Chłopska WOJNA światowa

Chłopska WOJNA światowa

Dodano: 
Kiedy polscy rolnicy twierdzą, że blokują drogi, gdyż spadek dochodów o 40 proc. nie pozostawia im żadnego wyboru, przemilczają, że jeszcze więcej stracili brytyjscy farmerzy - ceny artykułów rolnych są tam najniższe od lat 30.
W centralnych Chinach ceny pszenicy spadły ponaddwukrotnie, o ponad 50 proc. mniej zarabiają brytyjscy producenci baraniny. Dochody duńskich farmerów zmalały w 1998 r. o połowę, jeszcze więcej stracili producenci wieprzowiny w Danii. Jesienią 1998 r. w USA za pszenicę płacono o połowę mniej niż na początku 1997 r. Ceny żywca w USA stanowią obecnie zaledwie 30 proc. cen z 1997 r. W sumie dochody amerykańskich farmerów spadły w 1998 r. o ponad 15 proc.

Andrzej Lepper może nie wiedzieć, czym jest cykl koniunkturalny i jakie są skutki wieloletniego subwencjonowania rolnictwa, nie może natomiast udawać, że tylko polskim chłopom żyje się gorzej i winna temu jest Unia Europejska oraz rząd Jerzego Buzka. Winny jest rynek: można sprzedać tylko to, co ktoś zechce kupić, i otrzymać tyle, ile ktoś zechce zapłacić. Im więcej wolnego rynku, na przykład w Nowej Zelandii, gdzie subwencje rolne są najniższe na świecie (kilkanaście razy niższe niż w UE), tym rolnictwo jest lepiej przygotowane do konkurencji. Rozwiązaniem dla Polski nie jest więc wzrost dotacji, lecz ich zniesienie. Pod jednym warunkiem - równocześnie z subwencji powinna zrezygnować Unia Europejska.
Kiedy w 1997 r. przedstawiciele dyrekcji ds. rolnictwa w Komisji Europejskiej przestrzegali, że wzrost produkcji skończy się krachem za dwa, trzy lata, nikt nie chciał ich słuchać. Także w Polsce ignorowano te sygnały. Jeszcze trzy lata temu światowe rolnictwo przeżywało boom, gdyż szybki wzrost gospodarczy w Azji nakręcał popyt na zboże i mięso. Wraz z kryzysem finansowym w tej części świata - co odczuła zarówno warszawska, jak i nowojorska giełda - nastąpił ogólnoświatowy spadek cen żywności. Eksperci szacują, że w połowie niższe ceny wynikają z normalnych fluktuacji koniunktury, natomiast w 35-40 proc. spadek jest skutkiem kryzysu w Azji i Rosji. Przecież do Rosji trafiała trzecia część mięsa eksportowanego z Unii Europejskiej. Kłopoty w Azji spowodowały z kolei spadek importu pszenicy o 30 proc. Prognozy na przyszłość są pesymistyczne.
Kryzys na Wschodzie jest powodem większości kłopotów polskiego rolnictwa. Aż 44 proc. naszego eksportu trafiało do państw byłego Związku Radzieckiego (do państw Unii Europejskiej - 39 proc.). Kraje WNP kupowały na przykład polskie półtusze - w ciągu trzech ostatnich lat ich eksport wzrósł trzykrotnie. Pogłowie trzody chlewnej zwiększyło się w ostatnim roku aż o 10 proc., zaś szacowany wzrost krajowego popytu na wieprzowinę może wynosić najwyżej 1,5 proc. rocznie. - Kryzys w Rosji w dużej mierze spowodował załamanie rynku rolnego w Polsce i państwach Unii Europejskiej. Drastycznie spadło zapotrzebowanie na produkty mięsne o dużej zawartości tłuszczu. W ten sposób rynek zbytu stracili przede wszystkim polscy rolnicy. Spadły ceny, a w efekcie pojawiły się chłopskie protesty - mówi dr Maria Stolzman, doradca premiera Leszka Balcerowicza do spraw rolnych.
Choć na obecnym kryzysie tracą kraje biedne i bogate, tylko te ostatnie stać na rekompensowanie strat rolników. W Stanach Zjednoczonych, dotujących farmerów w dwukrotnie mniejszym wymiarze niż w Unii Europejskiej, na subwencje przeznaczono w ubiegłym roku aż 11,5 mld USD. Unia Europejska chce w tym roku wydać dodatkowo 570 mln USD, mimo że planowe subwencje pochłoną gigantyczną sumę prawie 46 mld dolarów.
Subwencje, choć generalnie sprzeczne z ideą wolnego rynku, są skuteczne tylko wtedy, kiedy z produkcji rolnej utrzymuje się nie więcej niż 5-7 proc. ogółu zatrudnionych. W Polsce z rolnictwa żyje 26 proc. pracujących. Subwencje będą więc u nas nadal środkiem państwowej polityki społecznej (zastępczymi zasiłkami), a nie narzędziem stymulowania podaży i popytu. Jeśli rolnictwo ma być sektorem budżetowym, układając budżet, trzeba jasno określić, komu zabrać środki, które chcemy przekazać rolnikom. Negatywne tendencje pogłębia także to, że od sześciu lat wzrasta u nas liczba rolników (z 3,6 mln w 1993 r. do 4,1 mln w 1997 r.), którzy mają w związku z tym coraz mniejszą pulę do podziału.
Dopłaty spełniają też swoją funkcję, kiedy sprawnie działa rynek rolny: giełdy, hurtownie, system kredytowy, ubezpieczenia. Tymczasem rozdrobnione i funkcjonujące na obrzeżach wolnego rynku polskie rolnictwo jest kilkakrotnie bardziej narażone na dekoniunkturę niż produkcja rolna Danii, Niemiec czy Holandii. Polskie rolnictwo będzie zatem podatne na poważne kryzysy jeszcze przez co najmniej 20 lat i to nawet gdyby otrzymywało z budżetu, czyli kieszeni podatnika, dwukrotnie więcej pieniędzy niż obecnie. Głównie dlatego, że co najmniej 20 lat zajmie stworzenie miejsc pracy dla ponad dwóch z trzech milionów osób tworzących nadwyżkę siły roboczej na wsi (milion rolników powinno odejść na emerytury i renty). Biorąc pod uwagę skuteczność walki z bezrobociem (spadek o 800 tys. osób w ciągu sześciu lat), proces "odchudzania" zatrudnienia na wsi zajmie właśnie 20, a może nawet 30 lat.
- Zgoda. Za dużo osób pracuje u nas w rolnictwie. Ale tego nie da się odgórnie zmienić, bo musi to być proces ewolucyjny. Trzeba bowiem pamiętać, że wieś to nie tylko miejsce pracy, ale także styl życia oraz tradycja rodzinna - mówi Janusz Maksymiuk, przewodniczący Krajowego Związku Kółek i Organizacji Rolniczych. - Ludność wiejska musi stopniowo odchodzić do miasta. Jeżeli ten nieunikniony proces będzie się odbywał pod ochroną rządu i struktur Unii Europejskiej, wszystko będzie w porządku. Niestety, obecnie robi się to bez żadnych zabezpieczeń - dodaje Roman Wierzbicki, przewodniczący NSZZ "Solidarność" Rolników Indywidualnych.
Przedstawiciele rolniczego lobby są optymistami: wystarczy, by Unia Europejska przekazała nam środki proporcjonalne do tych, które obecnie przeznacza na subwencje w krajach członkowskich, a oblicze polskiego rolnictwa zmieni się w ciągu 5-10 lat. Nawet minister rolnictwa Jacek Janiszewski uległ tym iluzjom. Tymczasem unia nie przekaże nam żadnych pieniędzy, zanim nie zmieni zasad finansowania rolnictwa. A zmiana polegać będzie na radykalnym ograniczeniu dopłat.
Polska nie ma też szans na powtórzenie uprzemysłowienia wsi, które w Wielkiej Brytanii dokonało się jeszcze w XIX wieku, a w wielu krajach Europy - przed II wojną światową. W Anglii postęp technologii produkcji rolniczej (w 1845 r. w Londynie zbudowano pierwszą fabrykę superfosfatu) i liczne wynalazki (w 1854 r. Chambers skonstruował siewnik) spowodowały zwiększenie zarówno wydajności pracy, jak i plonów. Duże, dobrze prosperujące gospodarstwa zmusiły drobnych rolników do masowego exodusu do miast. Zasilili oni rozwijający się przemysł ciężki, zwłaszcza górnictwo.
Szybko modernizująca się polska gospodarka będzie tworzyć coraz mniej miejsc pracy dla kiepsko wykształconych mieszkańców wsi. Na wsi szybko nie rozwinie się też na dużą skalę sektor usług, bowiem do tego potrzeba kapitału, a łączny popyt mieszkańców wsi jest zaspokajany w dostatecznym stopniu przez obecną infrastrukturę. Świadczenie usług wymaga też wzrostu poziomu wykształcenia - koło się zamyka. Nawet gdybyśmy dwukrotnie zwiększyli ceny skupu podstawowych produktów rolnych, polska wieś nie będzie samodzielna ekonomicznie. Tym bardziej nie jest samodzielna obecnie, skoro w latach 1993-1998 ceny środków produkcji wzrosły trzykrotnie, zaś ceny skupu produktów rolnych spadły o 15-17 proc. Obecna struktura rolnictwa pozwala poza tym na ograniczony wzrost wydajności, a i tak większa podaż oznacza, że nadwyżki żywności (istniejące w Polsce od 1993 r.) bardzo trudno byłoby sprzedać. Sytuacja jest równie dramatyczna jak w latach 1990-1991, gdy okazało się, że realny popyt jest mniej więcej o 20 proc. niższy niż w ostatnich latach istnienia PRL. Trzeba przy tym pamiętać, że na świecie przybywa taniej i lepszej od naszej jakościowo żywności, szczególnie z Australii i Nowej Zelandii, gdzie plony zbóż zbiera się dwa razy w roku.
- Trzeba iść drogą, którą podążają Niemcy i Francja: ograniczać produkcję rolną i "przenosić wieś do miasta". Musimy działać szybko, bo zapewne już niedługo Ukraina stanie się potęgą rolniczą, zielonym zagłębiem Europy, a wtedy Unia Europejska i Polska staną przed dramatycznym pytaniem: co zrobić z rynkiem wschodnim? - prognozuje Roman Jagieliński, były minister rolnictwa, prezes Partii Ludowo-Demokratycznej.
Za obecną trudną sytuację światowe rolnicze lobby wini przede wszystkim zwolenników liberalizacji globalnego rynku rolnego, jaką przeprowadzono podczas urugwajskiej rundy GATT w 1992 r. Paradoksalnie liberalizacja była jednak zbyt skromna, by wymusić zmianę polityki rolnej, przede wszystkim w Unii Europejskiej i USA. Dziś, w obliczu kryzysu, skończył się klimat dla dalszej liberalizacji: trudno proponować ograniczanie subwencji, gdy rolnicy zostali przyparci do ściany. Poza tym w całej Europie farmerzy wciąż stanowią bardzo wpływową i skuteczną grupę interesów, szczególnie gdy chodzi o wyciąganie subsydiów. W październiku ubiegłego roku rolnicy licznie stawili się w Brukseli, by protestować przeciwko reformie wspólnej polityki rolnej, zakładającej daleko idące ograniczanie dotacji. W takiej atmosferze Komisja Europejska prawdopodobnie zrezygnuje z propozycji trzydziestoprocentowych cięć w dopłatach, na przykład do mleka i wołowiny. Oznacza to, że polskie kłopoty z konkurencją importowanej i dotowanej żywności z UE szybko się nie skończą.
- Gdy unia zaczęła realizować program "Agenda 2000", zmierzający do ograniczania subwencji, wywołało to rolnicze protesty i strajki. Nie są to jednak takie same manifestacje jak w Polsce. Nasi chłopi występują przeciwko systematycznemu zubażaniu wsi i nieuczciwej konkurencji ze strony Unii Europejskiej dotującej żywność. Gdyby Polska była odgrodzona od świata, ludzie nie mieliby wyboru - kupowaliby polskie produkty. Polska jednak się od Europy nie odgrodziła, toteż ludzie kupują tańsze produkty - stawia diagnozę Janusz Maksymiuk. Czy za takie racjonalne rynkowe zachowanie można jednak winić polskich konsumentów?
Możemy oczywiście wprowadzić wysokie subwencje, ustanowić zaporowe cła na importowane towary rolno-spożywcze, zwiększyć dotacje do rolniczych ubezpieczeń i kredytów, anulować chłopskie długi, a nawet wprowadzić obowiązkową kontraktację. Zapomnijmy jednak wówczas o wolnym rynku, o Unii Europejskiej, o interesie konsumenta. Możemy - co otwarcie przyznał Andrzej Lepper (paląc przy okazji europejską flagę) - zbliżyć się do Rosji oraz Białorusi i w zamian za naszą żywność sprowadzać czołgi, pralki Wiatka i traktory Białoruś. Po dwóch latach można będzie, a nawet trzeba, wprowadzić kartki na mięso. Historia zatoczyłaby wówczas koło. Tymczasem i bez tego "wschodniego" scenariusza zbawienia polskich chłopów mamy dość kłopotów. Rolnicy Unii Europejskiej protestują bowiem energicznie przeciwko przyjęciu Polski do tej organizacji.
Niedługo rozpoczną się rozmowy poświęcone liberalizacji rynku rolnego. Zniesienia ograniczeń domagają się m.in. Australia, Nowa Zelandia, Tajlandia i Brazylia - kraje produkujące najtańszą żywność na świecie. Polska ma szansę uniknąć błędów europejskiej wspólnej polityki rolnej i przywrócić rolnictwo rynkowi, jak zrobiły to właśnie Australia i Nowa Zelandia: dzięki temu farmerów nie trzeba tam dotować, a zarabiają nie mniej niż ich europejscy koledzy. Problemem jest to, że wolnego rynku rolnego nie chcą nie tylko polscy rolnicy, ale i farmerzy z Unii Europejskiej, Japonii, Szwajcarii czy Norwegii.
Okładka tygodnika WPROST: 6/1999
Więcej możesz przeczytać w 6/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0