Prawdziwych kowboi już nie będzie

Prawdziwych kowboi już nie będzie

Trwający przez miesiąc protest w stanie Oregon przypomniał Ameryce o prawicowych milicjach – przeciwstawiających się rządowi federalnemu ugrupowaniach paramilitarnych.

Styczniowy protest członków organizacji paramilitarnych z Oregonu i próby spacyfikowania go podejmowane przez miejscową policję oraz służby federalne podzieliły nie tylko mieszkańców tego stanu, ale odbiły się szerokim echem w całej Ameryce. W małym Burns protestowali zarówno zwolennicy szybkiego zakończenia protestu, jak i osoby przyznające rację członkom prawicowych milicji okupującym federalny budynek i popierającym walki miejscowych farmerów z omnipotencją władzy. Czyli złego rządu w dalekim Waszyngtonie, który w prowincjonalnej Ameryce nie jest lubiany. Chyba z wzajemnością, bo władze federalne bezwzględnie tępią wszelkie próby oporu. Lider zakończonego już protestu, Ammon Bundy, jego brat Ryan i ojciec Clive, zostali oskarżeni o 16 poważnych przestępstw federalnych, w tym napad z bronią w ręku na urzędników państwowych. Cała trójka ma zresztą na swoim koncie całą serię starć z władzą, zgodnie z najlepszymi tradycjami milicji z dawnego Dzikiego Zachodu.

W obronie broni


Nieco zapomniane na początku XXI w. i wyraźnie osłabione grupy separatystów, nie uznających władz w Waszyngtonie ostatnio znów rosną w siłę. Jeszcze w 2009 r. Daryl Johnson, wówczas analityk Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, ostrzegał, że kryzys gospodarczy i wybór pierwszego czarnoskórego prezydenta przyczyni się do wzrostu poparcia dla ekstremalnych grup prawicowych. Wyciek tego dokumentu wywołał oburzenie i Johnson musiał opuścić administrację. Jego analizy okazały się jednak trafne – w ubiegłym roku liczba paramilitarnych milicji zwiększyła się o 37 proc. Renesans milicji rzeczywiście zaczął się po ogłoszeniu przez Baracka Obamę kandydatury na urząd prezydencki. Pomijając aspekt rasowy, prawica uznała, że demokratyczny prezydent może próbować ograniczyć Amerykanom dostęp do broni. Lawina ruszyła po wygranych przez Obamę wyborach i w 2010 r. na terenie USA działało już ponad 300 prawicowych ugrupowań militarnych liczących od kilku do kilkuset osób.

Dzisiejsze milicje walczą przede wszystkim o możliwość korzystania z drugiej poprawki do konstytucji, czyli prawa do posiadania i noszenia broni. O to samo walczą także konserwatywni republikańscy politycy, co z jednej strony czyni z nich sojuszników „rebeliantów”, z drugiej jednak naraża na oskarżenia o wspieranie działań nielegalnych. Przyczyna dwóch ostatnich poważnych konfliktów prawicowych milicji z federalnymi była jednak bardziej przyziemna. Farmerzy zażądali prawa do użytkowania ziemi publicznej. Ich walkę poparli zbrojnie członkowie milicji, jak zawsze chętnie stający do walki z „tyranią” Waszyngtonu. Wydarzenia w rezerwacie przyrody Malheur National Wildlife Refuge w stanie Oregon szybko wymknęły się spod kontroli. Zaczęło się od sporu o prawo do korzystania z ziem publicznych – na zachodzie USA ogromne połacie wciąż pozostają pod administracją rządu federalnego. Iskrą zapalną protestu stał się pięcioletni wyrok więzienia dla dwóch farmerów z Oregonu – 73-letniego Dwighta Hammonda i jego 46-letniego syna Stevena, którym udowodniono celowe podpalenia na ziemiach publicznych. Jak twierdzili sami oskarżeni, wypalali oni grunty wokół własnej farmy, a ogień wymknął im się spod kontroli. Na początku stycznia członkowie paramilitarnych milicji, głównie z zachodnich stanów USA, zajęli biura Malheur National Wildlife Refuge, ok. 50 km od miejscowości Burns, gdzie mieszkali Hammondowie. Zarzucili władzom federalnym podejmowanie działań zmierzających do wyrzucenia farmerów z ich własności i domagali się poluzowania regulacji dotyczących użytkowania ziem publicznych, na których Hammondowie chcieli wypasać bydło.

Gdy 26 stycznia władze zdecydowały się na dokonanie aresztowań – w sumie 11 osób – zginął człowiek. Ofiarą oblężenia okazał się 56-letni rzecznik grupy Robert Finicum. Według FBI w chwili zatrzymania miał sięgnąć po broń. Inny z członków grupy, Ryan Bundy, został ranny. Protest kontynuowały jeszcze cztery osoby, które poddały się dopiero 11 lutego. Sędzia Stacie F. Beckerman odmówiła wypuszczenia za kaucją uczestników akcji – w tym braci Ammona i Ryana Bundych – nie przyjmując argumentu, że protest miał charakter pokojowy.

Obecność braci Bundych w Oregonie jest znacząca. Są synami Clive’a Bundy’ego, który w 2014 r. uczestniczył w innej głośnej konfrontacji z udziałem służb federalnych w związku z prawem wypasu na ziemiach publicznych w Nevadzie. Rodzina Bundych odmawiała uiszczania opłat za użytkowanie terenów federalnych, a buntowników wsparli członkowie milicji. Aby uniknąć lokalnej wojny, agenci federalni odpuścili. Choć nie do końca, bo właśnie za to starcie rodzina Bundy została teraz postawiona w stan oskarżenia. Po tym zajściu dochodziło jeszcze do ostrych spięć w Idaho, Nowym Meksyku, Teksasie i Utah. W sumie od 2009 r. odnotowano w USA 17 zbrojnych incydentów między przedstawicielami rządu a prawicowymi ekstremistami. Starcie w Oregonie, gdzie także padły strzały, jest już osiemnaste. Rozgłos związany z ostatnim oblężeniem został zauważony także na szlaku kampanii prezydenckiej, przede wszystkim po prawej stronie sceny politycznej. Konserwatywny senator Ted Cruz, zwycięzca prawyborów w Iowa, wzywał do pokojowego rozwiązania konfliktu. Kontrowersyjny miliarder Donald Trump nie zajął jednoznacznego stanowiska, jednak Jerry DeLemus, szef grupy weteranów wspierających Trumpa, pojechał do Oregonu i spotkał się z protestującymi, określając cały ruch w obronie Hammondów jako „sprawiedliwy”.

Kontekst polityczny

Dla republikanów paramilitarne organizacje to kłopot, bo granica między powszechną w tych środowiskach kontestacją państwa federalnego utożsamianego z waszyngtońskim establishmentem a działaniami jawnie sprzecznymi z prawem bywa płynna. Paramilitarne milicje, których misją jest walka z rządem federalnym w obronie wolności obywatelskich, nie są w USA niczym nowym. Korzenie ruchu zbrojnego nieposłuszeństwa obywatelskiego sięgają czasów wojny o niepodległość Stanów w XVIII stuleciu. Dzisiejsze milicje są ruchem oddolnym i niejednolitym ideowo. – Mamy w tym spektrum ekstremalne milicje, ruchy suwerennych obywateli, jak też grupy białych suprematystów – mówi Johnson, obecnie niezależny konsultant ds. bezpieczeństwa. Większość tych organizacji odcina się dziś od rasizmu i nawiązuje do tradycji partyzantów Minutemen z okresu wojny o niepodległość USA. Zmienił się jedynie wróg –brytyjskie imperium zastąpiła „tyrania” rządu federalnego oraz nowy porządek świata, będący jakoby wynikiem globalnego spisku.

Z prawnego punktu widzenia kontrola tych grup nie jest łatwa, nawet jeśli grożą one atakami na ludzi i instytucje rządowe. Milicje chronią się za poprawkami do konstytucji: pierwsza gwarantuje wolność słowa, druga – prawo do noszenia broni. – Niedawno sędzia federalny uniewinnił członków Hutaree Militia na podstawie prawa do wolności słowa, ponieważ... nie stworzyli jeszcze listy osób, które chcieliby zabić. U dwóch innych członków znaleziono więcej broni niż u wszystkich 232 muzułmańskich ekstremistów aresztowanych w USA po zamachach z 11 września – przypomina Johnson.

Eksperci twierdzą, że w Oregonie znów zabrakło cierpliwości. Podczas konfrontacji z Montana Freemen w 1996 r. federalni wyczekali aż 81 dni, a konflikt zakończył się bez użycia przemocy. 14 członków milicji sądzono wówczas za… podrabianie czeków. W Oregonie śmierć jednego z uczestników protestu na pewno nie poprawiła atmosfery i wizerunku administracji. Wręcz przeciwnie. Każdy taki incydent przyczyni się do dalszego radykalizowania nastrojów. – Jeśli rząd będzie bagatelizował takie problemy, może się okazać bezbronny – ostrzega Mark Potok, jeden z autorów Southern Poverty Law Center. Na razie Hammondowie zwrócili się do Baracka Obamy z prośbą o ułaskawienie. Większość ekspertów powątpiewa jednak, czy do tego dojdzie. Wypuszczenie farmerów zostałoby przecież uznane jako sukces buntowników z Oregonu. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEżone

Złote czasy prawicowych milicji

ymbolicznym momentem w najnow- Sszej historii prawico-wych milicji stało się oblężenie w Ruby Ridge w 1992 r. W samotnym domku w Idaho okopał się Randy Weaver, który odmówił stawienia się przed sądem, gdzie miał odpowiadać za przestępstwa związane z bronią. Podczas 11-dniowego oblężenia zginął federalny szeryf, a potem żona i 14-letni syn Weavera. W końcu Weaver i jego przyjaciel oddali się w ręce władz. Nie była to jedyna wpadka federalnych. W 1993 r. podczas próby zakończenia oblężenia spalono ranczo, na którym przebywali członkowie sekty Gałąź Dawidowa. Zginęło 80 osób. W reakcji na te wydarzenia (choć sekta Davida Ko-resha nie miała wiele wspólnego z prawicą) powstały dwie pierwsze poważniejsze organizacje paramilitarne – milicje z Montany i Michigan. W Michigan stworzono niemal regu-larną armię, która w szczytowym okresie liczyła około 50 tys. członków. Z dobrze zorganizowaną strukturą służ-bową i umundurowaniem Złote lata milicji skończyły się jednak po zamachu w Oklahoma City w 1995 r., w którym zginęło 168 osób. Podczas śledztwa okazało się, że sprawcy zamachu na budynek federalny, Timothy McVeigh i Terry Nichols, mieli luźne powiązania z Michigan Militia. To wystarczyło, aby od ruchu odsunęło się wielu ludzi obawiających się kojarzenia z terroryzmem. Wkrótce 22 stany przegłosowały ustawy zakazujące aktywności grup paramilitarnych. W rezultacie do 2000 r. liczba ekstremalnych ugrupowań prawicowych w USA spadła poniżej 100, choć do 1995 r. było ich grubo ponad tysiąc.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2016
Więcej możesz przeczytać w 8/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także