Firma

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zaledwie 20 USD otrzymał Marian W. (ps. Bokser), tajny współpracownik SB, za "załatwienie" Stanisława Pyjasa, działacza demokratycznej opozycji i studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego
Był rok 1977. Wkrótce śledztwo w tej sprawie umorzono. Uznano, że nie popełniono przestępstwa. Taki był rezultat działań podjętych przez Służbę Bezpieczeństwa. Po 22 latach od śmiertelnego pobicia Pyjasa na ławie oskarżonych zasiądą jednak czterej funkcjonariusze SB. Krakowska Prokuratura Okręgowa zarzuciła im utrudnianie śledztwa: eksponowanie wersji nieszczęśliwego wypadku, zacieranie śladów i dezinformowanie organów prowadzących postępowanie. Za poplecznictwo grozi im kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Akt oskarżenia nie objął jednak Boksera: wkrótce po wykonaniu swojego specjalnego zadania w tajemniczych okolicznościach "nieszczęśliwie spadł ze schodów". Zginął w identycznych okolicznościach jak jego ofiara. - Dopiero nowela do tzw. ustaw policyjnych, która weszła w życie jesienią 1995 r., umożliwiła zrealizowanie wniosku krakowskiej prokuratury dotyczącego ujawnienia akt operacyjnych SB. Wcześniej nie było ku temu podstaw prawnych. Zmiana ustawy nastąpiła z inicjatywy MSW. Przed odejściem z urzędu ujawniłem dane ośmiu osób, a mój następca - minister Zbigniew Siemiątkowski - odtajnił informacje o kolejnej czwórce - mówi Andrzej Milczanowski, były minister spraw wewnętrznych. Te decyzje sprawiły, że w maju 1996 r. podjęto wreszcie śledztwo w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa, a w jego konsekwencji postawiono zarzuty czterem osobom. Akt oskarżenia dotyczy Bogusława S., ówczesnego wiceministra spraw wewnętrznych, Tadeusza K., dyrektora Biura Śledczego MSW, Zbigniewa K., starszego inspektora Wydziału Inspekcji Biura Śledczego MSW i Jana B., naczelnika Wydziału III SB (zajmującego się inwigilacją opozycji) w Krakowie. Dwóch następnych podejrzanych, w tym "szara eminencja resortu", gen. Zbigniew P., przyjaciel gen. Czesława Kiszczaka, przysłało zaświadczenia lekarskie o fatalnym stanie zdrowia, umożliwiającym przesłuchania nie częściej niż co dwa, trzy tygodnie i krótkie. Na razie więc nie udało się krakowskiej prokuraturze przedstawić im zarzutów. Nieźle udokumentowane i wciąż sprawdzane poszlaki wskazują jednak na udział w tej zbrodni "góry" ówczesnego MSW. Podobnie było zresztą w wypadku zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. O inspirowanie i nakłanianie do tej zbrodni oraz "kierowanie związkiem przestępczym" oskarżano generałów MSW Władysława Ciastonia i Zenona Płatka. W tamtym czasie na wysokim szczeblu MSW zadecydowano też o "najściu" na krakowskie mieszkanie ks. Andrzeja Bardeckiego, asystenta kościelnego "Tygodnika Powszechnego". Zadanie to wykonał Grzegorz P., morderca księdza Popiełuszki. To nie przypadek, że w 50 tomach akt zebranych w sprawie Pyjasa powtarzają się nazwiska osób zamieszanych w inne śledztwa dotyczące przestępstw popełnianych przez Służbę Bezpieczeństwa. Wiele z tych zbrodni nie zostało dotychczas wyjaśnionych: choćby zabójstwo Piotra Bartoszcze, działacza rolniczej "Solidarności", a także tajemnicze zgony księży Stanisława Suchowolca, Stefana Niedzielaka i Sylwestra Zycha. W żmudnym śledztwie w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa udało się jednak praktycznie odtworzyć przebieg wypadków w 1977 r. i metody działania podejmowane w tamtym okresie przez SB. Właściwie nie ma już wątpliwości, że mordercą Stanisława Pyjasa był Marian W. (Bokser), cinkciarz znany w krakowskim światku przestępczym i były pięściarz Cracovii. Prawdopodobnie polecenie pobicia wydał mu nieżyjący już pracownik wywiadu, oficjalnie powszechnie szanowany pracownik administracji jednej z ambasad. Jeszcze dwa dni przed śmiercią Stanisław Pyjas odwiedził krakowską prokuraturę, twierdząc, że on i jego koledzy są inwigilowani i zastraszani anonimowymi listami z pogróżkami. - Śledzono nas, zakładano podsłuchy, przeprowadzano rewizje - wspomina Bogusław Sonik, jeden z przyjaciół Pyjasa, obecnie dyrektor Festiwalu Kraków 2000. Z materiałów operacyjnych wynika, że informacja o próbach zastraszania Pyjasa, zgłoszona przez niego prokuratorom, trafiła do "centrali" jeszcze tego samego dnia. Istnieją też notatki służbowe oficerów SB, w których mowa jest o konieczności "uciszenia Pyjasa". 7 maja 1977 r. Stanisław Pyjas poszedł wraz ze swoim znajomym do restauracji "Pod Blachą", gdzie natknął się na Boksera. Spotkanie nie było jednak przypadkowe, ponieważ płatny informator SB już od pewnego czasu śledził każdy krok działacza opozycji. Z ustaleń śledztwa wynika, że Pyjasa pobito w "chirurgiczny", bardzo precyzyjny sposób, a następnie jego ciało porzucono na klatce schodowej w kamienicy przy ulicy Szewskiej 7. Milicjanci dokonujący oględzin nie zadali sobie trudu, by przeszukać piwnicę tego domu. Jak zeznali potem świadkowie, właśnie tam znaleziono okulary należące prawdopodobnie do Pyjasa. Ślady i ekspertyzy medyczne wskazują, że pobitego studenta na klatkę schodową przeniosły co najmniej dwie osoby. Być może "tym drugim" był TW, również śledzący krakowskiego studenta. Już następnego dnia rano raport w sprawie śmierci Pyjasa wylądował na biurkach ważnych osobistości w Departamencie III MSW. W naradzie sztabowej wziął wtedy udział jeden z oskarżonych, Bogusław S., ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych. Wtedy to rozpoczęła się operacja zacierania śladów morderstwa. Na początku maja 1977 r. "centrala" przekazała szefom krakowskiej SB dyrektywy o konieczności skierowania śledztwa na fałszywe tory: nakazano "eksponowanie wersji nieszczęśliwego wypadku". Wprawdzie większość materiałów operacyjnych została zniszczona, zachował się jednak szyfrogram z maja 1977 r. dotyczący akcji dezinformacyjnej. Funkcjonariusze SB mieli nie tylko podrzucać fałszywe materiały, ale nawet inwigilować prokuratorów prowadzących śledztwo. Mieli oni w ten sposób dojść do "jedynie właściwych" wniosków. Zarządzono też monitorowanie "nastrojów społecznych" i nakazano "wyciszenie całej sprawy".


Prokurator Krzysztof Urbaniak z Prokuratury Okręgowej w Krakowie

Sprawa Pyjasa była najtrudniejszym śledztwem, jakie dotychczas prowadziłem. Moim głównym przeciwnikiem był czas, gdyż od zdarzenia minęło ponad 20 lat. Spowodowało to zubożenie materiałów dowodowych, zmarli też niektórzy świadkowie. Na przełomie lat 1989-1990 zniszczono wiele akt Służby Bezpieczeństwa. Sprawa dotyczy funkcjonariuszy SB, a więc ludzi, którzy kiedyś prowadzili postępowania karne. Dlatego są oni trudnymi przeciwnikami procesowymi. Istnieje też niepisana solidarność zawodowa. Kiedy odczytywałem przesłuchiwanym świadkom decyzję ministra zwalniającą ich z zachowania tajemnicy służbowej, często stwierdzali: "Nie ten minister zobowiązywał nas do zachowania tajemnicy". Niektórzy funkcjonariusze SB w ogóle nie chcieli zeznawać, nadal utożsamiając się - nie tylko politycznie - z podejrzanymi. Z kolei liczni świadkowie spoza "firmy" bali się do tego stopnia, że nie chcieli się spotykać ze mną w prokuraturze. Utrudniony dostęp do materiałów operacyjnych Służby Bezpieczeństwa powodował, że aż trzy razy musieliśmy umarzać sprawę - w konsekwencji prowadziłem ją aż osiem lat. Dzięki temu dokładnie mogłem się zapoznać z metodami stosowanymi przez Służbę Bezpieczeństwa, wykorzystując także wiedzę z podobnych spraw dotyczących inwigilacji politycznych dysydentów i wiedzę o zasadach niszczenia dokumentów. Tam znalazłem wskazówki na temat metod działania wydziałów i komórek SB. Jestem optymistą - liczę, że sprawę uda się doprowadzić do sądowego finału przed 2001 r. W przeciwnym wypadku zostanie przedawniona.

- Pamiętam, że nie pozwolono nam nawet na zamieszczenie nekrologu o śmierci Pyjasa - wspomina Bogusław Sonik. Agenci SB dostarczali prokuraturze dokumenty, które miały świadczyć, że był on ofiarą nieszczęśliwego wypadku. Pisano wtedy: "Pijany student spadł ze schodów". Funkcjonariusze SB szybko poradzili też sobie z "neutralizacją" podejrzeń o inwigilację Pyjasa i jego przyjaciół. Stwierdzili, że anonimy z pogróżkami pisali krakowscy studenci. Aby dojść do takiego wniosku, sprawdzono charaktery pisma aż 40 tys. z nich. Żmudne ekspertyzy były jednak precyzyjnie zaplanowaną mistyfikacją. W rzeczywistości próbki pisma studentów porównywali z anonimami ich autorzy, czyli funkcjonariusze SB. Ich przełożeni wielokrotnie poświadczali z kolei nieprawdę. Na wszelkie pytania odpowiadali: "Student Stanisław Pyjas nigdy nie był w zainteresowaniu Służby Bezpieczeństwa". - Pamiętam doskonale, że chodzili za nami wszędzie i to w taki sposób, byśmy wiedzieli, że nas obserwują - wspomina Sonik. Znajdujące się w aktach sprawy zeznania świadków, szyfrogramy i dokumenty operacyjne świadczą o tym, że "firma" nie znała litości. Obowiązywała zasada: cel uświęca środki. Jeden z ważnych świadków w sprawie Pyjasa "utopił się" na przykład w tajemniczych okolicznościach. Nawet najdrastyczniejsze działania były więc codzienną praktyką "resortu". Cel był oczywisty: MSW musiało być poza wszelkim podejrzeniem. - Osłanianie funkcjonariuszy SB popełniających przestępstwa było w PRL żelazną regułą - mówi poseł Jan Maria Rokita, który w 1991 r. kierował nadzwyczajną komisją sejmową badającą przestępczą działalność MSW. Zdaniem Rokity, w takich wypadkach uruchamiano procedurę zastraszania świadków, fałszowania dowodów i zacierania śladów. Stosowane wówczas metody dobrze ilustruje sprawa śmiertelnego pobicia przez funkcjonariuszy MO Grzegorza Przemyka, warszawskiego maturzysty. Za wszelką cenę winę chciano zrzucić na pracowników pogotowia ratunkowego. W operację dezinformacji zaangażował się nawet wywiad wojskowy i Biuro Polityczne PZPR. W ramach akcji "uwiarygodnienia scenariusza z pogotowiem ratunkowym" spreparowano fałszywe oskarżenie przeciwko Barbarze Makowskiej-Witkowskiej, lekarce pogotowia. Mimo że dowody spreparowano wyjątkowo nieudolnie, lekarka spędziła kilka miesięcy w areszcie. W końcu nawet sąd PRL musiał jednak odrzucić zebrane przez SB "dowody". Działania operacyjne koordynowały specjalne grupy działające pod przewodnictwem generałów Mirosława M. i Józefa B. Budżet "planu przedsięwzięć propagandowych" wyniósł 150 tys. ówczesnych złotych, a przewidywane koszty zrealizowania na zlecenie MSW filmu "Kulisy prowokacji" miały sięgnąć 200 tys. zł. W sprawę zaangażował się sam Czesław Kiszczak, wtedy szef MSW, który na spotkaniu 14 lipca 1983 r. mówił wprost: należy zdyskredytować świadków stanowczo twierdzących, że Grzegorz Przemyk został pobity w komisariacie. "Komunikat prokuratury powinien pokazać sylwetki koronnych świadków: homoseksualistę, narkomana i alkoholiczkę. Niech społeczeństwo samo oceni, czy można dać wiarę takim świadkom" - mówił Kiszczak. Temu wystąpieniu przysłuchiwał się Zbigniew P., dyrektor Biura Śledczego MSW, jedna z osób zamieszanych w sprawę śmierci Stanisława Pyjasa. W słynnym procesie generałów Ciastonia i Płatka, domniemanych bezpośrednich inspiratorów zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, Leszek Pękala, jeden z morderców, zeznał, że to właśnie generał Zbigniew P. zlecił podawanie mu w więzieniu środków psychotropowych. "Firma" musiała przecież dbać, by jak najmniej jej tajemnic ujrzało światło dzienne. Z tego powodu na przełomie lat 1989-1990 masowo palono również archiwa MSW. Dlatego teraz tak trudno udowodnić przestępstwa popełniane przez funkcjonariuszy SB, a jeszcze trudniej ustalić, kto wydawał rozkazy. - Ujawnianie informacji z kolejnych etapów śledztwa prowadzonego w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa pozwoliło na przełamanie bariery ludzkiego strachu. Zaowocowało to wniesieniem aktu oskarżenia - twierdzą krakowscy prokuratorzy. Niestety, nadal nie są znane nazwiska osób z "centrali", które wydawały rozkazy likwidacji niewygodnych działaczy opozycji. Wprawdzie formalnie "firma" została zlikwidowana w 1990 r., w rzeczywistości nadal istnieje: jej pracownicy zobowiązali się przecież - czasem pod przysięgą lub groźbą utraty życia w nieszczęśliwym wypadku, ale najczęściej w imię zawodowej solidarności - do milczenia. Któż był bowiem w ówczesnej SB bez winy?

Więcej możesz przeczytać w 23/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0