Klęska urodzaju

Klęska urodzaju

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Co zrobić z górą masła? - pytają bezradni producenci. Jak "rozbroić bombę zbożową"? Czy możemy sobie poradzić ze "świńską górką"? Czy zdołamy konkurować z dotowaną żywnością, płynącą do nas z Unii Europejskiej, ale także z Węgier - rolniczego zagłębia wschodniej Europy?
Co zrobić z górą masła? - pytają bezradni producenci. Jak "rozbroić bombę zbożową"? Czy możemy sobie poradzić ze "świńską górką"? Czy zdołamy konkurować z dotowaną żywnością, płynącą do nas z Unii Europejskiej, ale także z Węgier - rolniczego zagłębia wschodniej Europy? Zasadniczy problem polega chyba jednak na tym, że polski rolnik wciąż wytwarza więcej złej niż dobrej żywności. Od trzech lat produkuje jej także więcej niż można sprzedać - alarmuje ostatnio GUS. Nadwyżki powstają dlatego, że popyt na artykuły żywnościowe wzrasta rocznie średnio o 1 proc., zaś produkcja powiększa się dwa, trzy razy szybciej, a mogłaby wzrastać w jeszcze większym tempie. Dodatkowe kłopoty stwarza kryzys w Rosji: tylko w sierpniu i wrześniu eksport przetworów mleczarskich spadł o 80 proc., w wielu mleczarniach powstały zapasy, których nie można sprzedać na krajowym rynku mimo spadku cen.
W tym roku zbiory zbóż były o 7 proc. większe niż w 1997 r., w tym zbiory pszenicy - o ponad 15 proc. większe. Rzepaku zebrano najwięcej od trzech lat. Obrodziły jabłka. Od lat mamy kłopoty ze sprzedażą krajowego miodu, nie zmniejszają się duże zapasy cukru. Szybko rośnie pogłowie trzody chlewnej. Tym tendencjom towarzyszy zjawisko określane w ekonomii prawem Engla - wraz z rosnącymi dochodami gospodarstw domowych zmniejszają się ich wydatki na żywność. W latach 1995-1996 wydawaliśmy na artykuły spożywcze o 2 proc. mniej niż w latach 80. Do tego dochodzi zmiana struktury konsumpcji: kupujemy znacznie mniej ziemniaków, w latach 90. drastycznie zmalało też spożycie mąki, pieczywa, tłuszczów (zwłaszcza masła) oraz cukru. Popyt na produkty żywnościowe krajowej produkcji jest o 8 proc. mniejszy niż pod koniec lat 80.
- Jeszcze dziesięć lat temu Polak wypijał przeciętnie 300 l mleka rocznie, teraz - niespełna 200 l. Skup zmniejszył się z 12 mld l mleka do zaledwie 7 mld l - mówi Aleksander Merecki z Ministerstwa Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Sytuację skomplikowało wprowadzenie przez Unię Europejską sankcji ograniczających nasz eksport mleka i jego przetworów. Tymczasem odtłuszczone mleko w proszku - 120 tys. ton rocznie - było ważnym produktem naszego eksportu (85 proc. produkcji trafiało do państw Unii Europejskiej).
Trzeba ponadto pamiętać, że Unia Europejska ma ogromne nadwyżki artykułów spożywczych i stara się jak najwięcej eksportować. W Europie można więc kupić praktycznie wszystko i to po cenach niższych niż na naszym rynku wewnętrznym. Możliwości powiększenia eksportu są więc niewielkie. Co więcej, nie wykorzystujemy szans, jakie daje nam Środkowoeuropejskie Porozumienie o Wolnym Handlu (CEFTA) - cały czas mamy deficyt (120 mln USD) w handlu artykułami rolnymi z krajami CEFTA. Znacznie lepiej radzą sobie Węgrzy, mogący się poszczycić dodatnim saldem obrotów - 385 mln USD. Okazuje się, że cena węgierskiej pszenicy - ze względu na rządowe dopłaty eksportowe - jest dwa razy niższa od ceny ustalonej przez naszą Agencję Rynku Rolnego. Do momentu kryzysu w Rosji właśnie nasz wschodni sąsiad był największym odbiorcą polskich produktów rolnych (42,7 proc. całego eksportu). Najlepiej sprzedawały się parówki, serdelki, tuszonki i konserwy.
- Załamanie rynków wschodnich może spowodować, że w kraju pozostanie to, co dotychczas eksportowaliśmy, czyli tańsze i gorszej jakości mięso. Skomplikuje to sytuację na rynku wewnętrznym, tym bardziej że od ubiegłego roku pogłowie trzody chlewnej zwiększyło się o 10 proc. - mówi dr Michał Kisiel z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Tymczasem z szacunków instytutu wynika, że w najbliższych latach popyt na wieprzowinę i wołowinę będzie rósł w Polsce o 1-1,5 proc. rocznie. - Rzeczywiste rozwiązanie problemu nadprodukcji zależy od reform strukturalnych na wsi. Przecież najtrudniej sprzedające się artykuły, czyli wieprzowina, żyto i ziemniaki - a tych mamy akurat najwięcej - pochodzą najczęściej z małych niedochodowych gospodarstw. Produkowane są więc drogo i nie spełniają wielu wymagań jakościowych - uważa dr Jan Lisowski, prezes Agencji Rynku Rolnego.


Od trzech lat mamy w Polsce nadprodukcję żywności

Mało wymagający rynek wschodni dotychczas nie zmuszał naszych producentów do poprawy jakości produktów, ale nawet tam nie potrafiliśmy sprzedać wielu artykułów, gdyż rozdrobniona produkcja uniemożliwiała szybkie dostarczenie kilku tysięcy ton potrzebnego artykułu. - Gdybym liczył na dostawy polskiego ziarna - a potrzebowałem około tysiąca ton miesięcznie - moje kurczaki nie przeżyłyby nawet tygodnia. Nie można było znaleźć producenta takiej ilości ziarna, który jednocześnie zapewniłby regularność dostaw - opowiada Kazimierz Pazgan, producent wyrobów z drobiu. - Kilka lat temu zawarliśmy kontrakt na dostawę do Moskwy 20 tys. ton cebuli. Mimo podejmowanych starań, zdołano zgromadzić jedynie 3 tys. ton. Resztę sprowadzono z Holandii. Okazało się jednak, że znaczna część holenderskiej dostawy pochodzi z Polski - dodaje Eugeniusz Zawadzki, dyrektor handlowy PHZ Bartimpex.
W ubiegłym roku Bartimpex miał kłopoty z dostawą 20 tys. ton ziemniaków. Podpisany już kontrakt anulowano, bo polskie ziemniaki były bardzo złej jakości. Najczęściej - tak jak kilkadziesiąt lat temu - przechowuje się je w prymitywnych kopcach. Podobnie wygląda sytuacja z naszym zbożem: roczne zapotrzebowanie rynku wewnętrznego sięga 28 mln ton i taka była ubiegłoroczna produkcja uzupełniona zapasami. Okazuje się jednak, że polskie zboże - najdroższe w Europie - nadaje się praktycznie tylko na paszę. Zboża chlebowe trzeba więc importować, nie można natomiast sprzedać (ani w kraju, ani za granicą) ziarna paszowego. Jeżeli zatem nie zmienimy struktury produkcji, będziemy z każdym rokiem mieli większe zapasy nikomu niepotrzebnego ziarna.
Sytuację skomplikowały jeszcze działania instytucji państwowych, np. Agencji Rynku Rolnego, które zdezorganizowały rynek zamiast go uporządkować, zaś rolników przyzwyczaiły do stosunkowo wysokich cen za niskiej jakości zboże. Trudno się zatem dziwić, że w tym roku rolnicy domagali się obniżenia parametrów jakościowych skupowanych zbóż. Tymczasem z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa wynika, że zaledwie 11 proc. upraw pszenicy jest obsiewanych kwalifikowanym ziarnem. Co więcej, normy ustalone przez Agencję Rynku Rolnego znacznie odbiegają od standardów obowiązujących w krajach Unii Europejskiej.
Oferta tegorocznych targów Polagra dowodzi, że systematycznie poprawia się jakość produktów przetworzonych, dlatego producenci kiepskich surowców będą mieli jeszcze większe problemy z ich sprzedażą. Poprawę jakości wymusza nie tylko eksport, lecz także coraz bardziej wymagający rynek krajowy. Oznacza to, że nadwyżki nie sprzedanych towarów będą miały przede wszystkim firmy produkujące drożej od konkurencji i nie spełniające wysokich norm jakościowych. Te tendencje widać w naszym eksporcie do państw CEFTA, gdzie udaje nam się sprzedać dobrej jakości wyroby mleczarskie oraz ryby (zwłaszcza pstrągi i karpie). Nie mamy też problemów ze zbytem jabłek - głównie jednak przetworzonych na koncentrat. Do Francji i Włoch znakomicie sprzedają się polskie konie (90 tys. rocznie, a sprzedalibyśmy nawet dwukrotnie więcej), przeznaczone w znacznej części na ubój.
Tegoroczna Polagra potwierdza także, iż największe szanse na rynkach zachodniej Europy mają nasze wysoko przetworzone artykuły mięsne. Jak ocenia Zdzisław Pereta, szef Animexu oraz prezes Polskiego Związku Producentów, Eksporterów i Importerów Mięsa, dynamicznie rośnie sprzedaż suchych kiełbas i przetworów z mięsa wołowego. Z kolei w Stanach Zjednoczonych znowu zaczyna być kupowana polska szynka. Nie należy jednak zapominać, że w ostatnich dwóch latach naszym producentom i eksporterom sprzyjało przetrzebienie stad bydła w Europie Zachodniej spowodowane chorobą wściekłych krów i pomór trzody chlewnej w Belgii, Holandii oraz Danii. Kiedy stada zostaną odtworzone, będzie nam znacznie trudniej.
Ponadto nasi eksporterzy muszą się dostosować do zmian zachodzących na zachodnich rynkach: tradycyjne wędliny zastępują tam półprodukty, a wręcz gotowe dania, przystosowane do podgrzewania w kuchence mikrofalowej. Tendencje te są najbardziej widoczne w Stanach Zjednoczonych: udział amerykańskiego farmera w wartości wytwarzanego produktu rolniczego wynosi niespełna 25 proc. Reszta przypada na różne fazy przetwórstwa, transportu oraz dystrybucji produktów żywnościowych. U nas proporcje są odwrotne.
"Wzrost dochodów rolniczych będzie możliwy przede wszystkim poprzez adaptację samych producentów rolnych do zmieniającego się popytu, a więc przez uczestnictwo w procesie przetwarzania surowców. Wymaga to włączenia się rolników i inwestowania w stadia poprodukcyjne (...), głównie w zakresie rozwoju przetwórstwa surowców rolniczych, ale także usług związanych z obsługą rolnictwa czy agroturystyki" - napisała Ewa Czerwińska w ekspertyzie "Popytowe czynniki w rolnictwie", przygotowanej dla Biura Studiów i Analiz . Jest to recepta na przekształcenie archaicznej struktury polskiego rolnictwa, zatrudniającego 28 proc. ogółu pracujących (podczas w Europie Zachodniej średnio 5 proc.). Problemów nadprodukcji nie rozwiążą natomiast wysokie cła, za którymi w lipcu tego roku opowiedział się co drugi Polak ankietowany przez CBOS.


Prof. Tadeusz Hunek kierownik Zakładu Aktywizacji Społeczno-Gospodarczej Obszarów Wiejskich Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN

Od roku 1993 saldo polskiego handlu żywnością jest ujemne, mimo że mamy już do czynienia z nadprodukcją. Przyczyną tej sytuacji jest niska jakość produktów oferowanych przez rolników. Jednocześnie zmanipulowany rynek zbóż powoduje, że rynek paszowy jest niepewny i podlega gwałtownym wahaniom. W efekcie mamy nadwyżki mięsa wieprzowego i wołowego oraz - dodatkowo - skoki cen wynikające z rozregulowania koniunktury. Za te problemy na pewno nie odpowiadają jednak przeciętni zjadacze chleba. Wzrost konsumpcji żywności w Polsce wynosił w ostatnich latach 1-1,5 proc. rocznie i dotyczył głównie towarów wysoko przetworzonych, artykułów dobrej jakości. Jednocześnie coraz wyższe wymagania konsumentów nie znajdują zrozumienia u producentów i przetwórców. To tym bardziej zaskakujące, że mamy do czynienia z ogromną konkurencją towarów importowanych. Okazuje się, że głównym czynnikiem rozwoju polskiego rolnictwa jest obecnie wzrost potencjału przemysłu rolno-spożywczego. Mimo że potencjał ten powiększa się co rok o 8-10 proc., zasadniczym problemem pozostaje jakość produktów oferowanych przez polskich chłopów. Absurd tej sytuacji polega na tym, że choć produkujemy dużo zboża czy trzody, ciągle musimy importować półprodukty. To się nie zmieni dopóty, dopóki małe, nie- dochodowe gospodarstwa będą mogły - ostatnio coraz częściej pod groźbą blokad dróg - sprzedać wszystko, co wyprodukują.



Więcej możesz przeczytać w 41/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 1