Kalendarz bywalca

Kalendarz bywalca

Dodano: 
Wszyscy, którym zależy na reputacji, powinni bezwzględnie pamiętać o bywaniu na niektórych balach, bankietach, spotkaniach
High life
We Francji nikt nawet nie próbuje załatwiać interesów na balu czy raucie. Można tam jedynie poczynić pewne kroki przygotowawcze, na przykład zaprosić kogoś na obiad. Oświadczenie: "Jestem umówiony z Iksem na lunch" - robi o wiele bardziej piorunujące wrażenie niż stwierdzenie, że było się z nim na tym samym balu. Życie towarzyskie elit toczy się na spotkaniach klubowych i artystyczno-handlowych. Członkostwo w klubach sporo kosztuje i wymaga zwykle poparcia dwóch osób wprowadzających. Tam rzeczywiście można coś załatwić, ale raczej trudno się pokazać, choćby dlatego, że spotkania te są zamknięte dla prasy. Imprezy artystyczno-handlowe to przede wszystkim wernisaże - i tam właśnie najczęściej "polują" fotoreporterzy. Pojawiają się na nich byli ministrowie, aktorzy, którzy chcą się przypomnieć. Wszyscy liczą na to, że ich zdjęcie ukaże się na łamach pism zajmujących się światowym życiem. Impreza, w której chciałoby uczestniczyć wielu Brytyjczyków, to "herbatka" w ogrodach Buckingham Palace. Zaproszenia wystosowuje sekretariat JKM. Tam, gdzie bywa elita, zwykłym śmiertelnikom trudno się dostać, ale jest to możliwe. Pieniądze otwierają wiele drzwi - nie tylko w Wielkiej Brytanii. Do elitarnych imprez należą między innymi wyścigi konne w Ascot, turniej tenisowy w Wimbledonie (miejsce w loży królewskiej jest ambicją wielu dorobkiewiczów), regaty w Henley na Tamizie, May Balls, czyli majowe bale (okazja do pokazania się dla panienek z dobrych domów i chłopców z rodzin z tradycjami), polowanie na lisa w drugi dzień świąt, Cowes (regaty jachtowe), ostatni wieczór koncertów promenadowych, Royal Variety Performance (rewia teatralno-kabaretowo-muzyczna, w której bierze udział królowa) czy uroczystość wręczenia nagród Brytyjskiej Akademii Filmowej Bafta. Otrzymanie zaproszenia umożliwia sława, wpływy, moda i znajomości. Bywanie na tych imprezach daje nie tylko prestiż, ale też nowe znajomości. W Wielkiej Brytanii, podobnie jak w USA, bardzo modny jest tzw. networking (budowanie siatki znajomych). W Rosji rządzi przede wszystkim urzędnicze prawo - ten ma pieniądze, kto ma dostęp do władzy. Największe fortuny powstawały dzięki przejmowaniu majątku państwowego. A dzielono go między "swoich", którzy poznawali się według klucza środowiskowego. Najbardziej dynamiczną grupę rekinów pierwotnego kapitalizmu stanowili działacze Komsomołu. Ale nawet oni nie stworzyli tradycji spotkań, balów, przyjęć, na jakich obecność świadczyłaby o kastowej przynależności. Tego typu publicznie nagłaśniane imprezy odbywają się w zasadzie jedynie w świecie show-biznesu. Jakiś czas temu do mediów przedostały się przecieki o spotkaniach organizowanych przez jedną z trzech najbogatszych osób w Rosji, właściciela grupy kapitałowo-przemysłowej Interros, Władimira Potanina. W jednym z podmoskiewskich ośrodków biznesmeni i politycy oddawali się biesiadnym uciechom, a w basenie pływały półnagie modelki z jednej z największych agencji. Rosyjskie finansowe i polityczne elity spotykają się jednak najczęściej w pilnie strzeżonych miejscach i nie lubią rozgłosu. Piotr Moszyński (Paryż) Paweł Bawolec (Londyn) Witold Laskowski (Moskwa)


Dla niewtajemniczonych to targowiska próżności. Dla coraz liczniejszej grupy stałych bywalców - okazja do przygotowania gruntu pod interesy. - Bankiety, bale, koncerty czy choćby hucznie ostatnio świętowane urodziny firmy to szansa nie tylko na zawarcie nowych znajomości, ale też na zdobycie nieoficjalnych informacji mogących się przydać w planowaniu kariery. Bywanie to dziś element promocji własnej osoby - mówi Wojciech Borsucki z Hill International, agencji doradztwa personalnego.

Czy na bankiecie rzeczywiście można ubić interes? - Skąd! - protestuje Halina Frańczak, socjolog z Neumann Institute. - Co prawda bywanie staje się dziś koniecznością, bo bez obracania się w pewnych kręgach nie ma mowy o dobrej orientacji w wielu sprawach, ale bankiet to tylko preludium. Sprawy zawodowe załatwia się później - mówi. - Robienie interesów na bankiecie byłoby przede wszystkim nietaktowne - podkreśla Aleksander Gudzowaty. Sam wprawdzie nie przepada za tego typu imprezami, ale zgadza się, że są potrzebne. - Umożliwiają nawiązywanie kontaktów - przyznaje.
Przyjęcia przestały służyć tylko przyjemnemu spędzeniu czasu. Dziś chodzi o to, by się pokazać w towarzystwie znanych i cenionych osób - podkreślają brytyjscy socjologowie. Aleksander Polański z Business Centre Club nie ukrywa, że podczas corocznej gali BCC można przedyskutować wiele spraw. - Jeśli trafi się nudny koncert, najważniejsze szczegóły można omówić już na początku imprezy. Na ogół jednak do planowanej rozmowy dochodzi podczas bankietu. Najlepiej z dala od innych gości. Jeśli sprawa jest pilna, spotkanie ma dalszy ciąg już następnego dnia - mówi. Jeśli nie - trzeba się przypominać. Najłatwiej robi się to na kolejnych wspólnych imprezach. Uczestnictwo w bankietach i rautach to oznaka przynależności do pewnej grupy. - Jeśli bywa tam, gdzie ja, i zna tych samych ludzi, to znak, że jest swój. Łatwiej mu zaufać - twierdzi jeden z bywalców salonów. Prezes Deloitte & Touche Lesław Paga przyznaje, że zdarza mu się spotykać te same osoby na trzech imprezach w tygodniu. - Często bywam na bankietach, bo z niektórymi mogę porozmawiać tylko tam - mówi Jolanta Fajkowska, dziennikarka. Nie omija imprez związanych z telewizją, takich jak Telekamery czy Wiktory. Do kina chodzi wyłącznie na premiery. Lubi promocje książek i spotkania z autorami. - Coraz trudniej oddzielić spotkania służbowe od prywatnych - dodaje.
W złym guście jest uczestniczenie we wszystkich imprezach. - Ja sam nie bywam, bo dla mnie polityka to nie marketing polegający na pokazywaniu twarzy. Ale dla wielu polityków w stylu Kena i Barbie to nieodłączna część kariery - mówi Wiesław Walendziak. - Jeśli komuś zależy na reputacji, nie powinien się pojawiać na niektórych imprezach. Dla polityka szczególnie niebezpiecznym terenem są spotkania organizowane przez kręgi biznesu, którym zależy na politycznym poparciu - mówi poseł Jan Maria Jackowski, przewodniczący sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu. Nie opuszcza on organizowanego przez "Wprost" przyjęcia z okazji przyznania tytułu Człowieka Roku i Nagród Kisiela. Inny gość tych dwóch gali, Wiesław Uchański, prezes wydawnictwa Iskry, twierdzi: - Kiedyś pojawianie się na przyjęciach traktowałem jako powinność zawodową. Dziś bywam rzadko, ale tam, gdzie naprawdę lubię. Także Leszek Balcerowicz unika imprez, z których niewiele wynika. - Stara się uczestniczyć tylko w tych, nadających bieg ważnym dla niego sprawom - mówi Jakub Karnowski, doradca wicepremiera.
- Bankiety i bale odgrywają podobną rolę jak wspólna gra w golfa: pozwalają w swobodnej atmosferze niezobowiązująco podyskutować o tym, co się dzieje. Dają świadomość trzymania ręki na pulsie i szansę zorientowania się w towarzyskiej hierarchii. Ich bywalcy na ogół lubią się trzymać zasady "lepiej niech mówią źle, byle nie pomylili nazwiska" - mówi Zbigniew Wróbel, prezes PepsiCo, który najbardziej ceni między innymi spotkania Klubu Kapitału Polskiego. - Coraz więcej osób dzięki licznemu gronu znajomych podbudowuje swoją zawodową pozycję. Im więcej wiem i widzę, tym moje szanse na rynku są większe. Ale ten, kogo na bankiet wysyła firma, "bo tak wypada", tak naprawdę będzie tylko obserwatorem spotkań śmietanki - mówi Wojciech Borsucki. - Dlatego dla bardzo wielu osób to jedynie dotykanie innego, lepszego świata - dodaje Lesław Paga. Do najbardziej prestiżowych imprez zalicza on przyjęcie organizowane w ambasadzie amerykańskiej z okazji Dnia Niepodległości. - Tam można spotkać nie tylko tych, którzy byli i są, ale także tych, którzy będą dla naszego kraju ważni - tłumaczy.
O tym, że bankiety i przyjęcia mają dla Polaków coraz większe znaczenie, świadczy choćby fakt, że pominięci przy układaniu długiej listy gości potrafią się natarczywie przypominać organizatorom poprzez znajomych albo po prostu dzwoniąc. - W ubiegłym roku zaproszenia próbowano wymuszać na nas zarówno groźbą, jak i płaczem - śmieje się Katarzyna Kolenda-Zaleska z Fundacji Charytatywnej Bal Dziennikarzy. Na odbywającej się w lutym imprezie bawi się polityczna i dziennikarska śmietanka. Jerzy Jańczak, dyrektor wydawniczy "Przeglądu Sportowego" organizującego Bal Mistrzów Sportu, nie dziwi się, że coraz częściej goście rezerwują bilety kilkanaście miesięcy wcześniej: - Tu spotyka się świat sportu, polityki, biznesu i mediów - mówi. Także w miesięczniku "Press" telefony z prośbami o zaproszenia dzwonią długo przed uroczystością rozdania polskich Pulitzerów. Za najbardziej prestiżowe uchodzą jednak spotkania, na których nie sprawdza się przy wejściu zaproszeń. Nikt też nie wymienia się tam wizytówkami, bo wszyscy bądź prawie wszyscy się znają. Rozmawiają bez świateł kamer i fleszy aparatów fotograficznych. Bywają też okazją do zacieśnienia kontaktów, jak w wypadku prasowych śniadań u niektórych ministrów czy spotkań premiera z wybranymi dziennikarzami. - Umożliwiają mniej formalną rozmowę. Są też formą podziękowania dziennikarzom za współpracę - tłumaczy Krzysztof Luft, rzecznik rządu.
Prestiż podnosi też pokazanie się na imprezach charytatywnych, piknikach i koncertach organizowanych przez Rotary Club czy uczestnictwo w zamkniętych spotkaniach Lions Club. - Zapraszamy osoby mogące się stać mecenasami naszych przedsięwzięć: ludzi biznesu, polityki, kultury. Przestrzegamy zasady, by goście nie komentowali bieżących wydarzeń - mówi Józef Lucjan Jakubiec, prezes warszawskiego Rotary Club. - Nie organizujemy już bali, bo jest ich za dużo. Staramy się raczej robić kameralne spotkania, na które zapraszamy wybrane osoby z zewnątrz. Lepiej je poznajemy i niektórym proponujemy członkostwo - wyznaje Zbigniew Unger, prezes Lions Club Warszawa Centrum.
Urodzinowe przyjęcie znanego biznesmena czy polityka, bale organizowane przez duże firmy, np. Mercedesa, spotkanie prezydenta z korpusem dyplomatycznym i osobistościami życia publicznego albo modne ostatnio hubertusy i pikniki w wiejskich posiadłościach stają się powoli polskimi odpowiednikami fajfów w ogrodach królowej Elżbiety czy hollywoodzkiego balu po rozdaniu Oscarów. Na salonach obowiązuje niepisany kodeks. - Zawsze musi być ktoś, kto mnie danej osobie przedstawi. Ale z żadnym gościem nie wypada rozmawiać dłużej niż kilka minut czy tym bardziej na drugi dzień proponować spotkania. Procedura umawiania trwa z reguły tydzień, dwa. Nikt też natarczywie nie wciska swojej wizytówki, bo może zyskać miano bankietowej hieny, a taką wszyscy omijają wielkim łukiem - mówi Zbigniew Wróbel. Dodaje, że nawet w kilkusetosobowym gronie szybko dostrzeże osoby, z którymi warto porozmawiać. - To tzw. dress code. Rozpoznajemy się po klasie zegarków, butów, garniturów.
Przy układaniu listy gości gali Business Centre Club pracuje sztab ludzi. Najważniejszych wyznacza specjalny Instytut Lobbingu BCC. - Balcerowicz, Mazowiecki, Gronkiewicz-Waltz - te nazwiska niewątpliwie przyciągają gości - tłumaczy Aleksander Polański. Obecność najważniejszych osób w państwie to dla gości znak, że organizatorom można zaufać. - Dlatego nasz bal to gwarancja zabawy w wyśmienitym towarzystwie - mówi Izabela Dzieduszycka z Przymierza Rodzin. Na II Charytatywnym Balu Przymierza Rodzin spotkały się kręgi dyplomacji, polityki, świata kultury i biznesu.
Czasem wystarczy zareklamowanie wydarzenia jako spotkania środowiskowego. - To było jak kula śniegowa! Po Warszawie poszła fama, że szykuje się impreza, na której "będą wszyscy". Rozdzwoniły się telefony z prośbami o zaproszenie. Głównie od tych, na których nam najbardziej zależało: ludzi mediów, branży reklamowej i rozrywkowej - mówi Krzysztof Nepelski z Radia RMF. Na organizowanych w Zakopanem dziesiątych urodzinach rozgłośni "magnesami" byli Krzysztof Hołowczyc, Reni Jusis i Robert Janson oraz znani aktorzy. - Bywanie może pomóc w zawodowym rozwoju, ale nie dajmy się zwariować. Nie można trafiać na towarzyskie spotkania tylko w jednym celu: podania odpowiedniej osobie ręki. Nawet najbardziej błyskotliwa kariera oparta tylko na takich podstawach prędzej czy później runie z wielkim hukiem - ostrzegają doradcy personalni.
Okładka tygodnika WPROST: 6/2000
Więcej możesz przeczytać w 6/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0