Kapitalizm bez kapitalizmu

Kapitalizm bez kapitalizmu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polacy odrzucili kapitalizm - ucieszyli się po ostatnich wyborach politycy i publicyści związani z lewicą, powtarzając swe ulubione zwroty o "doktrynalnym liberalizmie", który podobnie jak marksizm jakoby się nie sprawdził. Polacy odrzucili reformy - wtórowali im ze smutkiem politycy odpowiedzialni za to, co zrobiono w III RP z kapitalizmem, chętnie przyznając, że ich porażka wynikła z niedojrzałości społeczeństwa, które chcieli zmodernizować.
Jedni i drudzy nie mają racji. Polacy niewątpliwie odrzucili polityczną i gospodarczą praktykę III RP. Kapitalizmu jednak, wbrew upowszechnianym przez lewicę stereotypom, jest w niej wyjątkowo mało. Jest za to gargantuiczna biurokracja, dziki fiskalizm i absurdalne rozmnożenie agend państwowych, zajętych głównie gnębieniem tych, którzy chcieliby uczciwą pracą i przedsiębiorczością poprawić los swój i swego kraju.

Paradoks Leppera
Stereotyp, który w ślad za liderami lewicy podchwyciła większość dziennikarzy, każe widzieć sprawę tak: po roku 1989 rządzący Polską dbali tylko o wzrost gospodarczy i niską inflację, tracąc z oczu "potrzeby społeczne". Wskutek tego rzesza ludzi starszych, słabiej wykształconych czy po prostu pechowców została wyrzucona poza nawias transformacji i zdeklasowana. To właśnie głosy owej sfrustrowanej polskiej underclass zapewniły wyborczy sukces siłom skrajnym - Lidze Polskich Rodzin i Samoobronie. Sukces populistów jest sygnałem alarmowym, że czas przeorientować polityczne cele i zamiast myśleć o wskaźnikach makroekonomicznych, okazać wrażliwość upośledzonym grupom (codziennie jest ich więcej), czyli obdarować je pieniędzmi podatników.
Fakty temu przeczą. Jednym z nich jest socjologiczny przekrój parlamentarnej reprezentacji Samoobrony, jej zaplecza oraz elektoratu. Wbrew wygodnemu stereotypowi Lepper ma za sobą nie tylko roszczeniowo nastawionych robotników rolnych, niewykwalifikowanych bezrobotnych czy właścicieli drobnych, zacofanych gospodarstw, skazanych w nowoczesnej gospodarce na przegraną. Tak było osiem, pięć lat temu, gdy Samoobronę popierało mniej niż 3 proc. Polaków. Jednak już masowe blokady dróg, które zapoczątkowały sukcesy Leppera, sygnalizowały zmianę. Na drogi wyszli właściciele dużych farm, nowoczesnych chlewni i brojlerni nastawionych na produkcję mieszczącą się w zachodnich standardach. Nie małorolni, ale ci, którzy mieli stanowić przyszłość polskiego rolnictwa.
W wyborach do Sejmu pośród kandydatów Samoobrony, a także współtworzących LPR partyjek narodowo-katolickich najbardziej rzucali się w oczy drobni przedsiębiorcy, usiłujący się utrzymać z działalności gospodarczej z dala od wielkich miast - importerzy używanej odzieży czy samochodów, właściciele małych sklepów i hurtowni, masarni albo warsztatów rzemieślniczych. Słowem - polscy entrepreneurs, którzy wedle wezwań z początku dekady wzięli sprawy w swoje ręce i zamiast się domagać zasiłków, chcieli się wzbogacić własną pracą i pomysłowością.
Tacy ludzie - według politycznej logiki - powinni szukać wyrazicieli swych interesów w Unii Wolności i Platformie Obywatelskiej, a najbardziej lubiący cięty język - ewentualnie w Unii Polityki Realnej. Tymczasem postawili oni na człowieka, który obiecuje każdemu 1000 zł miesięcznie za samo istnienie, bezterminowe zasiłki dla bezrobotnych i gwarantowane ceny skupu dla rolników. W bogatym katalogu obietnic ma jednak także coś dla nich - walkę z urzędami, otwieranie nowych rynków zbytu i opodatkowanie zachodnich firm.
Można się boczyć na taki wybór drobnych przedsiębiorców i prorokować, że Lepper wystawi ich do wiatru, ale nie można nie przyjąć do wiadomości faktów. A fakty są takie, że ci, którzy powinni być najbardziej zainteresowani kapitalizmem, czują się przez transformację ustrojową zdradzeni, liberałów zaś uważają nie za swoich obrońców, ale za wrogów.

Błąd liberałów
Prości ludzie nie mają obowiązku przeprowadzania gospodarczych analiz, wgłębiania się w roczniki statystyczne i wyważania ocen. Właściciel sklepiku, warsztatu blacharskiego czy chlewni ma powody widzieć w państwie polskim, a więc w elitach, które nim rządzą, swojego wroga. Państwo to obciąża go wysokimi podatkami, nasyła na niego kontrolę po kontroli i wstecznie zmienia interpretacje przepisów. Państwo to toleruje urzędniczą samowolę, na przykład kuriozalną zasadę, że każdy urząd skarbowy władny jest interpretować przepisy po swojemu.
Nękany na tyle sposobów przedsiębiorca widzi, że to samo państwo wobec wielkich firm, głównie zagranicznych, zachowuje się zupełnie inaczej, hojnie rozdając ulgi i zwolnienia podatkowe. Ta nierówność boli i prowokuje do skrajnych reakcji bardziej niż trudności wynikłe z dekoniunktury czy urzędniczej samowoli.
Zadecydował o tym splot okoliczności, o którym wielokrotnie pisałem. Wielkie firmy były dla polityków znacznie wygodniejszym partnerem - ściągnięcie montowni światowego koncernu lub fabryki dżinsów stanowiło spektakularne medialne osiągnięcie. Stworzenie dobrych warunków małym firmom - nie. Nie wspominając o tym, że koncerny mają możliwość lobbingu, tymczasem drobni przedsiębiorcy nie zdołali nawet wytworzyć spójnego przedstawicielstwa. Wreszcie, w "pełzającym socjalizmie" właśnie na małe firmy i tych, którzy "wzięli sprawy w swoje ręce", przerzucono koszty utrzymania państwa opiekuńczego o postępującej niewydolności. Bo z kogo ściągnąć te wszystkie ZUS-y czy FUS-y? Zagranicznego inwestora zawsze obronią księgowi i radcy prawni, posocjalistycznego molocha - związki zawodowe, a drobny przedsiębiorca nie może liczyć na nikogo.
Polscy liberałowie popełnili ogromny błąd, który kosztował ich utratę naturalnego społecznego zaplecza. Wspieranie przez nich autentycznej, oddolnej przedsiębiorczości ograniczyło się do pustych deklaracji; w rzeczywistości interesowały ich tylko wielkie firmy. Symbolem "polskiego kapitalizmu" nie stał się właściciel ulicznej "szczęki", wspinający się po szczeblach kariery po amerykańsku - od pucybuta do milionera, lecz menedżer międzynarodowego koncernu zarabiający wielokrotność średniej krajowej. Nawet pojęcie klasy średniej oznaczające na Zachodzie tych, którzy nie są ani biedakami, ani krezusami, polskie media przykleiły nowobogackim właścicielom willi z pseudogotycką wieżyczką.
Pchnęło to wielu drobnych przedsiębiorców ku demagogom mającym na wszystko proste recepty i wskazującym łatwo, kogo nienawidzić. To bolesne, ale czy można to uznać za odrzucenie kapitalizmu?

Kapitalizm jeszcze nie odkryty
W Polsce roku 2001 warunki dla przedsiębiorczości są gorsze niż w 1993 r. - pod takim stwierdzeniem podpisują się zgodnie pracodawcy i eksperci ekonomiczni. To nie przypadek - już w 1989 r. premier Mazowiecki w ostatniej chwili wykreślił ze swego sejmowego exposé słowo "kapitalizm", zastępując je "społeczną gospodarką rynkową". U zarania III RP postsolidarnościowa elita uznała, że wzorcem transformacji nie będzie dla nas Ameryka czy Wielka Brytania, ale Europa Zachodnia. Cel został zrealizowany. Akurat w chwili, gdy nowy polski rząd myśli, jak załatać ogromną dziurę budżetową i zlikwidować bezrobocie, ministrowie krajów strefy euro głowią się nad... nie kontrolowanym wzrostem deficytów budżetowych i dwucyfrowym bezrobociem. Można powiedzieć: chcieliście społecznej gospodarki rynkowej, to ją macie - z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Polacy niewątpliwie odrzucili w ostatnich wyborach system, który stworzył masowe bezrobocie. Czy to znaczy, że odrzucili kapitalizm? W krajach kapitalistycznych bezrobocie nie przekracza kilku procent. Piętnastu procent sięga w zachodnioeuropejskiej demokratycznej wspólnocie socjalistycznej. Polacy mają dość korupcji, ale ona pojawia się tam, gdzie urzędnik ingeruje w gospodarkę. W kapitalizmie okazje do korupcji trafiają się sporadycznie.
Faktem jest natomiast, że Polacy dali się przekonać, że ów biurokratyczny socjalizm, jaki po 1989 r. zgodnie budowały rządy lewicowe i prawicowe, to właśnie kapitalizm. Stali się w ten sposób łatwym łupem demagogów utrzymujących, że kapitalizm się nie sprawdził i że Polskę da się wyleczyć większymi dawkami tego, co jej zaszkodziło.
Publicystom powtarzającym bzdurny frazes o kapitalizmie warto zadedykować starą żydowską anegdotę o biednym domokrążcy, któremu u odwiedzanych bogaczy zapachniała drożdżowa baba. Postanowił upiec taką samą, ale gdy dostał przepis, uznał go za zbyt rozrzutny. Zamiast pszennej mąki dał więc żytnią, zamiast masła - gęsi smalec, zamiast mleka - wodę, a z jajek, drożdży i bakalii w ogóle zrezygnował. Po czym skosztował wypieku, splunął i orzekł, że bogacze muszą być kompletnymi wariatami, żeby jeść takie świństwo.

Więcej możesz przeczytać w 43/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0