KODEKS BEZROBOCIA

KODEKS BEZROBOCIA

Wszyscy łamią kodeks pracy - dzięki temu mamy pracę. Kodeksy powinny być pisane tak, żeby ich przeczytanie nie wywoływało rozstroju nerwowego ani napadów wesołości, a stosowanie nie podważało zaufania do zdrowego rozsądku, logiki, państwa i prawa" - napisał prof.

Leon Fuller, amerykański teoretyk prawa. Odwrotnie postąpili twórcy naszego kodeksu pracy, w zasadniczej formie uchwalonego w czerwcu 1974 r. Do 1996 r. kodeks ten miał nawet preambułę - równie strzelistą jak w stalinowskiej konstytucji z 1952 r. Obecny kodeks zawiera ponad dwieście regulacji (łącznie ma 305 artykułów, odwołuje się do niego także 30 innych ustaw), których nie stosuje chyba żadna firma w Polsce, łącznie z Sejmem, Senatem i rządem, czyli najważniejszymi przedstawicielami państwa. Nie stosuje dlatego, by pozostać w zgodzie z zasadami opisanymi przez Fullera.
Przede wszystkim nie jest przestrzegany art. 10 § 3, w którym - za konstytucją - stwierdza się, że "państwo prowadzi politykę zmierzającą do pełnego produktywnego zatrudnienia". To zaniechanie może jednak państwo drogo kosztować: 3 mln bezrobotnych ma prawo się na ten artykuł powołać w sądzie. Kilka milionów pracowników może się z kolei powołać na nieprzestrzeganie artykułów i rozporządzeń (stanowiących integralną część kodeksu) dotyczących warunków pracy kobiet (rozporządzenie Rady Ministrów z 28 maja 1996 r.) czy ilości wody przeznaczonej do celów higienicznych (rozporządzenie ministra pracy z 26 września 1997 r.). Kilka milionów osób może zaskarżyć pracodawcę, że powierzchnie w obiektach, w których pracują, są nie dość równe, "nieśliskie, nie pylące i odporne na ścieranie oraz nacisk". Pracodawcę można zaskarżyć za brak odpowiedniej szatni, za niewłaściwą szerokość przejścia w szatni (0,95 m), za to, że umywalka przypada na więcej niż 20 kobiet i więcej niż 30 mężczyzn (skądinąd nie wiadomo, czym tłumaczyć te dysproporcje), za to, że przesuwane drzwi wypadają z prowadnic itd., itp.

Kodeks antyprzedsiębiorczości
Gdyby trzymać się przepisów i litery kodeksu pracy, trzeba by zamknąć większość firm - żaden pracodawca nie sprosta przecież wymogom kodeksu - i ogłosić upadłość gospodarki. Kodeks zawiera nierealne, a nawet szkodliwe zapisy, które muszą być obchodzone, żeby możliwa była jakakolwiek sensowna działalność gospodarcza. Paradoksalnie, to ci, którzy łamią kodeks, działają dla dobra pracobiorców. Gdyby go realizowali, zamiast tworzyć nowe miejsca pracy, musieliby poszerzać korytarze w szatni, szlifować posadzki czy badać ilość ciepła w pomieszczeniach (określoną wzorem 2500 kJ x h/m2). Zabobonny kult kodeksu w naszym kraju jest tym bardziej dziwny, że są na świecie kraje (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Nowa Zelandia, Singapur, Hongkong), którym brak kodeksu nie przeszkadza w szybkim rozwoju. Jest wręcz przeciwnie - kraje te należą do grupy najszybciej się rozwijających.
- Na papierze można sobie zagwarantować wszystko, nawet to, żeby w pracy nie pracować i otrzymywać za to maksymalne stawki wynagrodzenia. Żeby każdy spędzał urlopy na Karaibach - płatne przez pracodawcę. Żeby pracodawca ponosił koszty ubezpieczenia pracowników od konsekwencji wykonywania pracy nis-kiej jakości - ironizuje Jan Krzysztof Bielecki, były premier. W 305 artykułach kodeksu pracy takich ekstrawagancji wprawdzie nie ma, lecz na kilkuset stronach starano się drobiazgowo uregulować coś, co podlega przede wszystkim prawom rynku. Większość zapisów kodeksu brzmi jak za czasów nieboszczki PRL: "Każdy ma prawo do swobodnie wybranej pracy (...), pracownik ma prawo do wypoczynku (...), pracodawca zaspokaja bytowe, socjalne i kulturalne potrzeby pracowników (...), pracodawca wpływa na kształtowanie w zakładzie pracy zasad współżycia społecznego (...), państwo określa minimalną wysokość wynagrodzenia za pracę". W tych okolicznościach nie dziwi, że dla 58 proc. młodych ludzi ankietowanych niedawno przez CBOS, zapewnienie pracy jest obowiązkiem rządu, zaś co czwarty uważa, że należy utrzymywać nierentowne stanowiska pracy. W kodeksie nie ma ani słowa o tym, kto ma do tego dopłacać.

Kodeks pracy chronionej
Czas pracy szczegółowo reguluje siedemnaście artykułów kodeksu pracy. Do niedawna kodeks określał (art. 129) tygodniowy czas pracy na 42 godziny, w wymiarze nie przekraczającym 8 godzin na dobę. Niedawna (podpisana już przez prezydenta) nowelizacja skraca tydzień pracy do 40 godzin - co ma nastąpić w ciągu trzech lat - bez równoczesnego wprowadzenia jakichkolwiek zmian w innych zapisach kodeksu, co pozwalałoby przedsiębiorcom na równoważenie kosztów takich zmian. Niektórzy politycy przekonywali - sami chyba w to nie wierząc - że po skróceniu czasu pracy będzie jej więcej, pracodawcy zatrudnią nowych ludzi i bezrobocie spadnie. Tymczasem ustawowe skracanie tygodniowego czasu pracy grozi podwyższeniem kosztów pracy, wzrostem cen, a więc inflacją, czyli w konsekwencji może się skończyć spadkiem tempa wzrostu PKB. Skrócenie czasu pracy o dwie godziny tygodniowo to spadek PKB o 0,1 proc. rocznie - dowodzi prof. Witold Orłowski z Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych. Skrócenie tygodnia pracy oznacza jednocześnie wzrost kosztów pracy o 5-7 proc. - wyliczono w Business Centre Club. A to koszty pracy stanowią około 40 proc. łącznych kosztów firmy, co oznacza, że koszt funkcjonowania przedsiębiorstwa wzrośnie o 2-4 proc. "Zwykli obywatele", w których imieniu zmiany przeprowadzono, nie docenili otrzymanego dobrodziejstwa. W sondażu CBOS 72 proc. badanych stwierdziło, że skrócenie czasu pracy spowoduje straty w gospodarce oraz wpłynie na zmniejszenie się ich dochodów!
Kodeks pracy bardzo szczegółowo reguluje także kwestię pracy w godzinach nadliczbowych, określając, że ich liczba nie może przekroczyć 4 godzin na dobę i 150 godzin w roku kalendarzowym. Określa, że dwie pierwsze nadgodziny w ciągu doby opłacane być powinny o połowę wyżej, zaś przy następnych dodatek powinien wynieść 100 proc. "Okres rozliczeniowy nie może być dłuższy niż jeden miesiąc" - głosi kodeks. A wiadomo, że nie każdego miesiąca pracy jest tyle samo. Zdaniem pracodawców, bardziej racjonalny byłby okres co najmniej kwartalny. Obecne rozwiązanie powoduje jednak, że pracodawcy opłaca się zatrudnić inne osoby na umowę-zlecenie lub podpisać umowy z pracownikami jako "jednoosobowymi firmami". Formalnie pracują oni wówczas dla innej spółki - pośrednika świadczącego usługi pracodawcy - wykonują jednak tę samą pracę. - Tego rodzaju praktyki tak czy owak podwyższają koszty transakcyjne, związane z pilnowaniem całego tego procederu - mówi Jan Stefanowicz, ekspert Centrum im. Adama Smitha.
Podczas gdy ustawodawca z troską pochyla się nad przepracowanymi obywatelami, GUS oszacował, że w zakładach państwowych z każdego tysiąca godzin opłaconych przez pracodawcę faktycznie przepracowano 857, w prywatnych - 888. Oznacza to, że faktyczny tygodniowy czas pracy już dziś nie wynosi 42 godzin, lecz najwyżej 36! Przedstawiając projekt 40-godzinnego tygodnia pracy, jego autorzy powoływali się na europejskie standardy. Tymczasem tamtejsze sondaże pokazują, że tylko 29 proc. mieszkańców Unii Europejskiej woli mniej pracować i mniej zarabiać. Przeciwnego zdania - więcej pracy w zamian za więcej pieniędzy - jest 46 proc. Europejczyków, w tym aż 64 proc. Anglików i 58 proc. Włochów.

Kodeks martwego rynku pracy
Już samo podpisywanie umowy o pracę może przyprawić pracodawcę o ból głowy. Art. 24 kodeksu stanowi, że zawarcie trzeciej z kolei umowy o pracę na czas określony przekształca ją w umowę na czas nieokreślony. We wprowadzeniu do ustawy przeczytać można, że przepis ten ma umożliwić "przeciwdziałanie niekorzystnym zjawiskom w sferze zatrudnienia, w tym zwłaszcza obchodzeniu przepisów prawa pracy". Tymczasem jeżeli w gospodarce nikogo się z pracy nie zwalnia, to też nikogo się nie przyjmuje!
Pracodawca, mając możliwość zawarcia jedynie dwóch czasowych umów o pracę, woli podpisywać umowy-zlecenia lub umowy o dzieło. Zawiera się więc na przykład dwie następujące po sobie w odstępach dwutygodniowych umowy o dzieło, następnie umowę-zlecenie, a potem znów umowę o dzieło. Traci na tym w istocie sam pracownik, pozbawiony świadczeń związanych z czasową umową o pracę. Stosuje się też inne sztuczki, na przykład zamiast trzeciej umowy sporządza się aneks do drugiej, istniejącej już umowy o czasowym zatrudnieniu - mamy więc przedłużenie okresu zatrudnienia w ramach drugiej umowy. Bywa zresztą i tak, że obie strony godzą się na zniszczenie dotychczas obowiązującej umowy, zawierając na jej miejsce nową, aby nie przekroczyć limitu trzech umów. Wszystko to oczywiście w imię dobra pracodawców, pracobiorców i całej gospodarki.

Kodeks przymusowego zatrudnienia
Kiedy firmie gorzej się powodzi, zwolnienie zbędnego pracownika jest sprawą niezwykle trudną. Art. 30 kodeksu przewiduje, że pracodawca (inaczej niż pracownik, który wypowiedzieć może pracę bez wyraźnego powodu) wraz z wręczanym wypowiedzeniem musi przedstawić jego szczegółowe uzasadnienie na piśmie. Pracownik - jeśli nie zgadza się z uzasadnieniem - może się udać do sądu pracy. Tu zaś formuły typu "zwolnienie z powodu pogorszenia sytuacji rynkowej firmy" czy "niespełniania oczekiwań pracodawcy" bądź "reorganizacji" w 99 wypadkach na 100 nie są przez sąd uwzględniane.
Szukając owych wiarygodnych powodów zwolnienia, pracodawca musiałby urządzić prawdziwą nagonkę na pracownika, biorąc jego wszystkie poczynania pod lupę, udzielając z byle powodu kar, nagan i upomnień. Dopiero tego rodzaju argumenty są w stanie przekonać sąd. Nie ma natomiast możliwości uczciwego stwierdzenia, iż pracownik po prostu nie nadaje się na swoje stanowisko lub jego praca staje się w pewnym momencie zbędna.
Wedle kodeksu, jeśli ponad 10 proc. zatrudnionych traci pracę, oznacza to zwolnienie grupowe. Jeśli więc na przykład w salonie fryzjerskim pracują dwie osoby i szef zamierza zwolnić jedną z nich, mamy do czynienia ze zwolnieniem grupowym. W takim wypadku pracodawca ma obowiązek wypłacenia odprawy w wysokości - w zależności od stażu pracy - jednej, dwóch lub trzech pensji. Która mała firma wytrzyma takie bezsensowne obciążenia?

Kodeks nadopiekuńczości
Kodeks pracy jest wręcz przeładowany artykułami socjalnymi, które z miejsca pracy czynią dom opieki. Zgodnie z ustawą o funduszu świadczeń socjalnych, pracodawca, który zatrudnia więcej niż 20 osób, ma obowiązek utworzyć fundusz, na który wpłaca co roku 37,5 proc. przeciętnego wynagrodzenia (na każdego zatrudnionego). W zakładach, w których działają związki zawodowe, to one de facto decydują o wykorzystaniu funduszu. W pozostałych firmach z tych pieniędzy wypłacane są dopłaty do urlopów. Pracodawcy buntują się nie tyle przeciwko konieczności tworzenia funduszu, ale także przeciwko sposobom jego wykorzystania. - O tym, kto dostaje bonus i w jakiej wysokości, powinien decydować właściciel, a nie związek zawodowy czy komisja socjalna - uważa Andrzej Wilk z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Podobnie socjalny punkt widzenia przyjęto w regulacjach dotyczących zwolnień lekarskich. Zgodnie z kodeksem za pierw-sze 35 dni zwolnienia lekarskiego świadczenie w wysokości 80 proc. wynagrodzenia wypłaca pracodawca. Ponieważ przeciętnie Polak choruje około 19 dni, pracodawca ponosi w praktyce wszystkie koszty choroby pracownika. A przecież co miesiąc wpłaca też pieniądze na fundusz chorobowy! Składki na ubezpieczenia zdrowotne pokrywają po połowie pracownicy i pracodawcy, jednak za badania wstępne i okresowe pracodawca płaci dodatkowo.
A już karmiącym matkom twórcy kodeksu chcą wręcz przychylić nieba. Pracownica taka ma prawo do dwóch półgodzinnych przerw wliczanych do czasu pracy. Matka karmiąca więcej niż jedno dziecko ma prawo do dwóch przerw po 45 minut. Z drugiej strony: "Pracownicy zatrudnionej przez czas krótszy niż 4 godziny dziennie przerwy na karmienie nie przysługują. Jeśli zaś czas pracy nie przekracza 6 godzin dziennie - przysługuje jej tylko jedna przerwa". Kodeks nie przesądza jednak, czy pracownica karmić ma w zakładzie czy poza nim, czy ma karmić piersią prawą czy lewą...
W rozdziale "Ochrona pracy kobiet" tylko jeden artykuł reguluje bezpośrednio kwestie pracy - zabraniając zatrudniać panie do prac szczególnie uciążliwych lub szkod-liwych dla zdrowia. Pozostałe zapisy dotyczą kobiet w ciąży, urlopów macierzyńskich i wychowawczych. Te ostatnie, nie wiadomo zresztą dlaczego, przysługują w myśl kodeksu tylko matkom.

Kodeks superbezpieczeństwa i obsesyjnej higieny
Aż 70 stron poświęcono w kodeksie kwestiom bezpieczeństwa i higieny pracy. Z rozbudowanych do granic absurdu przepisów można się dowiedzieć, jak powinna wyglądać szatnia, umywalnia, natryski, jadalnia, ustępy, a nawet drzwi prowadzące do tych ostatnich. Pracodawcę traktuje się jak handlarza niewolników, któremu bez nakazów i norm nie przyjdzie do głowy, że w trudnych i niebezpiecznych warunkach pracownik jest mniej wydajny, może spowodować wypadek, a w efekcie straty. Ale w kodeksie pracy trudno znaleźć choćby ślady myślenia kategoriami wolnego rynku. - Pracodawcę uważa się za cynicznego, pozbawionego skrupułów i wyobraźni idiotę, który zakłada firmę tylko po to, by szybko się "nachapać", eksploatując pracowników do granic biologicznego wyniszczenia, po czym czmycha do ciepłych krajów - mówi Janusz Lewandowski, były minister przekształceń własnościowych.
Art. 237 kodeksu przewiduje, że w firmie zatrudniającej więcej niż 10 osób pracodawca musi stworzyć służbę bezpieczeństwa i higieny pracy. Pracodawca zatrudniający nie więcej niż 50 pracowników może powierzyć wykonywanie zadań służby BHP specjalistom spoza firmy. Jeśli jednak zatrudnia więcej niż 50 osób, powołać musi specjalną komisję bezpieczeństwa i higieny pracy, w skład której wchodzą pracownicy służby BHP, lekarz, społeczny inspektor pracy oraz przedstawiciele pracowników.

Kodeks socjalistyczny
Na straży przestrzegania socjalistycznych przepisów obowiązującego kodeksu pracy stoją socjalistyczne instytucje, w tym społeczna inspekcja pracy, ustanowiona w 1950 r. i podretuszowana w roku 1983, czyli w czasie, gdy przedsiębiorstwa lustrowali wojskowi komisarze. Powołano ją "w trosce o systematyczną poprawę stanu bezpieczeństwa i higieny pracy". Społeczni inspektorzy mają wgląd w dokumenty firmy, dostęp do wszystkich pomieszczeń i mogą wydawać pracodawcom zalecenia. Oczywiście, społecznych inspektorów utrzymuje pracodawca. W kodeksie zapisano, że "w zasadzie" powinni oni działać poza godzinami pracy, lecz w następnych paragrafach umożliwia się im pobieranie wynagrodzenia za pełnienie "społecznej" funkcji, z czego w dziewięciu wypadkach na dziesięć korzystają!
Podstawowym problemem kodeksów pracy jest to, że w ogóle istnieją. Bo nie sposób ich zlikwidować. Kilku krajom udało się jednak socjalne rozpasanie kodeksów ograniczyć - na przykład Hiszpanii, Portugalii, Szwecji, Finlandii, Chile, Argentynie. Wszystkie te państwa natychmiast zaczęły się szybciej rozwijać, poprawiły konkurencyjność gospodarki, mniej więcej dwukrotnie zmniejszyły stopę bezrobocia. Ile zyskałaby Polska, gdyby kodeks zlikwidowała lub ograniczyła do kilku artykułów?

Okładka tygodnika WPROST: 16/2001
Więcej możesz przeczytać w 16/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0