłuż autostrad i na stronie internetowej FBI. Ze zdjęć pogodnie spogląda niepozorny facet z wysokim czołem, który mógłby ujść za lubianego przez dzieci nauczyciela matematyki. Z opisu dowiadujemy się, że urodził się w zachodnioniemieckim Bad Homburg vor der Höhe w 1959 lub 1961 r. Ma 201 cm wzrostu, waży 95 kg. Ostatnio przebywał na Karaibach, w Ameryce Łacińskiej i w Europie. Poszukiwany jest za kierowanie grupą przestępczą dokonującą wielomilionowych oszustw na rynkach papierów wartościowych. Grozi mu dożywocie. W czasach, gdy święcił triumfy w świecie finansjery, na Wall Street mówili na niego „Walec”. W Niemczech był gwiazdą tzw. szarańczy – biznesmenów, którzy robili kasę na przejmowaniu (i często likwidowaniu) firm będących w tarapatach. W 2004 r. wykupił na przykład klub Borussia Dortmund, ratując go przed plajtą. Brylował w telewizjach śniadaniowych i wieczornych talk-show z nieodłącznym grubym cygarem w ustach. Choć działał jak drapieżnik, to jednak zgodnie z niemieckim prawem.

Polują na niego jedynie Amerykanie. Na początku lata wymknął się im z więzienia we włoskiej Pizie. Trafił tam półtora roku temu po tym, gdy włoska policja aresztowała go we florenckiej galerii Uffizi. Jak relacjonował w liście do prasy, posadzili go w jednej celi z dealerem kokainy, złodziejem i mordercą. Kompani przyjęli go „z niewiarygodną gościnnością i ciepłem”. Dostał od nich skarpety i majtki na zmianę, kurs przetrwania w pace i osobistą ochronę. Gdy on zabijał nudę, pielęgnując kwiatek, który wyrósł pośród betonowych płyt na spacerniaku, jego prawnicy dokonywali cudów, żeby Włosi nie oddali go Amerykanom. Udało im się, choć wszyscy święci włoskiego wymiaru sprawiedliwości – od prokuratorów, przez sędziów, po samego ministra – twierdzili, że do ekstradycji na pewno dojdzie. Nie doszło, bo proces przedłużał się w nieskończoność. Włoskie sądy odrzucały kolejne apelacje, ale w końcu Sąd Najwyższy orzekł, że Floriana Homma trzeba wypuścić, gdyż minął czas, jaki oskarżony może spędzić w więzieniu, oczekując na decyzję o ekstradycji. Wychodząc, odebrał od strażników jedyne rzeczy, jakie miał przy sobie, gdy go przymknęli – telefon i gruby portfel pełen kart kredytowych. Wziął taksówkę na dworzec i wskoczył do pociągu do Florencji, gdzie czekał już na niego mercedes z kierowcą i ochroniarzem. Ruszyli na północ i o świcie przekroczyli granicę Niemiec. Dopóki tam zostanie, Florian Homm jest nie do ruszenia – jego ojczyzna nie wydaje swoich obywateli.

ŻARŁACZE TYGRYSIE

Co właściwie uczynił? Jego pomysł na szybkie miliony nie był skomplikowany. Przy udziale swoich funduszy, partnerów biznesowych i współpracujących z nim agencji brokerskich wielokrotnie kupował i sprzedawał pakiety akcji maciupkich w skali giełdy spółeczek, których akcje nie przekraczały ceny jednego dolara za sztukę (tzw. penny stocks). Spekulacyjne operacje Homma windowały wartość akcji tych firm na rynku, napędzając kasę jego głównemu, prowadzonemu z pałacu na Majorce, funduszowi – Absolute Capital Management Holdings. Nowi klienci pchali się do niego jak ćmy do światła. Gdy w 2007 r. pękła bańka na rynku nieruchomości i akcje na giełdzie zaczęły lecieć na łeb na szyję, Homm wygarnął co się dało z funduszu i odleciał w nieznane. Zostawił za sobą setki wściekłych klientów, którzy utopili w jego operacji setki milionów dolarów. Homm twierdzi, że jest niewinny, bo działał legalnie – zgodnie z giełdowymi regułami – i w pełni transparentnie: zarówno klienci, jak i wszelkie służby wiedziały, na czym polega jego „model biznesowy”. Prestiżowy magazyn branżowy „Alternative Investment” wybrał go przecież hedgingowym menedżerem roku. W porównaniu z żarłaczami tygrysimi międzynarodowej finansjery, którzy w latach poprzedzających kryzys zbijali niewyobrażalne fortuny dzięki nowym, wymyślnym instrumentom giełdowym, Homm jest rybką rozmiaru śledzia. Straty, jakie spowodował, FBI szacuje na marne 200 mln dolarów. Wyróżnia go to, że ktoś w ogóle chce go ścigać i to, że dziś wylewa kubły pomyj na branżę finansową. – W wiezieniu jest więcej nabożności niż w świecie finansów, w którym tkwiłem przez dekady – mówi w „The New York Times”. Jego historia pokazuje też kolejny raz, że ludzie z tego świata są nietykalni.

Najwięksi przedkryzysowi gracze cieszą się pełnią wolności i ich konta w wielu przypadkach nadal pęcznieją. Weźmy takiego Angela Mozila, syna rzeźnika, który w 1969 r. założył firmę kredytową Countrywide i uczynił z niej największego pożyczkodawcę w USA. Mozilo ląduje najczęściej na szczycie zestawień wskazujących największych winowajców kryzysu. To on wymyślił kredyt mieszkaniowy dla wszystkich. Countrywide naciągał miliony klientów na pożyczki, których nie mieli szansy spłacić. Dowody na to, że menedżerowie firmy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że system w końcu posypie się jak domek z kart, są niezbite – wypływały przy wielu okazjach, choćby w czasie przesłuchań w Kongresie.

To Mozilo jest ojcem maksymy „I’ll be gone, you’ll be gone” (Mnie już nie będzie, ciebie nie będzie), którą kredytodawcy wyrażali między sobą pewność, że gdy bańka pęknie, oni będą już całkiem gdzie indziej kręcili całkiem inne interesy. Straty spowodowane przez wymyślony przez Mozila „model biznesowy” dotknęły całej planety i są nie do policzenia, a jeśli już ktoś próbuje je liczyć, operuje co najmniej bilionami. 11 prokuratorów stanowych wniosło oskarżenia wobec Countrywide, ale sam Mozilo, którego majątek idzie w miliardy, wykpił się karą 67,5 mln dolarów, nałożoną przez Komisję Papierów Wartościowych (SEC). Uniknął procesu. Albo niejaki Dick Fuld, nazywany „gorylem z Wall Street”. Przez 14 lat kierował bankiem Lehman Brothers, siejąc postrach wśród podwładnych i konkurentów. Do historii przeszło jego wystąpienie na jednym z polityczno-biznesowych bankietów, kiedy w obecności ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna z zaciśniętymi zębami mówił o swoich giełdowych rywalach: – Chcę wyciągnąć rękę, wyrwać im serce i zjeść je, zanim zdechną.

Fuld był królem wielomiliardowego obrotu tzw. toksycznymi długami na rynku wtórnym. Oczywiście wiedział, że łączone w pakiety długi są toksyczne i że spekulacja nimi doprowadzi do katastrofy, ale wiele sobie z tego nie robił. Taki był jego „model biznesowy”. Po upadku Lehmana zeznawał w prokuraturze i w Kongresie, ale uniknął kary. Żeby zabezpieczyć się przed roszczeniami, majątek przekazał żonie i za 100 dolarów sprzedał jej wartą 15 mln rezydencję. Dziś dalej pracuje na Wall Street.

KONIEC ŚWIATA

Takich gości, jak Mozilo i Fuld, są setki. W dekadzie poprzedzającej kryzys na Wall Street powszechna była korupcja polegająca na dążeniu do ekspresowych zysków wbrew dalekosiężnemu interesowi firmy i akcjonariuszy. Większość menedżerów wysokiego szczebla nie tylko uniknęła kary, ale też zachowała wszelkie przywileje, z wielomilionowymi premiami włącznie. Wyjątki, takie jak Bernard Madoff (szef funduszu, który utopił 18 mld dolarów; dostał 150 lat odsiadki) i Allen Stanford (defraudacja co najmniej 7 mld dolarów; 110 lat), jedynie potwierdzają regułę. Grzechy finansistów są zresztą cięższe niż świadome powodowanie wielomiliardowych strat. Bankom takim jak Wachovia i HSBC udowodniono umożliwianie prania brudnych pieniędzy przez organizacje terrorystyczne i kartele narkotykowe. Obie instytucje dostały kary finansowe (w przypadku HSBC – 1,9 mld dolarów, czyli pięciotygodniowy dochód banku), ale nie pociągnięto do odpowiedzialności żadnego menedżera. Dlaczego? Bo to ponoć zaszkodziłoby nam wszystkim.

O instytucjach uratowanych państwowymi pieniędzmi przed bankructwem mówi się „to big to fail” – zbyt duże, żeby upaść. Ich prezesi są z kolei „to big to jail” – zbyt ważni, żeby ich zapuszkować. Związek wielkiego biznesu z wielką polityką jest na tyle silny, że bardziej opłaca się nakładać kary finansowe, na które de facto zrzucą się akcjonariusze, niż ładować do więzień bankowych mocarzy. Preet Bharara, słynny nowojorski prokurator ścigający przestępstwa na Wall Street, wyraża swoją frustrację wynikającą z takiego stanu rzeczy: – Ciągle wysłuchuję wyrażanych z pasją przestróg, że jeśli zaczniemy stawiać [bankierom – red.] zarzuty kryminalne, niebo zasnuje czerń, wzbiorą oceany, nadejdzie nuklearna zima i świat, jaki znamy, się skończy.

KANALIE

W 2007 r. turbośmigłowy king air 250 zabrał Floriana Homma z Majorki do Kartageny. W Kolumbii poznał byłych rewolucjonistów i narkotykowych bonzów, którzy otworzyli jego serce na wiarę. Zaczął się modlić i chodzić do kościoła. Na szyi powiesił różaniec, nadgarstek oplótł bransoletką z napisem: Wiara, Nadzieja, Miłość. Jak napisze później, z paszportami Liberii, Irlandii, Hiszpanii i Niemiec w kieszeni podróżował po świecie, sypiając w tanich hotelach „szukał samego siebie i dbał o to, żeby nie znaleźli go inni”. Świat usłyszał o nim ponownie dopiero w 2012 r., kiedy wydał książkę („Kopf Geld Jagd”). „Byłem okrutną, psychopatyczną kanalią” – wyznaje w niej. W jednym z wywiadów udzielonych już po opuszczeniu więzienia w Pizie, opowiadając o tym, jak żonę i dzieci zamienił swego czasu na 27-letnią rosyjską modelkę występującą w reklamach bielizny, nazwał siebie chujem.

Twierdzi, że odbywa pokutę. Mieszka we Frankfurcie w małym mieszkanku i jeździ pożyczonym samochodem. Jednak ci, którzy go dobrze znają, powątpiewają w jego nawrócenie i przypominają, że na różnych kontach ma najprawdopodobniej miliony. I choć zarzeka się, że chce się angażować wyłącznie w pomoc dzieciom w Liberii, tak naprawdę obmyśla kolejny giełdowy „model biznesowy”. To tak, jak jego byli kumple – ciągle nienawróceni, bezkarni i niereformowalni. Gdy coraz więcej ekspertów przekonuje, że trzeba gruntownie wyremontować międzynarodowy system finansowy – kluczową część zatartej maszyny, jaką jest globalna gospodarka – najgłośniej protestują bankierzy. Trudno im się dziwić. Dopóki niewiele się zmienia, dalej robią najgrubszą ze wszystkich kasę. �

Okładka tygodnika WPROST: 33/2014
Więcej możesz przeczytać w 33/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także