PREZYDENCKA FIKCJA

PREZYDENCKA FIKCJA

Prezydent Polski jest silny wyłącznie w destrukcji - stanowi konstytucja RP
Polacy powinni się interesować wyborami prezydenckimi, ale bardziej tymi, które odbędą się w USA, a nie w Polsce. Wybór faktycznego przywódcy całego demokratycznego świata, którego Polska jest częścią od dziesięciu lat, może bowiem wywrzeć na naszą sytuację większy wpływ niż wyłonienie prezydenta III RP.
Urząd prezydenta Polski to ustrojowy dziwoląg - szkodliwy dla państwa i kosztowny dla obywateli. Następne wybory głowy państwa w 2005 r. powinny zatem zostać dokonane przez Zgromadzenie Narodowe - po pozostawieniu prezydentowi wyłącznie funkcji reprezentacyjnych - albo też pochodzącemu z powszechnych wyborów prezydentowi powinny zostać zagwarantowane w konstytucji znacznie szersze prerogatywy.
- Polskie tradycje, w tym pewne tendencje anarchistyczne, skłaniają do tego, żeby władza wykonawcza była stabilna i efektywna. Powinien zostać wskazany jeden ośrodek władzy wykonawczej: premier lub prezydent. Brak jasnego podziału kompetencji tworzy duże prawdopodobieństwo występowania paraliżu politycznego - ocenia prof. Zbigniew Brzeziński. - Sytuacja ustrojowa w Polsce jest nienormalna. Wybory, które najbardziej ekscytują opinię publiczną, które mają charakter bezpośredni i przybierają postać ważnego plebiscytu, są wyborami głowy państwa bez kompetencji. A właściwie gorzej - z kilkoma kompetencjami, częściej utrudniającymi niż ułatwiającymi życie władzy wykonawczej - uważa Donald Tusk, wicemarszałek Senatu z rekomendacji Unii Wolności.

Prezydent, czyli śpiewać każdy może
Kampania wyborcza zawsze obfituje w wydarzenia dostarczające obywatelom emocji. Oglądamy, jak kandydat Grabowski lata na spadochronie; nie posiadamy się z zachwytu, gdy kandydat Kwaśniewski jest oklaskiwany przez prezydenta Clintona; zastanawiamy się nad symboliką fruwających wokół kandydata Krzaklewskiego młodych ludzi; rozbawia nas nieustannie zasępiona twarz kandydata Wileckiego; rozwiązujemy test na inteligencję, który serwuje wspierany przez Władysława Jagiełłę kandydat Wałęsa, pytający, czy czarne to aby czarne, a białe - białe; zdumiewamy się, gdy kandydat Pawłowski w towarzystwie zagadkowo milczącej długonogiej blondynki namawia do wzmożenia handlu z krajami arabskimi; podziwiamy kandydata Olechowskiego, że zdołał w swym studiu zgromadzić wyborców tak ciekawych jego poglądów; przysypiamy przy monotonnym monologu kandydata Leppera, omawiającego wyprzedaż banków, co jest ilustrowane zdjęciami osiedlowych bloków; ściszamy fonię, słysząc śpiew kandydata Kalinowskiego, który w Kalinowie odtwarza fragment "Strasznego dworu"; ściskamy też na wyborczym festynie rękę znanego do tej pory tylko z telewizji polityka, który dla nas "śpiewa, tańczy, deklamuje, gra na bębnie i stepuje".
Przede wszystkim jednak mamy poczucie, że wrzucając do urny kartkę, zdobywamy większy wpływ na życie publiczne. Tyle że zrozumiałe przywiązanie obywateli do dokonywania bezpośredniego wyboru polityka sprawia, iż również oni mimowolnie stają się aktorami grającymi w źle napisanym przedstawieniu. Wybierają bowiem kogoś, kto będzie miał zbyt mało uprawnień, aby rzeczywiście rządzić, i zbyt dużo, aby nie ulegać pokusie rzucania kłód pod nogi rządowi.

Prezydent, czyli obywatel Weto
Co najmniej miliard złotych będzie nas tylko w tym roku kosztować ubiegłoroczne weto prezydenta wobec ustawy podatkowej; tyle bowiem zapłacimy za zasiłki dla 500 tys. nowych bezrobotnych. Wszystkie straty z powodu tego weta są jednak trudne do oszacowania, albowiem Aleksander Kwaśniewski zniszczył swym sprzeciwem opracowaną przez Leszka Balcerowicza reformę podatkową, bez której gospodarka RP przez wiele lat będzie się rozwijać znacznie wolniej niż to tej pory.
Sprzeciw wspieranego przez opozycję prezydenta wobec reformy terytorialnej zyskał mu - podobnie jak sprzeciw wobec ustawy podatkowej - wielu zwolenników. Winą za kosztowne psucie państwa obarczany jest jednak rząd. - Weta prezydenta mają charakter wyłącznie polityczny. Zanegował on podział kraju na 15 województw, ale już podział na 16 województw okazał się w porządku. Prezydent wetuje, lecz nie ponosi za swoje decyzje żadnej odpowiedzialności - zwraca uwagę Jan Krzysztof Bielecki, były premier, dyrektor w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju.

Prezydent, czyli I sekretarz KC PZPR
W PRL "rząd rządził, a partia kierowała". Miało to oznaczać, że premier kierował krajem, lecz premierem kierował szef PZPR - którym kierowała partia, w której był też premier. Kierowali wszyscy, tylko odpowiedzialnych za kierowanie było trudno znaleźć.
Było - nie minęło. Rząd Jerzego Buzka chciał wysłać Agnieszkę Magdziak-Miszewską jako przedstawiciela Rzeczypospolitej do Moskwy, a Marka Nowakowskiego uczynić ambasadorem na Litwie. Prezydent to uniemożliwił, bo mu kandydaci nie odpowiadali. Rząd chciał awansować na stopnie generalskie płk. Włodzimierza Zielińskiego, dowódcę 1. Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej, i płk. Bogusława Smakulskiego, szefa Zarządu Dowodzenia i Łączności w Dowództwie Wojsk Lądowych. Prezydent niespodziewanie odmówił podpisania nominacji. "Toczą się rozmowy, kto zostanie nowym szefem Sztabu Generalnego" - informowała niedawno prasa. Bo o obsadzie tego najwyższego stanowiska w armii decyduje prezydent. Pod nominacją musi jednak widnieć również autograf premiera. W tej sprawie pierwsi politycy państwa rozmawiali bezpośrednio i z dobrym skutkiem, chociaż niedawno w kwestii działalności UOP pisali do siebie listy, nie znajdując porozumienia. Prezydent chciał "rozliczać" premiera, ten w odpowiedzi informował, że od rozliczania jest sejmowa komisja.
- Po przystąpieniu do NATO zmiany wymaga zapis konstytucji, w myśl którego prezydent w czasie wojny powołuje naczelnego dowódcę sił zbrojnych. W razie konfliktu byłoby korzystne, aby obrony podjęły się jak najszybciej wojska NATO, a nie wojsko polskie. Kontrowersyjny jest też zapis, że prezydent mianuje dowódców, skoro to minister obrony narodowej ponosi odpowiedzialność za sprawy armii - wylicza Bronisław Komorowski, minister obrony narodowej, który ostentacyjnie nie przybył na ceremonię wręczenia nominacji generalskich po tym, jak prezydent dwóch z nich nie podpisał. - Najwięcej politycznie kosztują kompetencje prezydenta wobec sił zbrojnych, bo czynią z armii klientelę głowy państwa - dodaje Lech Kaczyński, minister sprawiedliwości. Natomiast Longin Pastusiak, poseł SLD, zaznaczając, że nie jest zwolennikiem wprowadzenia systemu kanclerskiego czy prezydenckiego, zauważa: - Brak jasnej wykładni artykułów w konstytucji powoduje niepotrzebne konflikty. Wedle jednego jej artykułu, władzę wykonawczą sprawują prezydent i Rada Ministrów, w myśl innego to Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną RP, choć z kolei artykuł 133 głosi, iż "Prezydent RP w zakresie polityki zagranicznej współdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem".
W USA prezydent jest reprezentantem państwa, dowódcą sił zbrojnych i szefem administracji, którą kształtuje zgodnie ze swoją wolą. W państwach o systemie parlamentarno-gabinetowym ciężar władzy spoczywa na premierze i parlamencie. Na przykład kanclerz Niemiec jest odpowiedzialny za działalność i skład rządu - ministrowie nie muszą nawet mieć zaufania parlamentu. Za pośrednictwem ministrów w pełnym zakresie kieruje sprawami państwa, w tym polityką zagraniczną, siłami zbrojnymi, polityką monetarną. W takich systemach głowy państw (prezydenci lub monarchowie) praktycznie nie mają w tych dziedzinach nic do powiedzenia. Pytanie na wagę międzynarodowego autorytetu III RP: kto kieruje polską armią i polską dyplomacją, kto jest w największym stopniu odpowiedzialny za ich funkcjonowanie? Kto rządzi, a kto kieruje?

Prezydent, czyli angielska królowa
Pytanie jest o tyle trudne, że polski prezydent marzy o tym, aby - jak angielska królowa - być "ponadpartyjnym". Ta deklaratywna apolityczność, choć pozorna, też się w naszych warunkach podoba, bo dość mieliśmy w PRL fikcji Frontu Jedności Narodu, który miał świadczyć o jednomyślnym popieraniu PZPR przez społeczeństwo. Uciekając z dawnej fikcji, wpadamy w fikcję "prezydenta wszystkich Polaków". Owa "apolityczność" byłego lidera SdRP jest taką samą czkawką po PRL jak idea "rządu apolitycznych fachowców". Tymczasem w USA prezydent jest zarazem szefem partii. Tam, gdzie władza spoczywa w rękach premiera, głosowanie na daną partię w praktyce oznacza też oddawanie głosu za powierzeniem stanowiska szefa rządu jej liderowi. W Polsce nadal aktualne są pytania, kto ma faktycznie większe wpływy i ponosi większą odpowiedzialność: prezydent czy premier? Premier czy szef partii, której premier jest działaczem? "Prezydent wszystkich Polaków" czy lider partii, która organizuje mu kampanię wyborczą, wspiera go w parlamencie, tworzy przychylny mu rząd?

Prezydent, czyli słaba głowa
Głowa państwa może rzucać kłody pod nogi rządzącym, wchodzić w starcia kompetencyjne z premierem, ale poza tym może już mało. - Prezydent jest raczej "organem przeszkadzającym", natomiast jego możliwości twórcze są małe. Ma inicjatywę ustawodawczą, może zwołać Radę Gabinetową. Tyle że ustawa nie musi być uchwalona, a rząd nie musi przyjmować uwag rady - zauważa prof. Paweł Sarnecki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Już Lech Wałęsa narzekał, że nie zrealizował swych "stu milionów dla każdego" z powodu zbyt małych kompetencji. Próbował je rozszerzać metodą interpretacji małej konstytucji, wykazywał inicjatywę, wchodził w konflikty z kolejnymi ekipami rządzącymi, no i "spalił się" w oczach wyborców. Obecny prezydent w konflikty wchodzi rzadko, zgłasza niekiedy projekty ustaw, ale nie przelewa potu za ich realizację, za to wszędzie i wobec wszystkich "reprezentuje państwo". To się większości obywateli podoba - człowiek spokojny, uśmiechnięty, czasem tylko kąśliwy wobec tych wszystkich uciążliwych zmieniaczy starego na lepsze.
Większość kandydatów na prezydenta głosi, że nieprawdą jest, jakoby głowa państwa miała małe uprawnienia. Trudno, aby mówili inaczej. Czasem tylko któremuś wyrwie się szczere wyznanie. "Moje propozycje są o tyle wiarygodne, że mam oparcie w parlamentarnej większości, której Lech Wałęsa nie posiada" - podkreślał w 1995 r. przed wyborami prezydenckimi Aleksander Kwaśniewski, wówczas lider SLD. A teraz Kwaśniewski, już jako prezydent, oznajmił na łamach "Rzeczpospolitej": "Przedstawiałem oczywiście inicjatywy ustawodawcze. Nie było ich wiele, gdyż w okresie trwania rządu, który wywodzi się z tego samego obozu, byłaby to zwyczajna licytacja, czy projekt przedstawia rząd, czy przedstawia prezydent. Natomiast w wypadku koabitacji sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana (...) przedstawiłem pakiet ustaw. Nie wyszły poza pierwsze czytanie. I żeby nie było żadnej wątpliwości - wyłącznie z powodów politycznych". Innymi słowy: rządzą swoi, to nie będę się z nimi licytować, rządzą obcy, to i tak mi niczego nie przepuszczą. Innym politykom też niekiedy wyrwie się skarga. "Ludzie tłumnie idą głosować, ale nie przekazują realnej władzy osobie wybranej. Jest to w pewnym stopniu oszukiwanie wyborców, a ja nie chcę oszukiwać" - mówił w grudniu 1999 r. Marian Krzaklewski. "Prezydent (...) nie wyręczy Sejmu i Senatu w wykonywaniu ich zadań ustawowych ani rządu w kierowaniu gospodarką. (...) Ale może zabiegać o rozszerzenie swoich kompetencji i zadań wykonawczych" - uważa Jan Łopuszański.
Chociaż Polska nawiązuje do francuskiego systemu cohabitation, to w istocie nasz system jest ledwie jego karykaturą i mówienie u nas o koabitacji brzmi jak szyderstwo z twórców V Republiki. We Francji władza i odpowiedzialność skupia się w rękach prezydenta - o ile obóz polityczny, któremu on jawnie przewodzi, ma większość w parlamencie. Jeżeli jednak w Zgromadzeniu Narodowym dominują przeciwnicy prezydenta, następuje okres cohabitation - ster rządów przejmuje premier, prezydent może się tylko starać kontrolować rządzącą większość, m.in. za pomocą weta. We francuskim modelu funkcjonowania władzy są jednak elementy stabilizujące, których brakuje w Polsce, a które są istotne dla utrzymania sprawności działania państwa. Na przykład obowiązuje większościowa ordynacja wyborcza, wymuszająca dwubiegunowość sceny politycznej i pozwalająca dyscyplinować szeregi rządzącej partii.

Prezydent, czyli kto?
- Powinniśmy rozstrzygnąć, czy mamy system kanclerski czy prezydencki - mówi prof. Edmund Wnuk-Lipiński z Instytutu Studiów Politycznych PAN. Kanclerski czy prezydencki?
- Z punktu widzenia logiki konstytucyjnej byłoby lepiej, gdyby prezydent był wybierany przez Zgromadzenie Narodowe. Prawa raz przyznanego nie da się jednak odebrać. Dlatego lepiej byłoby wzmocnić władzę prezydencką - uważa prof. Lech Falandysz. Utrzymanie powszechnych wyborów i wprowadzenie systemu prezydenckiego ma zalety. - To, że polski prezydent jest wybierany w powszechnych wyborach, ma ogromne znaczenie na arenie międzynarodowej - zauważa Timothy Garton Ash. Ma jednak i wady. - W Polsce system prezydencki nie ma tradycji. Łatwiej jest ulepszyć dotychczasowy system. Prezydent powinien być wybierany przez Zgromadzenie Narodowe - sądzi prof. Antoni Kamiński z Instytutu Studiów Politycznych PAN. - Można zignorować wolę większości i zmienić zasady, aby prezydenta wybierało Zgromadzenie Narodowe. Można też pójść w kierunku systemu prezydenckiego, ale na taki model nie zgodzą się elity polityczne. Nie ma zresztą takiej tradycji w Europie - uważa Antoni Dudek, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Czyż istniała tradycja budowania wolnego rynku przez państwo, jak to się stało w Polsce po 1989 r.? Czy nie było tak, że elity polityczne wprowadziły w 1990 r. "szokową terapię" faktycznie bez zgody społeczeństwa? Źle funkcjonujący system sprawowania władzy jest kosztowny. I nie chodzi o to, że za przeprowadzenie najbliższych wyborów zapłacimy ok. 100 mln zł, ani też o to, że tegoroczny budżet Kancelarii Prezydenta RP, w której pracuje trzysta osób, wynosi ponad 200 mln zł. Prawdziwe straty, już obniżające poziom życia wszystkich obywateli, wynikają z braku jednego ośrodka kierowania sprawami państwa. Test prawdy: kto decyduje, jakie będziemy płacić podatki? Odpowiedź prawidłowa: rząd, prezydent, koalicja, opozycja - czyli nikt.

Więcej możesz przeczytać w 41/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0