Ucieczka od wolności

Ucieczka od wolności

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jakie są granice swobody wypowiedzi?
"Jeżeli wolność słowa przysługuje takiej kanalii jak ja, to wy wszyscy, porządni obywatele, możecie się czuć absolutnie bezpieczni" - powiedział Larry Flynt, wydawca pornograficznego magazynu "Hustler", po spektakularnym zwycięstwie przed amerykańskim Sądem Najwyższym. Tych słów nie mógł powtórzyć Wojciech Cejrowski po wyjściu z Sądu Rejonowego w Gdańsku - "pierwszy kowboj Rzeczypospolitej" został skazany za lżenie prezydenta. Wypowiedź: "Aleksander Kwaśniewski to pulpeciarz, który swoim tłustym dupskiem bezcześci urząd prezydenta", wyceniono na trzy tysiące złotych. Słowa ministra Janusza Pałubickiego: "Aleksander Kwaśniewski chciał być prezydentem wszystkich Polaków, a okazało się, że jest prezydentem wszystkich ubeków", nie spowodowały natomiast reakcji prokuratury. Z wolności słowa najszerzej korzysta jednak Andrzej Lepper, z pasją studiujący przemówienia dr. Josepha Goebbelsa. Lider Samoobrony nie tylko paraliżuje drogi, ale też grozi stryczkiem polskim biskupom, lży prezydenta i premiera, a cały rząd wyzywa od łobuzów. Rozmawia z nim jednak nie prokurator, lecz minister rolnictwa Jacek Janiszewski. Prawa karnego używa się do dyscyplinowania kiepskich satyryków, a wymiar sprawiedliwości działa według zasady cede majoris - ustąp silniejszemu, niezależnie od tego, czy jest to osoba sprawująca władzę, czy "Jakub Szela z telefonem komórkowym", blokujący drogi w całym kraju. Tymczasem wszyscy powinni być traktowani według tych samych zasad. Może więc dla polskiej demokracji byłoby lepiej nie karać nikogo? Urażeni zawsze mają możliwość skorzystania z ochrony, jaką daje im prawo cywilne. Głupotę, chamstwo i arogancję może potępić inaczej: "odpowiednią" karę za głoszenie groteskowych poglądów wymierzono na przykład Glennowi Hoddle?owi, trenerowi piłkarskiej reprezentacji Anglii. Musiał się on pożegnać ze stanowiskiem po tym, jak powiedział dziennikarzowi "The Times": "Upośledzeni fizycznie i umysłowo płacą za grzechy popełnione w poprzednim życiu". "Nasz niepokój budzi sam fakt stosowania przez sądy procedury zabezpieczenia powództwa w sprawach o ochronę dobrego imienia. Zabezpieczenie to polega na czasowym zakazie publikacji, czyli jest rodzajem sądowej cenzury. To ogranicza nie tylko prawo twórców do wypowiedzi, ale przede wszystkim - powszechne, obywatelskie prawo do informacji. Tymczasem art. 54 ust. 2 konstytucji głosi: ťCenzura prewencyjna jest zakazanaŤ" - takie stwierdzenie znalazło się w "Liście otwartym do prezydenta i parlamentarzystów", podpisanym przed rokiem przez kilkudziesięciu dziennikarzy - od Jerzego Urbana po Tomasza Wołka. Powodem wystosowania tego apelu był precedens sądowy - zakaz rozpowszechnia filmu Henryka Dederki "Witajcie w życiu", poświęconego korporacji Amway. Od tamtej pory stosowanie zastępczej cenzury prewencyjnej - pomimo jej niezgodności z konstytucją - jest nadużywane przez polski wymiar sprawiedliwości. Autorskim wynalazkiem naszych sądów - godnym przyznania nagrody Złotego Knebla - jest pozbawianie przeciętnych obywateli oraz dziennikarzy prawa do wypowiadania jakichkolwiek - nawet jeszcze nie sformułowanych - opinii. Taki właśnie knebel założono Witoldowi Michałowskiemu, który nie może napisać niczego o Aleksandrze Gudzowatym i gazociągu Jamał-Europa. "Dziennikowi Bałtyckiemu" zakazano z kolei publikacji o firmie Banpol, zaś tygodnikowi "Nie" nakazano wstrzymanie się od druku nie istniejącego tekstu o hotelu Europejskim. Tymczasem sędzia Brennan z amerykańskiego Sądu Najwyższego (w sprawie "The Pentagon Papers") stwierdził: "Tylko jedna sytuacja usprawiedliwia nałożenie takiego środka - gdy naród prowadzi wojnę, a opublikowanie informacji może w nieunikniony i natychmiastowy sposób doprowadzić do takiego zdarzenia, jak zagłada nuklearna".


ANDRZEJ GOSZCZYŃSKI dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy

"Zagrożenia wolności prasy" - to tytuł raportu ogłoszonego właśnie przez CMWP (dostępnego na stronie www.free- press.org.pl). Przedstawiamy w nim regulacje prawne, które prowadzą do znacznego ograniczenia wolności prasy. Szczególnie dużo takich przepisów znalazło się w nowym kodeksie karnym obowiązującym od 1 września 1998 r. Największy niepokój budzą w nim uregulowania gwarantujące znacznie lepsze standardy ochrony osobom pełniącym funkcje publiczne niż zwykłym obywatelom. To nie tylko absurdalne, ale także sprzeczne z Europejską Konwencją o Ochronie Praw Człowieka. Żyjemy w świecie, w którym znieważanie prezydenta, funkcjonariuszy publicznych oraz "konstytucyjnych organów RP" odbywa się nagminnie - czekamy więc, kiedy prokurator zacznie się interesować na przykład rysunkami Henryka Sawki. Zapis art. 213 § 2 kk w jaskrawy sposób godzi w społeczne prawo do informacji. Stanowi on, że nawet w wypadku zniesławienia osoby publicznej oskarżony nie zawsze może się bronić, przeprowadzając tzw. dowód prawdy. Tak się praktycznie dzieje, gdy zarzut dotyczy życia prywatnego lub rodzinnego. Kuriozalny jest także zapis o surowszym karaniu za zniesławienie dokonane w środkach masowego przekazu. Może on w konsekwencji doprowadzić do jaskrawego ograniczenia swobody wypowiedzi w mediach. Nasze krytyczne uwagi dotyczą także niewłaściwego korzystania przez sądy z możliwości zabezpieczenia powództwa w procesie o ochronę dóbr osobistych. Odnoszę wrażenie, że polski wymiar sprawiedliwości nie do końca zdaje sobie sprawę z roli wolnej prasy w demokratycznym społeczeństwie, w wypadku konfliktu wartości zbyt często opowiada się po stronie poddawanych krytyce osób. Sędziowie zazwyczaj nie biorą pod uwagę tego, że dziennikarz nie musi pisać całej prawdy, bo jest to często obiektywnie niemożliwe, jego obowiązkiem jest natomiast dochowanie zawodowej rzetelności i staranności. Z tego między innymi powodu Centrum Monitoringu Wolności Prasy chce w najbliższym czasie stworzyć sąd polubowny. Jego orzeczenie będzie równorzędne z wyrokiem sądu powszechnego, postępowanie - szybsze i tańsze, a werdykty wydawane będą przez specjalistów z dziedziny prawa prasowego oraz doświadczonych dziennikarzy.


Inne precedensowe rozstrzygnięcie zapadło przed łódzkim Sądem Apelacyjnym w sprawie byłego wicemarszałka Sejmu Andrzeja Kerna przeciwko "Angorze". Tygodnik ten opublikował wywiad z mecenasem Michałem Pliseckim, obrońcą matki Macieja Malisiewicza, z którym uciekła z domu Monika Kern. W rozmowie z dziennikarzem gazety adwokat powiedział, że ówczesny wicemarszałek Sejmu "nadużył władzy", "jest nie tylko złym ojcem, ale także kłamcą". Łódzki sąd stwierdził, że wypowiedź ta powinna zostać ocenzurowana i uzasadnił swoje stanowisko tym, że "dziennikarz nie ma prawa bezkrytycznie cytować wypowiedzi na temat osoby publicznej". Argumentacja pozwanej redakcji - możemy odpowiadać za własne komentarze, lecz nie za wypowiedź osoby, z którą przeprowadzamy wywiad - została odrzucona. Tym samym zapadł wyrok sprzeczny z poglądem Sądu Najwyższego (dotyczącym analogicznej sytuacji, rozpatrywanej jednak na gruncie prawa karnego): "W zakresie spraw publicznych cytujący cudzą wypowiedź zwolniony jest od odpowiedzialności karnej za zniesławienie". Pełnomocnik "Angory", mecenas Jacek Skrzydło, zapowiada, że będzie "szukał sprawiedliwości" właśnie przed Sądem Najwyższym, a potem być może przed trybunałem w Strasburgu. Gdyby wszystkie media zaczęły postępować według zasady sformułowanej przez łódzki sąd, debata publiczna byłaby pozbawiona "poglądów, które obrażają, oburzają lub wprowadzają niepokój w państwie bądź w jakiejś części społeczeństwa". Tymczasem - według Europejskiego Trybunału Praw Człowieka - także one są chronione przez prawo stanowiące, że "swoboda wypowiedzi jest jednym z filarów demokratycznego społeczeństwa". W orzecznictwie trybunału wielokrotnie podkreślano, że granice dozwolonej krytyki są znacznie szersze w stosunku do polityka niż zwykłego funkcjonariusza państwowego, ten zaś powinien być z kolei "gorzej" chroniony przez prawo niż przeciętny obywatel. Trybunał uznał, że polityka można nazwać "idiotą" (chodziło o Jörga Hai- dera, lidera Austriackiej Partii Wolnościowej), lecz zabronione jest nazywanie municypalnych policjantów "ćwokami" i "głupkami" - jak rozstrzygnięto w rozpatrywanej niedawno w Strasburgu sprawie Józefa Janowskiego przeciwko Polsce. Czy w demokratycznym społeczeństwie istnieje granica wolności słowa? Na pewno tak. Bardzo blisko przekroczenia tej granicy znalazł się Andrzej Lepper, mówiąc w Radiu Zet: "Przypominam biskupowi Gocłowskiemu, że w 1794 r. na Krakowskim Przedmieściu szykowano szubienice. Niech sobie przypomni po co. Jeśli on poparł stosowanie siły wobec rolników, to nie jest biskupem polskim na pewno". Lider Samoobrony miał na myśli biskupa Józefa Kossakowskiego, jednego z litewskich targowiczan, który za sprawą warszawskich jakobinów zawisł na stryczku. Prokuratura nie zainteresowała się jednak tą wypowiedzią. Tymczasem zawiera ona w sobie nie tylko zniewagę, ale może stanowić przestępstwo z art. 255 § 2 kk: "Kto publicznie nawołuje do popełnienia zbrodni, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech". Trzeba wszak pamiętać, że Andrzej Lepper "nie rzuca słów na wiatr". Groźby wypowiadane pod adresem Antoniego Chodorowskiego, zarządcy gospodarstwa w Kobylnicy, zamieniły się przecież w czyny. Lider Samoobrony chwali się, że przed sądami toczą się przeciwko niemu 73 sprawy, kilkaset - przed kolegiami. W tej "konkurencji" doścignął samego Josepha Goebbelsa, o którym mówi: "To wielki człowiek w dziedzinie socjotechniki". Zanim szef propagandy III Rzeczy doszedł do władzy, tylko pomiędzy 12 a 17 sierpnia 1930 r. czterokrotnie stawał w sądach oskarżony o zniesławienie albo nawoływanie do stosowania przemocy. Dr Joseph Goebbels skomentował to potem słowami: "Te przymusowe rozprawy źle działają na moje trawienie, bo rzygać mi się chce". "Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się nawoływanie do stosowania przemocy" - stwierdził niedawno amerykański Sąd Federalny w Portland w stanie Oregon. Rozprawa dotyczyła internetowej strony znanej jako "Akta Norymberskie". Zawiera ona zdjęcia i dokładne dane o kilkuset lekarzach przeprowadzających w USA zabiegi usuwania ciąży. Nazwisko osoby zabitej przez antyaborcyjnych fanatyków jest przekreślane czarną kreską i dane te są na bieżąco aktualizowane. W tym samym czasie sędzia federalny w Filadelfii wstrzymał wprowadzenie w życie ustawy o ograniczeniu dostępu dzieci do pornografii w Internecie, uznając ją za niezgodną z gwarantowaną przez konstytucję wolnością słowa.
Więcej możesz przeczytać w 8/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0