Zapis

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czarna księga cenzury III RP
"Nie należy zezwalać na publikację żadnych informacji dotyczących występowania i rozmieszczenia oraz nasilenia w całym kraju następujących chorób szkodników: bakterioza pierścieniowa ziemniaka, głownia cebuli, mątwik ziemniaczany, ospowatość śliwy, rak bakteryjny pomidorów, rak ziemniaczany, węgorek niszczyk, węgorek ziemniaczek, tarcznik niszczyciel, zaraza ogniowa" - to cenzorski zapis z 1974 r. Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk został zlikwidowany przed dziewięcioma laty, a polska konstytucja zakazuje cenzury prewencyjnej. Coraz częściej jednak nasze sądy zabraniają - przed merytorycznym rozpoznaniem spraw o naruszenie dóbr osobistych - rozpowszechniania filmów, drukowania artykułów prasowych, a nawet zbierania przez dziennikarzy informacji na określony temat. Realna stała się groźba, że miejsce PRL-owskiego cenzora zajmie w III RP sędzia.

Pomysłem godnym nagrody "złotego knebla" jest zakazanie nie tylko publikacji krytycznych materiałów, ale nawet "podejmowania działań w zakresie wyszukiwania dokumentów dotyczących powodów". Orzeczenie tej treści wydał Sąd Okręgowy w Szczecinie w sprawie z powództwa Spółdzielni Mieszkaniowej Bryza przeciwko "Nowemu Kurierowi". Dziennikarze tej szczecińskiej gazety w cyklu publikacji ujawnili informacje o kontrowersyjnych transakcjach spółdzielni. Sprawą zajęła się nawet Najwyższa Izba Kontroli, która stwierdziła "istotne nieprawidłowości, polegające na naruszeniu prawa i działaniach nierzetelnych", oraz uznała, że spółdzielnia nabyła od miasta tereny z pominięciem koniecznego przetargu. Mimo to władze Bryzy wystąpiły do sądu z pozwem o naruszenie dóbr osobistych. Przedstawiciele spółdzielni zażądali, by na czas trwania postępowania zakazano dziennikarzom nie tylko publikować krytyczne materiały, zamieszczać wizerunki powodów (jednocześnie radnych i członków władz spółdzielni mieszkaniowej i spółki Bryza SA), ale nawet zbierać informacje. Sąd przychylił się do tych wniosków. Teraz za złamanie zakazu grozi gazecie grzywna w wysokości do 100 tys. zł.
- Zaskarżyliśmy postanowienie do Sądu Apelacyjnego w Poznaniu. Nie zamierzamy łamać zakazu, który już nas obowiązuje. Będziemy jednak pisać o innych dziwnych interesach Bryzy, nie wymieniając nazwy tej spółdzielni, używając jedynie inicjałów powodów, a przy druku fotografii ich twarze będziemy zasłaniać czarnymi paskami - mówi Witold Bachorz, redaktor naczelny "Nowego Kuriera". Teraz teksty zamieszczane w gazecie przypominają publikacje pocięte przez cenzurę - [...], [Ustawa z 31 lipca 1981 r. o kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt 6 (Dz.U. nr 20, poz. 99)] - i prezentują się w taki oto sposób: "Osiem milionów złotych kosztowała spółkę B. [zakaz wymieniania nazwy na mocy postanowienia Sądu Okręgowego w Szczecinie z 30 lipca 1999 r.] kilkusetmetrowa nitka ulicy Ku Słońcu".
We wniosku o zabezpieczenie powództwa w tej właśnie sprawie powołano się na panującą w Polsce praktykę sądową. Wspomniano więc o kazusie "Dziennika Bałtyckiego", któremu Sąd Okręgowy w Gdańsku zabronił pisania o spółce Banpol, a także precedensowym orzeczeniu w sprawie filmu Henryka Dederki o firmie Amway "Witajcie w życiu". W pierwszej sprawie Sąd Apelacyjny w Gdańsku uchylił zaskarżone postanowienie, które było prawdziwym kuriozum prawniczym. Szczególny strach wzbudziło ono wśród dziennikarzy, ponieważ nie wstrzymywało konkretnego tekstu, lecz generalnie zakazywało pisania czegokolwiek na temat Banpolu. Tym samym przybrało kształt cenzorskiego zapisu. Podobnie absurdalne było zakazanie tygodnikowi "Nie" publikacji tekstu o warszawskim Hotelu Europejskim, choć artykuł taki w ogóle nie został napisany. Sprawę wniesiono do sądu, gdy tylko reporter "Nie" przekroczył próg hotelu. Również Witold Michałowski ma zakaz publikowania czegokolwiek na temat Aleksandra Gudzowatego, w tym zakaz rozpowszechniania - wydanej już - książki opisującej kontrakt na budowę polskiej części rurociągu jamalskiego. Podobny los spotkał książkę "Sekty - ekspansja zła", wydaną przez Inicjatywę Wydawniczą Ad Astra.


Andrzej Goszczyński
dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy


Jeśli sąd łamie prawo, stawia to świat na głowie. Tak jednak stało się za sprawą Sądu Okręgowego w Szczecinie, który zakazał redakcji "Nowego Kuriera" zbierania informacji i pisania czegokolwiek o sprawie gruntów miejskich przejętych w podejrzanych okolicznościach przez spółdzielnię mieszkaniową. Takiej decyzji sąd wydać nie może, nie ma bowiem prawa ustanawiać generalnych zakazów publikacji na jakiś temat. Dopuszczalne jest jedynie "zaaresztowanie" konkretnego artykułu, z którym sąd się zapoznał i orzekł, że może on naruszać czyjeś dobra osobiste. Taka możliwość prawna przewidziana jest w większości państw demokratycznych. Jest tam jednak stosowana w sposób o wiele bardziej powściągliwy i rozsądny niż u nas. W ostatnich dziesięcioleciach znajdujemy jedynie po dwa, trzy wypadki zastosowania procedury zabezpieczenia powództwa w takich krajach, jak USA, Niemcy czy Szwajcaria. W Polsce zdarza się to coraz częściej. W dodatku sądy, wydając zakazy publikowania tekstów jeszcze nie istniejących, wchodzą nie tylko w kolizję z prawem, ale - co gorsza - stawiają się w roli cenzury. Co w tej sytuacji ma zrobić w demokratycznym państwie prawa wolna prasa i ceniący swoją społeczną powinność dziennikarze? Kto wie, może najbardziej sensowną metodą przełamywania wadliwych postanowień sądów okażą się nie czasochłonne apelacje, lecz obywatelskie nieposłuszeństwo. Może trzeba po prostu powiedzieć, że decyzji sądowych, które łamią prawo, z konstytucją włącznie, po prostu nie będziemy słuchać.

Tymczasem sprawy o ochronę dóbr osobistych ciągną się latami. Podczas ich trwania, gdy powód uzyska zakaz rozpowszechniania "inkryminowanych materiałów", już staje się zwycięzcą. Na przykład proces wytoczony przez Janusza Prokopiaka (byłego sekretarza radomskiej PZPR, a dzisiaj biznesmena) twórcom filmu "Miasto z wyrokiem" (o wypadkach radomskich w 1976 r.) ciągnął się dwa lata. Przez ten czas obowiązywał zakaz rozpowszechniania tego dokumentu. Rozpoznając odwołanie, Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że film nie narusza dóbr osobistych powoda. Nadal jednak obowiązuje zabezpieczenie powództwa wydane przez sąd pierwszej instancji, ponieważ wniesiono kasację. Rozpoznanie sprawy przez Sąd Najwyższy może potrwać jeszcze rok lub dwa... Coraz więcej książek, filmów i artykułów prasowych trafia więc do swego rodzaju czarnej księgi cenzury III RP.
Pomysły na założenie knebla wolnej prasie są niezwykle różnorodne i rodzą się w różnych miejscach. Ministerstwo Kultury i Sztuki proponuje na przykład nowelizację ustawy o prawie autorskim poprzez ograniczenie prawa dziennikarzy do zachowania w tajemnicy źródeł informacji. Sąd Apelacyjny w Łodzi orzekł, że dziennikarz nie ma prawa bezkrytycznie cytować wypowiedzi na temat osoby publicznej. Oznacza to, że z polskiej prasy praktycznie powinny zniknąć wszelkie kontrowersyjne poglądy. Samorządowcy w Otmuchowie już przyjęli uchwałę o konieczności "autoryzacji dosłownie cytowanych wypowiedzi radnych podczas sesji", chcąc w ten sposób cenzurować materiały prasowe na swój temat. Dyrektor kopalni "Zofiówka" w Jastrzębiu Zdroju "zabronił kategorycznie wnoszenia na teren KWK "Zofiówka" ulotek i pism oraz ich kolportowania". Prawdziwym zagrożeniem dla wolności czwartej władzy byłby w Polsce powrót do czasów, gdy urzędnik z ulicy Mysiej (siedziba GUKPPiW) decydował o tym, co można napisać, pokazać, zagrać i zaśpiewać.
Przed laty sędzia Brennan z amerykańskiego Sądu Najwyższego powiedział, że cenzura prewencyjna jest dopuszczalna tylko w sytuacji, gdy zakaz rozpowszechniania zapobiegnie zagładzie nuklearnej. W tej chwili w Polsce taka groźba nie istnieje.

Więcej możesz przeczytać w 37/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0