Tak kwitnie demokracja!

Tak kwitnie demokracja!

Są piękne kraje, w których bardzo trudno się natknąć na informacje o aferach - to Kuba i Korea Północna
Szyszko! Szeremietiew! Wieczerzak! Polska ginie, demokracja gnije, politycy to złodzieje i wrogowie społeczeństwa - taki jest sens wielu opinii wygłaszanych z powodu ujawnionych ostatnio afer. Ów sens jest bezsensowny - Polacy powinni odczuwać zadowolenie, że mogą czytać, słuchać i rozmawiać o aferach. Jest to przejawem siły polskiej demokracji i świadczy o pełnym powrocie Polski do rodziny krajów cywilizowanych. W przeciwieństwie do pierwszych lat III RP aferalne działania coraz szybciej pogrążają winnych polityków. To musi cieszyć, gdyż afery są jak nowotwór: utajone i nie leczone niszczą organizm, ujawniane i operowane przywracają zdrowie. Nie można mieć pretensji, że pojawiła się choroba, można mieć pretensje do lekarza, że jej nie wykrywa lub źle operuje.
Niektórzy obserwatorzy życia publicznego nadal upatrują lekarza głównie w etyce dawnej "Solidarności", poczuciu honoru i uczciwości, inteligenckim mesjanizmie. Tymczasem dołączamy do rodziny krajów demokratycznych, co oznacza, że nie jesteśmy zdani wyłącznie na poczucie osobistej uczciwości polityków, że istnieją mechanizmy ujawniania i karania nagannych zachowań. Głoszenie, że źle się dzieje, bo słuchamy i czytamy o politykach nadużywających władzy, dowodzi niezrozumienia demokracji. Są przecież takie piękne kraje, które realizują ideał Utopii i w których trudno natknąć się na informacje o aferach. Kuba i Korea Północna, a przed jedenastoma laty kraje tzw. demokracji ludowej, w tym PRL, oficjalnie były (czy są) wolne od zjawiska kryminogennej działalności rządzących. Wolny świat zaś nieustannie przeżywa polityczne skandale. - Afery bez przerwy targają krajami o ugruntowanych demokracjach, takimi jak Niemcy, Austria, Włochy. Dlatego tak powinno się u nas zmieniać prawo, aby łatwiej eliminować korupcję, bo na moralność można liczyć tylko w indywidualnych wypadkach - uważa prof. Jerzy Szacki, socjolog.

Utopia demokracji
"Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Dlaczego przez przeszło cztery lata żaden polski polityk ani wysoki urzędnik nie zwołał konferencji prasowej po to tylko, żeby powiedzieć: Pogubiłem się, przekroczyłem granicę błędu (...) odchodzę?" - mnożył kilka lat temu pytania Jacek Żakowski w opublikowanym na łamach "Gazety Wyborczej" tekście "Coś w Polsce pękło, coś się skończyło". Przytaczał przy tym przykład niemieckiego polityka, który popełnił samobójstwo, gdyż był podejrzany o chęć prania brudnych pieniędzy. Przestrzegał: "Elita, która nie ma dość siły, by w sprawach publicznych narzucić sobie etyczny rygoryzm, podcina własne osadzone w demokracji korzenie".
Wizja Żakowskiego była więc taka: politycy, którzy w 1989 r. przejęli w Polsce władzę, powinni - jak w czasach walki z antydemokratyczną władzą - pozostać szlachetnymi, bezinteresownymi ludźmi. Zgodnie z etosem polskiej inteligencji nadal mają nieść kaganek oświaty w ciemny, lecz szlachetny lud, aby nauczyć go, na czym polega dobre wychowanie i zniechęcić do wyboru Stana Tymińskiego na prezydenta. W razie popełnienia czynu nagannego politycy - skręcani poczuciem wstydu - muszą usuwać sobie mózg za pomocą pocisku, a w wypadku lżejszych przewinień - publicznie chodzić w czapce hańby.
Szkoda, że analizując procesy gnicia i pękania, Żakowski nie wskazał, w którym to kraju cała klasa polityczna jest tak szlachetna z natury. W Niemczech? W Belgii? Może we Francji albo Włoszech? W demokracji mechanizmy oczyszczające życie publiczne z afer nie opierają się na szlachetnych odruchach i poczuciu misji. W demokracji oliwą dla tych mechanizmów nie jest tylko - jak chciałby Żakowski - poczucie obywatelskiego obowiązku. Są nimi też uczucia niższe: pocenie się ze strachu przed utratą mandatu poselskiego, przed cywilną śmiercią, przed prokuratorem, przed utratą majątku. I pocił się zapewne Henryk Goryszewski, który zrezygnował z funkcji przewodniczącego sejmowej Komisji Finansów Publicznych po ujawnieniu informacji, że jako współwłaściciel kancelarii prawniczej reprezentował firmę, która nie zapłaciła podatku VAT. Koszula musiała się lepić do pleców Jackowi Buchaczowi, odwołanemu przez premiera Włodzimierza Cimoszewicza ze stanowiska ministra współpracy gospodarczej z zagranicą, gdy wyszło na jaw, że stworzył tzw. trójkąt gwarancyjny, czyli spółki, w które skarb państwa zainwestował 540 mln zł, a później utracił nad nimi kontrolę.
Żakowski ma rację, że od polityków należy wymagać etycznych zachowań. Z jego tekstów przebija jednak przekonanie, że pojawianie się zachowań nieetycznych musi zniszczyć demokrację. Tymczasem afery byłyby groźne, a demokracja chora, gdyby naganne zachowania nie były ujawniane, a ich sprawcy - karani.

Pasożyty, czyli Buzek i Miller w czołgach
Z kolei prof. Wiktor Osiatyński w artykule "Folwark pasożytów" na łamach "Polityki" wyraża oburzenie, że politycy nie są kimś w rodzaju dywizji aniołów. Osiatyński idzie jednak krok, a nawet kilka dużych kroków dalej niż ograniczający się do moralizowania Żakowski. Otóż postuluje powołanie ruchu społecznego, który drobiazgowo rozliczałby postępowanie polityków: "(...) na przykład, że nie zatrudnia się pięciu doradców politycznych przy ministrze". Gdyby zaś klasa polityczna nie dawała się rozliczyć przez ruch społeczny imienia Osiatyńskiego, ruch ten mógłby wezwać do bojkotu wyborów parlamentarnych. Byłoby to o tyle łatwe, że - jak wskazuje autor - wzorzec takiego ruchu już istnieje i jest nim "Solidarność" z 1980 r.!
W wizji Osiatyńskiego prosty, lecz oczywiście dobry lud znów pod wodzą inteligencji zrzuciłby jarzmo wrażej kasty politycznej, będącej ciałem obcym i grabiącej kraj. Władzę kasty można byłoby obalić poprzez zbojkotowanie wyborów, czyli zanegowanie opinii, że III RP to kraj demokratyczny. I słusznie, bo co to za demokracja, w której zdarzają się afery. Niestety, Osiatyńskiemu zabrakło konsekwencji. Nie rozważył mianowicie, co zrobić, kiedy premier Buzek z prezydentem Kwaśniewskim postanowią bronić władzy pasożytów i 13 grudnia wyślą na ulice czołgi, którymi kierowaliby Leszek Miller, Andrzej Olechowski, Bronisław Geremek, Jarosław Kalinowski i Lech Wałęsa.
Modne wybrzydzanie na klasę polityczną jako rozsadnik wszelkiego zła jest więc w istocie wybrzydzaniem na demokrację i na społeczeństwo - wszak nasi politycy nie zostali zrzuceni na spadochronach przez wrogie mocarstwo.

Wolny rynek demokracji
Na szczęście nie wszyscy podzielają propozycje odtworzenia podziału na szlachetnych "naszych" i obrzydliwych "onych". - Ujawnienie afer to dowód, że nie działa jakiś układ mafijny, że mechanizmy oczyszczające już funkcjonują w ugrupowaniach politycznych. W systemie totalitarnym od razu ukręcano łeb takim sprawom - mówi bp Tadeusz Pieronek.
Konkurencja między partiami na wolnym rynku polityki sprawiła, że wprawiono w ruch mechanizm wzajemnej kontroli. Jeżeli nawet czasem się on zaciera, to dzięki konkurencji na wolnym rynku mediów informacje o szkodliwych zachowaniach polityków docierają do obywateli, przyczyniając się do wyłaniania nowych elit - i koło się zamyka. Amerykańska prasa w 1972 r. ujawniła aferę Watergate, jeden z najgłośniejszych skandali politycznych, który doprowadził do dymisji prezydenta Richarda Nixona. Czy odkrycie przez "Gazetę Wyborczą" afery żelatynowej i dziwnych transakcji kolegów Jacka Janiszewskiego, byłego ministra rolnictwa, nie świadczy o sile demokracji? Czy ujawniona przez "Rzeczpospolitą" sprawa Marka Kempskiego, byłego wojewody śląskiego, nie jest przyczynkiem do historii aferokracji? Czy odkrycie przez "Wprost" parę lat temu afery z udziałem spółki InterAms i ujawnienie całkiem niedawno wtyczek "Pruszkowa" w Ministerstwie Skarbu nie dowodzi, że lekarz jest sprawny?

Czasomierz aferalny
Bywa, że skutki ujawnienia nieprawidłowości są niemal niedostrzegalne. W sierpniu 1994 r. Włodzimierz Cimoszewicz, wicepremier i minister sprawiedliwości, przeprowadził antykorupcyjną krucjatę pod hasłem "Czyste ręce". Celem akcji było sprawdzenie, czy wysocy rangą pracownicy administracji państwowej przestrzegają zapisów tzw. ustawy antykorupcyjnej. Okazało się, że we władzach spółek z udziałem skarbu państwa zasiadało 2 ministrów, 5 sekretarzy stanu, 38 podsekretarzy stanu i 11 dyrektorów generalnych. W praktyce jednak wobec winnych nie wyciągnięto konsekwencji. Czy tylko w Polsce mechanizmy oczyszczające działają niekiedy tak wolno? Afera Kohlgate, która ujawniła, że Helmut Kohl, ojciec zjednoczonych Niemiec, lider europejskiej chadecji, był współodpowiedzialny za nielegalne finansowanie swojej partii, została wyciągnięta na światło dzienne dopiero po odejściu Kohla ze stanowiska kanclerza.
Mimo że Polska dopiero jedną dekadę żyje zgodnie z regułami demokracji, już teraz z powodzeniem mieści się w standardach zachodnich, jeśli chodzi o tempo karania polityków. Od ujawnienia w listopadzie 1994 r. przez "Wprost" afery InterAms do odwołania ze stanowiska premiera Waldemara Pawlaka musiały upłynąć ponad trzy miesiące. Premierowi Buzkowi potrzeba już było tylko dwóch tygodni, by usunąć Tomasza Szyszkę z posady ministra łączności i Romulada Szeremietiewa ze stanowiska wiceministra obrony narodowej. Bez względu na rzeczywiste pobudki, jakimi kierował się Jerzy Buzek, dymisjonując swoich podwładnych, pewne jest, że musiał to zrobić, jeśli nie chciał, by za niego zrobił to następca na fotelu premiera. I dopóki polityków zżera strach przed działaniami konkurentów, dopóki boją się utracić głosy wyborców, możemy być spokojni o demokrację. - Maleje społeczne przyzwolenie dla podejrzanych działań. Politycy są już surowiej oceniani niż kilka lat temu - ocenia prof. Andrzej Rychard, socjolog. - Trzeba pochwalić premiera Jerzego Buzka, że wskazał i usunął osoby, które w ten czy inny sposób są podejrzane o złamanie prawa - mówi prof. Zbig-niew Brzeziński, były doradca prezydenta Jimmy’ego Cartera do spraw bezpieczeństwa narodowego.

Strach przed wyborcami
Jeżeli dziś Jerzy Buzek pozbywa się obciążonych podejrzeniami - bo nawet nie oskarżonych przez prokuraturę - polityków, jeżeli Leszek Miller usuwa ze swej partii polityków obwinianych na przykład o nepotyzm, to czynią tak ze zwykłego pragmatyzmu. - Ujawnienie w tym samym czasie kilku afer świadczy o posługiwaniu się nimi w grze politycznej. Jednak fakt, że taką grę można prowadzić, że prasa może o niej swobodnie pisać, potwierdza, że żyjemy w państwie demokratycznym - mówi prof. Andrzej Paczkowski, historyk.
Coś w Polsce rzeczywiście pękło - walczący o władzę zaczęli się liczyć z wolnym rynkiem polityki, wolnym rynkiem mediów, opinią wolnego kraju. Tak właśnie rozkwita demokracja.
Więcej możesz przeczytać w 31/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0