Podkładanie teczek

Podkładanie teczek

Dodano: 
Próby skompromitowania lustracji pokazują, jak bardzo jest ona potrzebna
Dajcie mi człowieka, a teczka się znajdzie. A jeśli nie teczka, to przynajmniej plotka o niej - tak najkrócej można streścić ostatnie rewelacje dotyczące rzekomej współpracy osób publicznych ze służbami specjalnymi. O złożenie fałszywych oświadczeń lustracyjnych posądzany jest premier, wicepremier, kilku ministrów i wielu posłów. Trudno znaleźć broń, którą można skutecznie walczyć z pomówieniami, insynuacjami i plotkami, zwłaszcza jeśli są one orężem w politycznej walce.

- Oskarżenie premiera było konsekwencją oświadczenia podpisanego przez antykomunistycznych moralistów z Akcji Wyborczej Solidarność. KPN-Ojczyźnie chodzi tylko o to, by premier zrezygnował z urzędu - uważa socjolog Ireneusz Krzemiński. Władze AWS, w tym premier Jerzy Buzek, z inicjatywy działaczy Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego wydały oświadczenie, w myśl którego osoby pełniące funkcje publiczne z rekomendacji akcji powinny rezygnować ze stanowisk, jeśli ich sprawa trafi do Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Nie trzeba było długo czekać na reakcję - Tomasz Karwowski, poseł KPN-Ojczyzna stwierdził, że ma dokumenty mogące wskazywać na współpracę premiera ze służbami specjalnymi PRL. - Zadziwia mnie determinacja, z jaką AWS chciała się znaleźć w szambie dzikiej lustracji, a teraz dziwi się, że brzydko pachnie - podsumowuje poseł Mirosław Czech, sekretarz generalny Unii Wolności. Jego zdaniem, domaganie się przez premiera - po oskarżeniach Karwowskiego - szybszego zlustrowania własnej osoby otworzyło pole do gry prowokatorów i intrygantów. - Premier, zamiast się domagać autolustracji, powinien skierować sprawę do sądu - dodaje Artur Smółko z Unii Wolności.


Tajne/jawne
Pierwszy, już w kwietniu 1990 r., o konieczności przeprowadzenia lustracji mówił Roman Bartoszcze. Postulował zbadanie związków niektórych parlamentarzystów z rozwiązywaną w tym czasie SB. Za ujawnieniem tajnych współpracowników opowiadało się co prawda wielu działaczy "Solidarności", ale konkretne postulaty pojawiły się dopiero w 1991 r. Za rządów Jana Olszewskiego powstała słynna lista Antoniego Macierewicza, na której znaleźli się najwybitniejsi politycy, nie wyłączając Lecha Wałęsy. Najpoważniejszą wadą ówczesnej uchwały lustracyjnej był brak procedury odwoławczej. Za rządów koalicji SLD-PSL całkowicie wstrzymano prace nad lustracją. Przyjęta w końcu w 1998 r. ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej miała zakończyć czas "dzikiej" lustracji i oskarżeń o współpracę z organami bezpieczeństwa PRL.

Mirosław Styczeń, prezes SKL, odpiera zarzuty: - Dziennikarze usiłują zmusić mnie do przyznania, że oświadczenie o rezygnacji ze stanowiska w razie skierowania "teczki" do sądu było pochopne. Tymczasem jestem głęboko przekonany, że postąpiliśmy słusznie - podkreśla. Odrzuca także pogłoski, jakoby oświadczenie autorstwa SKL miało być pułapką zastawioną przez stronnictwo na politycznego wroga z AWS, w którą przez przypadek wpadł premier. 70 proc. osób domaga się lustracji ludzi pełniących ważne funkcje w państwie - wynika z badań CBOS. Ponad połowa Polaków sądzi, że każdy powinien mieć dostęp do swoich akt. Od lat trwa dyskusja, jak powinna przebiegać rzetelna lustracja, ale ustawę uchwalono dopiero w ubiegłym roku, a rozwiązania dotyczące dostępu do akt bezpieki wciąż jeszcze nie obowiązują ( prezydent podpisał ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej dopiero 20 kwietnia). "Dzika" lustracja jest więc popularną bronią w walce politycznej. Od 1992 r., czyli ogłoszenia listy Antoniego Macierewicza, bezustannie ktoś jest oskarżany o współpracę z PRL-owską bezpieką. Procesy ? choćby takie, jak zakończony zwycięstwem Jarosława Kaczyńskiego przeciw zarzucającemu mu podpisanie lojalki Markowi Barańskiemu z tygodnika "NIE" - ciągną się latami i w momencie ogłoszenia wyroku mało kto pamięta, o co naprawdę w danym konflikcie chodziło.
Podkładanie sobie teczek odbywa się nie tylko pomiędzy opozycją a rządzącymi, ale także w kolejnych koalicjach, a nawet partiach. Kiedy w poprzednim Sejmie współrządzący posłowie PSL głosowali za wprowadzeniem lustracji, tygodnik "NIE" opublikował artykuł sugerujący, że otwarcie teczek najbardziej uderzy w parlamentarzystów stronnictwa. Podobnie jest od początku istnienia gabinetu Jerzego Buzka. Już podczas jego tworzenia pogłoski o pojawianiu się poszczególnych kandydatów na ministrów przeplatały się z plotkami o ich rzekomej współpracy z SB. Kiedy w maju 1998 r. ukazał się "Monitor Polski" z oświadczeniami mianowanych przez premiera Buzka wysokich urzędników, pomówieniom nie było końca. Zwłaszcza że posłowie SLD skwapliwie przypomnieli, iż przed mianowaniem ministrów prezydent miał się podzielić z premierem swoimi wątpliwościami związanymi z teczkami siedmiu nowych członków rządu. Pierwszego w kuluarach Sejmu zaczęto wtedy oskarżać o współpracę Janusza Tomaszewskiego, wicepremiera, ministra spraw wewnętrznych i administracji. Rozgłośnia radiowa, która podała nazwisko Tomaszewskiego, już następnego dnia przepraszała wicepremiera. Posądzony stwierdził, że "są to doniesienia nieuzasadnione". W następnych miesiącach niektórzy politycy partii współtworzących AWS wyrażali w kuluarach nadzieję, że lustracja doprowadzi do znacznie poważniejszej rekonstrukcji rządu niż może to uczynić premier Buzek.
Teraz w sprawie ministrów obecnego gabinetu Aleksander Kwaśniewski milczy, a "próbne balony" wypuszczają raz po raz jego urzędnicy. To najlepszy sposób, by plotka zaczęła żyć własnym życiem. Ostatnio premier stwierdził: "pan prezydent dostarczył mi informacji o zasobach archiwalnych dotyczących członków przyszłego rządu, natomiast ja nie miałem dostępu do żadnych materiałów". Na razie pewne jest jedynie to, co sam powiedział Bogusław Nizieński, rzecznik interesu publicznego: "do sądu lustracyjnego skierowałem dziesięć spraw". Odmówił jednak podania jakichkolwiek szczegółów, w tym nazwisk osób podejrzanych o złożenie nieprawdziwych oświadczeń. Decyzję o odtajnieniu tych nazwisk może podjąć teraz tylko prezes Sądu Apelacyjnego.


Sprzątanie Europy
Pierwsze z lustracją uporały się Czechy, gdzie ustawę przyjęto w 1991 r. Będzie ona obowiązywała do roku 2000. Do ujawniania prawdy o swojej przeszłości zobowiązani są kandydaci na parlamentarzystów i wysokich urzędników państwowych. Każdy Czech może poprosić o wgląd w swoje akta, które są udostępniane w specjalnym ośrodku.

W Niemczech ustawę dotyczącą powszechnego dostępu obywateli do akt gromadzonych przez Stasi uchwalono w 1992 r. Powołany został tzw. instytut Gaucka czuwający nad archiwami i udostępniający je obywatelom. Osoby, którym udowodniono współpracę z tajnymi służbami NRD, nie mogą zajmować stanowisk państwowych.

W 1994 r. ustawę lustracyjną przyjęły Węgry. Fakt współpracy podawany jest do wiadomości społecznej, lecz nie jest to równoznaczne z koniecznością opuszczenia stanowiska przez osoby publiczne. Dostęp obywateli do akt tajnej policji umożliwia powołany w 1997 r. Urząd Historyczny.

W 1998 r. ustawę lustracyjną przyjął parlament Bułgarii. Zapewnia ona obywatelom dostęp do archiwów. Nie wszyscy wysocy urzędnicy muszą jednak ujawniać fakt współpracy, co budzi zastrzeżenia partii demokratycznych, które chcą nowelizacji ustawy.


Od miesięcy piłeczkę "agenturomanii" podbijają skutecznie posłowie rządzącej koalicji. Mariusz Kamiński, lider Ligi Republikańskiej, publicznie oświadczył, że według kuluarowych informacji, w Sejmie jest od 25 do 80 agentów. Nawet Janusz Pałubicki, koordynator służb specjalnych, twierdził, że "są wypadki składania fałszywych oświadczeń". Również on, wnioskując o usunięcie z klubu AWS m.in. Adama Słomki z KPN-Ojczyzny, sugerował, że są w akcji ludzie, którym zależy na kryzysie parlamentarnym, by się ustrzec lustracji.
Prawdziwy lustracyjny szał, porównywalny z tym z 1992 r., ogarnął polskich polityków w ostatnich tygodniach, gdy do współpracy przyznali się nie tylko dwaj prezydenccy ministrowie - co nikogo specjalnie nie zaskoczyło - ale również wiceminister gospodarki Janusz Kaczurba. Nie pomogły tłumaczenia Jerzego Buzka, że nie znał oświadczenia wiceministra, który "był spadkiem po poprzednich rządach". Okazało się, że w gabinecie Buzka był współpracownik służb specjalnych PRL. Był jeden - zaczęto więc szukać następnych, zwłaszcza że po raz kolejny teczki mogły pomóc w "neutralizacji" politycznych przeciwników. Do "gry w teczki" przystąpił nawet Marian Krzaklewski, stwierdzając, że "w klubie AWS są osoby, które złożyły fałszywe oświadczenia lustracyjne". Przyparty do muru dodał wprawdzie, że nie ma na ten temat żadnych pewnych informacji i opiera się na "powtarzających się werbalnych przekazach", ale kolejni politycy AWS musieli się już tłumaczyć z agentów w swoich szeregach. Wreszcie z rewelacjami wystąpił poseł Karwowski, a "Trybuna" od razu zapytała, czy w związku z tym premier poda się do dymisji.
Marian Krzaklewski, podobnie jak i wielu działaczy górnośląskiej "Solidarności", broni Jerzego Buzka. Twierdzą oni, że od lat wiedzą, kto denuncjował i prześwietlał struktury związku, ale teraz należy poczekać na otwarcie akt w Instytucie Pamięci Narodowej. Mariusz Kamiński jako na agenta wskazał wprost na działacza aresztowanego w obecności Jerzego Buzka. Swoje pięć groszy dodaje opozycja. Poseł Jan Sieńko z SLD stwierdził, że Buzek otwiera 120-osobową listę współpracowników SB, po czym oświadczył, że "nie było jego intencją formułowanie podejrzeń i oskarżeń po adresem premiera". Posłowie sojuszu doskonale wiedzą, że każde zamieszanie wokół potencjalnych agentów uderzy przede wszystkim w ich politycznych przeciwników. Życie potwierdza to przekonanie. Popularności prezydenta na razie nie zaszkodziło dwóch byłych agentów pracujących w jego najbliższym otoczeniu, Jerzemu Szelidze z SLD przyznanie się do współpracy nie zamknęło drzwi do Sejmu. A jednak - jak twierdzi Jacek Rybicki - "zgodność zarzutów padających z opozycji znajdującej się po prawej i lewej strony politycznej skłania do przypuszczeń, że są siły, którym zależy na skompromitowaniu lustracji". Proces lustracji - mający zakończyć na dobre czasy PRL w Polsce - z dnia na dzień jest kompromitowany przez nieformalny, ponadpartyjny "klub SB". Propozycje nowelizacji ustawy lustracyjnej złożył SLD. Przyjęcie poprawek mogłoby zahamować proces lustracji na wiele miesięcy. Rosnąca siła antylustracyjnego oporu wskazuje, jak bardzo lustracja jest potrzebna.

Więcej możesz przeczytać w 18/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0