Próba ognia

Próba ognia

Scenariusze dla Polski '99
Przez kraj przetacza się fala strajków, kolejne grupy społeczne ujawniają swoje roszczenia, przez co rosną płace i wydatki bud- żetowe, zahamowana zostaje natomiast restrukturyzacja i prywatyzacja gospodarki. Skala oporu jest tak wielka, że rząd nie potrafi się temu przeciwstawić. Rosnący deficyt budżetowy i deficyt obrotów bieżących służy prawie wyłącznie finansowaniu konsumpcji. Radykalnie zmniejsza się napływ długoterminowych inwestycji kapitałowych, więc w celu pozyskania kapitału na sfinansowanie deficytu trzeba oferować wysokie oprocentowanie papierów skarbowych. Ale przez to rosną stopy procentowe, kredyt staje się drogi, drastycznie spada zatem tempo rozwoju gospodarki. Złoty traci na wartości, a rezerwy walutowe nie wystarczają, by obronić krajowy pieniądz. W dodatku nie następuje oczekiwana poprawa warunków zewnętrznych: Rosja znajduje się w permanentnym kryzysie, Unia Europejska stopniowo wpada w recesję. Polska przestaje się liczyć jako kandydat do członkostwa w Unii Europejskiej. Taki "czarny" scenariusz wydarzeń w Polsce opozycja wiąże z działaniami wicepremiera Leszka Balcerowicza, jego polityką "schładzania" gospodarki oraz skutkami wprowadzania reform ustrojowych przez rząd Jerzego Buzka. "Nie czekajcie na rząd, czekajcie na upadek tego rządu" - ujawnił rachuby autorów "czarnego" scenariusza Leszek Miller, przewodniczący SdRP, podczas niedawnej manifestacji rolników.
Tymczasem obecny spadek tempa wzrostu ujawnił gorzką prawdę o polskiej gospodarce. - Czasowe spowolnienie wzrostu odsłania słabości nie zrestrukturyzowanych przedsiębiorstw państwowych - mówi Adam Czyżewski z Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych w Łodzi. Mamy za duże w stosunku do potencjału wydatki socjalne. Prawie połowę PKB wytwarzają firmy państwowe osiągające znikomą rentowność, a jednocześnie podnoszące płace, nie płacące składek na ZUS, a równocześnie wypłacające trzynastki i wysokie premie. W naszym eksporcie dominuje żywność i towary nisko przetworzone (90 proc.). Wpływami z zagranicznych inwestycji długoterminowych łatamy dziury w budżecie. Za mało oszczędzamy i inwestujemy, a za dużo wydajemy na bieżącą konsumpcję. - Zbyt duża część procesów gospodarczych przebiega poza kontrolą mechanizmów rynku, co powoduje wymierne straty społeczne - ocenia prof. Jan Macieja, ekonomista. - Całe branże polskiej gospodarki, na przykład przemysł lekki, przez lata korzystały ze sztucznego zasilania kroplówką dotacji i ulg. Dzięki temu wsparciu przetrwały, lecz obecnie widać jak na dłoni, że mieliśmy do czynienia z patologią - mówi Janusz Śniadek, wiceprzewodniczący Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność".
Ministrowie rządu Jerzego Buzka oraz znaczna część jego politycznego zaplecza nie mają już złudzeń, co rzeczywiście zagraża Polsce. Polityka "schładzania" - wbrew opiniom jej licznych krytyków - przyniosła już widoczne efekty. Przede wszystkim "utwardzono" wydatki budżetowe. Mamy trwałe makroekonomiczne warunki rozwoju gospodarczego: realne oprocentowanie kredytów obni- żyło się w ostatnim roku aż o 9 proc., spada zadłużenie polskich przedsiębiorstw za granicą, zmniejszył się deficyt w handlu zagranicznym, solidniejsze są podstawy inwestowania i eksportu. - Jak można nazywać kryzysem sytuację, w której nadal mamy wzrost gospodarczy? - pyta Henryk Goryszewski, przewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych?
Wszystko wskazuje na to, że pulę niepowodzeń już w tym roku wykorzystaliśmy. - W drugiej połowie roku należy się spodziewać odbudowy popytu wewnętrznego i przyspieszenia tempa wzrostu PKB wskutek poprawy konkurencyjności polskiej gospodarki - przewiduje Jan Szomburg z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. - W drugiej połowie roku wejdziemy na drogę przyspieszonego rozwoju i ostatecznie wzrost PKB może wynieść 4 proc. - uważa Tadeusz Chrościcki, dyrektor Departamentu Monitorowania i Analiz RCSS. - Możliwa jest nadal realizacja założeń budżetowych i osiągnięcie cztero-, pięcioprocentowego wzrostu. Potanienie kredytów spowoduje, że nie ulegnie zahamowaniu dynamika popytu, podtrzymany też zostanie dotychczasowy pęd inwestycyjny - mówi Grzegorz Szczodrowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha. - Według naszych prognoz, tempo wzrostu wyniesie ok. 4 proc., a mogłoby przekroczyć 5 proc., gdyby pojawiły się impulsy ożywiające popyt krajowy - dodaje prof. Aleksander Welfe z łódzkiego Instytutu Prognoz i Analiz Ekonomicznych LIFEA.
Prawdziwe przyczyny obecnego spadku tempa wzrostu nie wiążą się ze "schładzaniem" gospodarki, lecz z odkładaniem jej restrukturyzacji i prywatyzacji oraz wpływem czynników zewnętrznych. Zastanówmy się bowiem, co by się działo, gdyby nie doszło do "schłodzenia". Sztucznie nakręcany popyt wewnętrzny podtrzymywałby wysoką inflację, przez co nie można by obniżyć stóp procentowych, a zatem zapewnić gospodarce finansowego zasilania. Szybko narastałby deficyt handlowy i deficyt obrotów bieżących. Spadłoby tempo napływu inwestycji długoterminowych, praktycznie wcale nie napływałyby inwestycje portfelowe. Złoty traciłby na wartości, przez co wzrastałyby koszty obsługi zadłużenia krajowego i zagranicznego. W efekcie nieuchronne byłoby zwiększenie deficytu budżetowego, finansowanego wysoko oprocentowanymi obligacjami skarbowymi, czyli mielibyśmy niemal dokładną powtórkę z rosyjskiego kryzysu.
- Nie ma żadnego magicznego rozwiązania, które pozwoliłoby Polsce na cudownie szybki wzrost w oderwaniu od sytuacji na rynkach światowych - przekonuje Jan Krzysztof Bielecki, były premier. Jan Szomburg z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową zwraca uwagę na to, że Polska całkiem dobrze radzi sobie z zawirowaniami na rynkach finansowych i spadkiem popytu zewnętrznego. - Z "szokami zewnętrznymi" poradziliśmy sobie lepiej niż inne kraje w naszej "klasie". We wzorcowej gospodarce chilijskiej zewnętrzne perturbacje wywołały obniżenie tempa wzrostu PKB z 7,2 proc. w 1997 r. do 3,5 proc. w 1998 r. Gospodarkę czeską gnębi prawdziwa i względnie trwała recesja (ujemny PKB w 1998 r. i podobne prognozy na bieżący rok). Nawet gospodarka węgierska - mająca znacznie lepsze od naszej fundamenty mikroekonomiczne - będzie się rozwijała wolniej (wzrost PKB o 3-3,5 proc.) - wyjaśnia Jan Szomburg.
- Gospodarce nie grozi załamanie wskutek niekorzystnych uwarunkowań koniunkturalnych lub szoków podażowo-popytowych. Niebezpieczna jest natomiast słabość naszego systemu politycznego: dwa główne ugrupowania polityczne opierają się na związkach zawodowych, toteż muszą wyrażać ich interesy. Mniejsze ugrupowania - obawiając się popadnięcia w polityczny nie- byt - gotowe są z kolei przedkładać interes partii nad interesy narodowe - mówi prof. Macieja. - Przyjaciele ludu wywodzący się ze świata polityki będą nawoływali do jakichś cudownych terapii, co może się objawiać "lepperyzacją" Polski. Anarchia przeniosłaby się wówczas z ulicy do przedsiębiorstw, zwłaszcza gorszych firm państwowych, które przestałyby utrzymywać dyscyplinę finansową - przewiduje Jan Krzysztof Bielecki. - Opozycja będzie oczywiście próbowała wykorzystać sytuację, ale nie będzie chciała natychmiast przejąć odpowiedzialności za sprawowanie rządów: łatwiej obiecywać złote góry, niż wywiązać się z tych zobowiązań.
Istotnie, SLD ramię w ramię z PSL, "Samoobroną", kółkami rolniczymi oraz ROP nie zostawia na polityce rządu suchej nitki, jednocześnie nie mając żadnego pomysłu na przyszłość, żadnej realistycznej wizji polityki gospodarczej i społecznej. Opozycja ma za to pomysły "wyborcze": chce zwiększyć deficyt, podwyższyć płace, ustanowić zaporowe cła, umorzyć długi rolników i państwowych firm oraz zakładów budżetowych, przyznać kolejne preferencyjne kredyty. Takie postulaty niemal w każdym publicznym wystąpieniu przedstawiają Jarosław Kalinowski, prezes PSL, Andrzej Lepper, szef "Samoobrony", czy Janusz Maksymiuk, kierujący kółkami rolniczymi. Ostatnio dołączyli do nich Leszek Miller i Jan Olszewski.
Repertuar zarzutów jest wyjątkowo bogaty. - Będziemy świadkami wzrostu gospodarczego bez rozwoju - przewiduje Dariusz Grabowski, poseł ROP. - Nie jestem wyznawcą zasady "im gorzej, tym lepiej dla opozycji". Nie stać nas jednak na rządy ludzi nieprofesjonalnych i nie przygotowanych - przekonuje Wiesław Kaczmarek, poseł SLD, były minister gospodarki. - Jeśli społeczeństwo jest niezadowolone i powtarzają się protesty, to rząd powinien ustąpić - wyrokuje Marek Sawicki, wiceprezes NKW PSL. - W budżecie nie ma pieniędzy na zaspokojenie potrzeb licznych grup społecznych. A o tym, że są one uzasadnione, świadczą badania opinii społecznej, z których wynika, iż aż 80 proc. respondentów wyraża taki pogląd - wyjaśnia prof. Józef Kaleta, ekonomista, poseł SLD. Czy gdyby 100 proc. badanych uważało, że należy im się więcej niż mają, roszczenia takie byłyby jeszcze bardziej uzasadnione?
Najbliższa okazja do "flekowania" rządu nadarzy się już w kwietniu, kiedy przypada termin podwyżek dla bud- żetówki: okaże się wówczas, że żadna grupa społeczna nie jest z nich zadowolona, mimo że sprawy te uzgodniła Komisja Trójstronna. W maju mogą strajkować nauczyciele: uniemożliwienie przeprowadzenia matur w terminie byłoby znakomitym argumentem przetargowym. Permanentna gotowość strajkowa podtrzymywana jest w zbrojeniówce. Po żniwach można się spodziewać kolejnych rolniczych blokad dróg: pretekstem mogą być problemy ze skupem zboża (kredytowaniem skupu). - Spodziewam się protestów społecznych, ponieważ budżet jest w dalszym ciągu obciążony dużymi serwitutami społecznymi. To powoduje, że przyczyn niedostatku nie upatruje się w niepowodzeniach gospodarczych, własnej niezaradności czy braku szczęścia, lecz w nieumiejętnych działaniach rządu - mówi Henryk Goryszewski.
Największe problemy czekają rząd w październiku i listopadzie. To wówczas będzie wiadomo, jakie są długi kas chorych, ZOZ i szpitali (mało kto wątpi, że jednostki te będą się zadłużać). Okaże się, ile brakuje samorządom na finansowanie szkół. Może się okazać, że kłopoty ZUS na początku roku wcale nie były jednorazowe i instytucja ta nie ma środków na bieżące wypłaty emerytur. Wojciech Misiąg z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, były wiceminister finansów, przypomina, że dotychczas nie rozliczono długu skarbu państwa (7 mld zł bez karnych odsetek) pozostałego po państwowych jednostkach służby zdrowia przekształconych w samodzielne ZOZ.
Opozycja twierdzi, że problemy te powstały wskutek wdrażania reform. Tymczasem reformy odsłoniły prawdziwe źródła kłopotów: nagminne i bezkarne zadłużanie się szpitali i szkół, unikanie terminowego wpłacania składek na ZUS, traktowanie zwolnień lekarskich jako podstawy wypłaty zasiłków socjalnych dla osób spodziewających się zwolnienia, obarczanie budżetu państwa kosztami prywatnych praktyk medycznych (zielone recepty, używanie sprzętu szpitalnego). Tego rodzaju patologie nie znikną z dnia na dzień, wreszcie są natomiast narzędzia pozwalające je wyeliminować. Reformy nałożyły się tylko na narastający kryzys w dziedzinach, które obejmują, bez ich podjęcia sytuacja byłaby jednak jeszcze gorsza.
Trafna diagnoza sytuacji została przez rząd Jerzego Buzka postawiona, różne są tylko opinie na temat niezbędnych środków zaradczych. - Trzeba się liczyć z nowelizacją budżetu państwa, który będzie musiał ponieść dodatkowe koszty związane z finansowaniem reformy zdrowia, funkcjonowaniem powiatów (zadania obligatoryjne) oraz niedoborami Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, szacowanymi w 1999 r. na 6 mld zł - uważa Wojciech Misiąg. - Istnieje pewna szansa ucieczki przed nowelizacją budżetu: racjonalizacyjny "czyściec" powinien dotyczyć jednak nie tylko przedsiębiorstw, ale i sektora publicznego - dodaje Jan Szomburg. - W budżecie zawsze zawarte są pewne rezerwy. Dopóki tempo wzrostu PKB utrzymuje się na poziomie 3,5- 4 proc., zaś stopa inflacji nie przekracza 7 proc., dopóty budżetu nie trzeba zmieniać - uważa Adam Czyżewski.
Przyjmując strategię działań w trudnym roku 1999, rząd powinien jednak postępować konsekwentnie. - Jeśli w tym roku mamy nie dopuścić do końca świata, czego niektórzy bardzo by sobie życzyli, parlament i rząd muszą prowadzić niezwykle twardą i konsekwentną politykę, powinny być stanowcze wobec wszelkich partykularnych nacisków. Ludzie wyczuwają miękkość władzy, a w tym rządzie z daleka tę miękkość widać. Nie widać natomiast determinacji, by w wypadku społecznych protestów powiedzieć: "Nie damy, bo nie ma" - mówi Władysław Frasyniuk, poseł Unii Wolności. - Zdolność działania rządu jest ograniczona przez zróżnicowanie tworzących go sił: stąd się biorą obawy i niechęć do bardziej stanowczych działań. Trzeba wszakże pamiętać, że w ubiegłym roku dokonano zmian na ogromną skalę, teraz przyszła pora na podsumowanie i skorygowanie błędów - tłumaczy Tadeusz Syryjczyk, minister transportu i gospodarki morskiej.
Część polityków rządzącej koalicji obawia się skutków rozkręcającej się już kampanii prezydenckiej. Trudno przypuszczać, by kandydaci na najwyższy urząd w państwie zrezygnowali z obietnic bez pokrycia. - W pewnym sensie uległość rządu można tłumaczyć przymiarkami Mariana Krzaklewskiego do prezydentury. Kandydat Krzaklewski chciałby wszystkim nieba przychylić, a kiedy kampanię rozpocznie kandydat Kwaśniewski, liczba pobożnych życzeń i gładko sformułowanych obietnic lawinowo wzrośnie - uważa Władysław Frasyniuk. Cała nadzieja w tym, że w gospodarce będzie już widać ożywienie, wobec czego realizm zwycięży w starciu z demagogią.
Okładka tygodnika WPROST: 14/1999
Więcej możesz przeczytać w 14/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0