Toast za naiwność

Toast za naiwność

Czy z Gdańska popłynie druga fala liberalizmu?
Równo dziesięć lat temu gdańscy liberałowie, wówczas lokalne, szerzej nieznane środowisko jeszcze nielegalnych polityków i już legalnych przedsiębiorców prywatnych, zebrało się na I Gdańskim Kongresie Liberałów, by zaprezentować większej publiczności główne zasady nowego ustroju. Jego fundamentami miały być prawa i wolności obywatelskie, powszechna własność prywatna, rządy prawa i głęboka decentralizacja państwa. Marzyły nam się wówczas duże i samodzielne regiony oraz centrum o ograniczonych kompetencjach, ale właśnie dlatego sprawne.

Uznano nas wówczas za grupę interesujących ekscentryków i futurystów. W kraju trudno nam było znaleźć ideowych krewniaków, poza Krakowem może, gdzie nieodżałowany Mirosław Dzielski i Tadeusz Syryjczyk zasiali ziarno liberalizmu w galicyjskiej glebie. Samotność długodystansowca była naszą przyszłością, na co godziliśmy się bez większych pretensji do świata. Może właśnie świadomość nieprzystawalności do zastanych realiów była źródłem intelektualnej odwagi i politycznej bezinteresowności środowiska. Rzeczywiście, w 1988 r. trudno było przewidzieć, że rodzima wersja neoliberalizmu może wieść do sukcesu jej autorów.
Zdawaliśmy sobie sprawę, że powszechna niechęć do rządów komunistów nie była równoznaczna z powszechną tęsknotą do wolności. W przesłaniu "Solidarności" - głównego podmiotu zmian - indywidualizm przegrywał z kolektywizmem, a prawa rynku z prawami socjalnymi. Równy i powszechny dostęp do dóbr i władzy - ten cel ożywiał podziemnych aktywistów, a później miliony wyborców głosujących w 1989 r. przeciw komunistom. Pamiętaliśmy zresztą - jako entuzjastyczni uczestnicy Sierpnia - że na bramach strajkujących fabryk obok wizerunków Matki Boskiej zawieszano hasła "Socjalizm tak, wypaczenia nie!", a w kanonie ówczesnych lektur Polaków nie było wówczas dzieł Hayka. To, że wszyscy pragnęliśmy niepodległości, było pewne. Także końca dyktatu monopartii, kłamstwa i przemocy, cenzury i zamkniętych granic. Ale czy na pewno zmiany ustroju?
Efekty "okrągłego stołu" pokazały, że solidarnościowa opozycja kwestionuje rządy socjalistów z PZPR, a nie sam socjalizm. Trzeba było wielu korzystnych zbiegów okoliczności i kilku wybitnych postaci (a może interwencji Opatrzności), by rozpocząć, z początku nawet z animuszem, marsz do naszej ziemi obiecanej rynku, wolności i konkurencji. Spełniał się liberalny sen, w którym oryginalny program i odwaga myśli okazały się przez chwilę silniejsze od tyranii status quo. Przewodnikami w tym marszu byli, chronologicznie rzecz biorąc, bohaterowie z różnych bajek: Mieczysław Rakowski (tak!) ze swoją ustawą o działalności gospodarczej z 1988 r., która okazała się fundamentem wolnej przedsiębiorczości, Leszek Balcerowicz ze swym wielkim planem i Tadeusz Mazowiecki, który wziął za ten plan polityczną odpowiedzialność, Lech Wałęsa, który - pokonując Mazowieckiego - pozostawił Balcerowicza, duet liberałów z Gdańska - Jan Krzysztof Bielecki i Janusz Lewandowski - serio traktujący liberalne przykazania, dzięki czemu mamy dziś w Polsce prywatną własność i rynek kapitałowy z niezbędnymi instytucjami, jak choćby giełda. "Macie swoje pięć minut" - słyszeliśmy te słowa wielokrotnie, przeczuwając, że zawarta w nich prognoza jest bliska prawdy. Żywotność etatyzmu była jakby wzięta z mitu o Hydrze. Zdawaliśmy sobie sprawę, że zmiana ustroju w warunkach demokracji i równocześnie niedostatku będzie bardzo trudnym przedsięwzięciem. Do tego trzeba było herosów, ale w naszej klasie politycznej łatwiej o karłów. W oczach zwykłego widza polska rewolucja zaczęła tracić sens i kierunek. Wielkie przemiany grzęzły w bagnie niemożności. Demokracja kreowała lichą władzę, powszechna prywatyzacja, psuta przez kolejnych poprawiaczy, nie dała nikomu niczego na własność, dekomunizacja przegrodziła się w tropienie agentów we własnych szeregach, a naprawa moralna sprowadziła się do politycznych i gospodarczych przywilejów Kościoła. Opresję bezpieki zastąpiła nieudolność policji, cenzurę - pluralizm nihilizmu, tylko korupcja pozostała niezmienna. Nowy ustrój szpeciły blizny starego. W odczuciu przeciętnego Polaka rządy obozu solidarnościowego coraz częściej jawiły się jako chaos i bezład, pomieszanie starego z nowym. My, liberałowie, także byliśmy za to odpowiedzialni.
Jednym ze źródeł słabości nowej władzy było założenie, że ustępowanie naciskom społecznym jest w demokracji cnotą. Potrzebną i prawdziwą (realną?) alternatywą wobec socjalistycznego reżimu byłby rząd twardy i konsekwentny w obronie wolności i bezpieczeństwa obywateli i w egzekwowaniu nowego prawa. Tymczasem coraz częściej Polacy byli świadkami żenującej uległości władzy wobec różnych grup interesu, bezradności wobec awanturników i przestępców, zmienności i niechlujstwa w stanowieniu prawa. Zamiast silnego, ale ograniczonego centrum, budowano kolejne segmenty administracji - tym mniej skutecznej, im bardziej rozległej. Niezdolność do egzekucji przepisów leczono mnożeniem kolejnych. Regułą stało się surowe traktowanie przez państwo słabych, a z silnymi i bezczelnymi obchodzono się łagodnie.
Grupy nacisku oszołomione pierwszą falą liberalizmu szybko odzyskały swój wigor. Podatność na ich wpływy zaczęli okazywać politycy wszystkich bez wyjątku ugrupowań. Reguły funkcjonowania przedsiębiorstw znowu przestały być czytelne. Coraz częściej neutralność rynku ponownie zaczęła być zastępowana złą lub dobrą wolą biurokraty (dobrą z reguły trzeba kupić). Przykładem są losy wspomnianej ustawy z 1988 r. W ciągu dziesięciu lat nowelizowana była kilkadziesiąt razy - prawie zawsze w złym kierunku, uzależniając coraz bardziej przedsiębiorcę od urzędnika, gospodarkę od polityki. Podobnie było z ustawami podatkowymi. Ich kolejne nowelizacje uczyniły system podatkowy coraz mniej przejrzystym, z lukami, ulgami, odstępstwami, umożliwiającymi nielicznym uchylanie się od podatków i zwiększającymi równocześnie opresję podatkową większości. Coraz trudniej jest odróżnić wyjątek od reguły. Coraz wyraźniej odwracamy się od rozwiązań liberalnych, w których werdykt rynku jest ostateczny, na rzecz regulacji ze strony państwa. Ta sytuacja sprzyja symbiozie grup nacisku i klasy politycznej. Pierwsze lepiej czują się w roli załatwiaczy niż aktorów w grze rynkowej, ta druga dobrze żyje z regulacji, rozdawania koncesji i przywilejów.
Powrót do władzy koalicji solidarnościowej, czyli - było nie było - polskiej prawicy dał nadzieję na przełamanie tego procesu. Zarówno nazwisko Balcerowicza, jak i twarde zapowiedzi premiera Jerzego Buzka o woli przełamania tyranii status quo, przywróciły na chwilę wiarę w zdolność nowego rządu do odwrócenia fatalnego trendu. Impet pierwszych dni był jednak krótkotrwały, a reformy znowu napotykają trudne do przekroczenia bariery. Walka o wpływy bardziej podnieca niż walka o zmiany. Polityka stała się sztuką zawieranie nieustannych kompromisów pomiędzy grupami nacisku - ich efektem są karykatury reform lub ich zaniechanie. Najbardziej - zdawałoby się - oczywiste rozwiązania w procesie nie kończących się mediacji przepoczwarzają się w decyzje ułomne lub zgoła absurdalne.
Trudno dziś powiedzieć, czy możliwe jest obalenie tej demokratycznej dyktatury klasy politycznej. Jedno wydaje się pewne: jeśli nikt głośno nie nazwie rzeczy po imieniu, taka możliwość w ogóle się nie pojawi. Dziesięć lat temu doświadczyliśmy tego, że dobrze sformułowany i odważnie zaprojektowany pogram wbrew sceptykom i "realistom" sam w sobie jest siłą. Narażając się ponownie na posądzenie o naiwność, stawiamy kilka pytań. Dlaczego politycy, którzy publicznie demonstrowali logiczny pogląd, że optymalna liczba nowych województw mieści się między 8 a 12, zdecydowali się na 16? Dlaczego, powtarzając z wiarą, że wzięli władzę po to, by oddać ją ludziom, w najważniejszych chwilach zawahali się, pozostawiając pieniądze i kompetencje w rękach rządu centralnego? Dlaczego, zapowiadając konieczność "odchudzenia" władzy, stworzyli tysiące nowych stanowisk i funkcji płatnych z kieszeni podatnika? Dlaczego, zgadzając się z sobą w kuluarach, że liczbę radnych należy wyraźnie zmniejszyć, podjęli decyzję o jej zwiększeniu? Dlaczego, solidarnie zapowiadając konieczność likwidacji większości agencji rządowych, równie solidarnie bronili ich w poszczególnych głosowaniach? Dlaczego, chcąc chronić interes pacjenta, wprowadzają kasy chorych chroniące interes lekarza? Dlaczego, obiecując w kampanii obniżenie podatków, oburzają się na pierwszą konkretną propozycję uczynienia tego? Dlaczego, ubolewając nad przesadną biurokratyzacją gospodarki, nie zgadzają się na usunięcie żadnej z dziesiątek koncesji i zezwoleń? Dlaczego, mówiąc o konieczności ograniczenia liczby ministerstw, dodają natychmiast, że będzie to trudne, a właściwie niemożliwe, i po cichu tworzą w każdym z dotychczasowych nowe stanowiska sekretarzy i podsekretarzy stanu?
Zdarzyło mi się wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy stawiać te pytania. Większość kiwała wówczas ze zrozumieniem głową, ale w oczach rozmówców dostrzegłem często rozbawienie, a w głosie słyszałem nutkę politowania; "Nie bądź naiwny, bracie, to jest polityka" - to zdanie-zaklęcie tłumaczy dziś w Polsce każdą głupotę, zaniechanie i nikczemność. Do wielkich korporacji związkowych dołączyła najbardziej solidna i konformistyczna korporacja klasy politycznej. Czy w starciu z nią "korpus naiwnych", rozsianych po różnych partiach, a coraz częściej poza nimi, ma jakiekolwiek szanse? Jeśli odzyskamy wiarę w to, że prostota i oczywistość rozwiązań to ich zaleta, a nie świadectwo łatwowierności autorów, to tak. Do tych prostych i oczywistych rozwiązań trzeba wrócić. Są wśród nich te, które proponowali gdańscy liberałowie w 1988 r. Na spotkaniu, które odbędzie się po dziesięciu latach, pojawią się nowe propozycje. Niektórzy z nas liczą, że z Gdańska popłynie druga fala liberalizmu - cykl słoneczny do czegoś zobowiązuje. Wzniesiemy też toasty. Pierwszy za naszą naiwność.

Okładka tygodnika WPROST: 50/1998
Więcej możesz przeczytać w 50/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0