Czy leci z nami pilot?

Czy leci z nami pilot?

Dodano:   /  Zmieniono: 209
Tomasz Lis (Whitesmokestudio.com)
Słyszę, że nic nowego nie wynika z opublikowanych stenogramów z ostatnich minut lotu prezydenckiego tupolewa. Jasne, nic, w tym sensie, że fakty nie są lekarstwem na paranoję i cynizm. A wyłącznie dzieckiem paranoi lub cynizmu mogą być rojenia o rosyjskim spisku wymierzonym w prezydenta.
Oczywiście, może się okazać, że po odczytaniu nieczytelnych na razie niektórych głosów z kabiny wyniknie z nich coś całkiem przełomowego. „Prezydent nie podjął jeszcze decyzji". Czegóż miałoby to dotyczyć? Czy lądować? Gdzie lądować? Może tylko tego, czy lądować w Witebsku, czy w Moskwie? Ale prezydencki samolot nie poleciał ani do Witebska, ani do Moskwy. Może więc decyzja jednak zapadła. Próba lądowania w Smoleńsku może na to wskazywać.

Czytałem te stenogramy, szczególnie zapis ostatnich kilku minut, myśląc o czytających je wdowach, matkach, ojcach i dzieciach zmarłych. Pewnie każda z tych osób czytała to, myśląc o ostatnich sekundach życia najbliższej osoby. Pewnie z prawie dwumiesięcznym poślizgiem krzyczała na pilota: ściągaj stery, do cholery, jeszcze masz czas, teraz, zdążysz! Pull up, pull up, horyzont, dlaczego nie „odchodzą"?! Nie odeszli. Dokładniej rzecz ujmując – odeszli.

To, co się działo z tupolewem, i to, co robiła (a dokładniej – czego nie robiła) w ostatnich minutach lotu załoga samolotu, w języku lotniczym nazywa się CFIT – controlled flight into terrain, co powinno się przetłumaczyć jako „kontrolowane zderzenie z ziemią". Mówiąc po ludzku, wszystkie znaki na niebie i na ziemi i wszystkie sygnały wskazywały, że samolot za chwilę się roztrzaska. A jednak z jakichś względów z samobójczą determinacją samolot pikował w stronę nieuchronnej tragedii. Tej tragedii udałoby się z łatwością uniknąć dzięki odrobinie ostrożności, odpowiedzialności, asertywności.

I w tym sensie mam obawy, że ów CFIT jest koszmarną, ale, niestety, celną metaforą tego, jak funkcjonuje polskie państwo. Od wielu lat słyszymy wezwania do cięcia wydatków i reformy finansów publicznych. Z każdej strony słychać „pull up", „terrain ahead", „horyzont", a – choć piloci się zmieniają – konsekwentnie idziemy na zderzenie z ziemią. Widoczność jest na tyle dobra, że widzimy, jak zderza się z nią samolot grecki. I co? I nic? Korkociąg trwa. Od lat słyszymy, że naszego państwa nie stać na to, by coraz mniejsza liczba ludzi pracowała na coraz większą liczbę niepracujących. I co? Pull up, pull up. Nic. Zderzenie z ziemią coraz bliżej. Polski nie stać na KRUS, jaki mamy. Terrain ahead, terrain ahead. I nic. Po co to ruszać, idziemy na zderzenie. Może samolot wyląduje na ziemi właściciela kilkuset hektarów, który płaci psi grosz za swe ubezpieczenie, bo taka jest cena utrzymywania koalicji z niereformowalnymi ludowcami. Służba zdrowia, ta państwowa, zwana przez prezesa PiS dla niepoznaki społeczną, ledwo dyszy. Chorzy na raka w państwowym, tfu, społecznym Centrum Onkologii jak w PRL-owskiej kolejce po mięso czekają na odrobinę uwagi, na jakąś, jakąkolwiek szansę. Każdy, kto ma głowę i odrobinę serca, wie, że taka służba zdrowia wymaga natychmiastowej chirurgicznej interwencji. Pull up, pull up. I nic. Dlaczego chore państwo miałoby się przejmować chorymi obywatelami?

Jest więc nasze państwo emanacją naszych najgorszych cech – braku wyobraźni, „dojutrkowości", „jakośtobędziectwa". W efekcie, jak przy okazji powodzi, mamy zarządzanie kryzysem albo chaosem. Zrobić coś, by takie zarządzanie nie było konieczne? Nie, nasze państwo na „pull up", „horyzont" i „terrain ahead" nie reaguje. Stomatologia jakoś działa. Profilaktyka jamy ustnej nie istnieje. Jasne, kryzysy nie zawsze wynikają z niedomagań państwa, nie zawsze to jest ich główna przyczyna. To rozpasanie i pazerność ludzi były przyczyną ostatniego kryzysu finansowego. Ale o ile cechą rynku może być pazerność rynkowych graczy, o tyle główną cechą państwa powinna być przezorność jego funkcjonariuszy.

W przypadku naszego narodowego samolotu boleśnie aktualne jest więc od lat wciąż to samo pytanie. Czy leci z nami pilot? Jakie są jego plany? Jak reaguje na wszelkie sygnały? We „Wprost" będziemy to pytanie powtarzać, regularnie patrząc wszystkim pilotom na ręce. Z prostego powodu. My, obywatele, jesteśmy tego samolotu właścicielami. A przede wszystkim pasażerami. Nie warto czekać, aż nasze dzieci będą czytać kolejne stenogramy z kolejnych czarnych skrzynek, zadając sobie pytanie: Przecież słyszeli „pull up", „terrain ahead". Dlaczego nie reagowali?

PS. Jak Państwo zauważyli, wracamy do starego logo „Wprost". Idziemy do przodu i patrzymy w  przyszłość, ale nie mamy oporów, by wracać do tego, co było dobre w przeszłości.
 209

Czytaj także