Czy czeka nas gospodarcze tsunami?

Czy czeka nas gospodarcze tsunami?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Spadki na japońskiej giełdzie spowodowały, że z rynku "wyparowało" 620 miliardów dolarów (fot. FORUM)
Trzęsienie ziemi i tsunami, które nawiedziły Japonię to nie tylko zniszczone drogi, czy uszkodzone elektrownie – to przede wszystkim ogromne wyzwanie dla japońskiej gospodarki. Ale nie tylko dla japońskiej. Wzrost cen ropy i żywności, słabnięcie walut krajów wschodzących, mniejsza produkcja w fabrykach na całym świecie – to konsekwencje jakie kataklizm w Japonii może mieć dla nas wszystkich.
- Ostatnie spadki indeksów giełdowych odzwierciedlają panikę rynków. Reakcja inwestorów jest związana nie tyle z tym co się stało, ile z niepewnością co do tego, co się jeszcze może stać. Rynki obawiają się, że może dojść do kolejnych wstrząsów, co przyczyni się do wzrostu kosztów sumarycznych – wyjaśnia były podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów, obecnie główny ekonomista Business Centre Club (BCC) prof. Stanisław Gomułka. Ostrożny co do ostatecznej oceny skutków kataklizmu jest również prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PricewaterhouseCoopers (PwC) Polska. – Nie wiemy, jak duże są straty w energetyce, transporcie, jak bardzo zniszczony jest kraj. Japończycy są niewiarygodnie oszczędni i jeśli rząd zaapeluje o używanie światła jedynie przez godzinę dziennie, to oni to pewnie zrobią – podkreśla. Czy to wystarczy? - Nie wiadomo, bo ciężko jest przewidzieć, jak szybko gospodarka japońska dojdzie do siebie. Nie wiemy także, czy instytucje finansowe są przygotowane na ryzyko związane z koniecznością wypłat dziesiątków miliardów odszkodowań - czy to ryzyko jest gdzieś skumulowane, czy też bezpiecznie rozłożone po świecie – zastanawia się Orłowski.

Profesor Gomułka jest większym optymistą i radzi, by postrzegać wielkość strat w relacji do całego PKB Japonii. – Trzeba pamiętać, że mówimy o gospodarce, której dochód narodowy wynosi około 4-5 tys. mld dolarów rocznie i której bogactwo trzeba szacować na około 15 tys. miliardów. W rzeczywistości 200 mld dolarów strat to są małe sumy, które nie zagrażają stabilności gospodarki światowej. To jest po prostu kropla w morzu – przekonuje, chociaż nie wyklucza, że trzęsienie ziemi może mieć wpływ na wielkość japońskiego PKB.

Spadnie produkcja, wzrosną ceny?

– Można się spodziewać strat bieżących w produkcji, które w pierwszym kwartale, czy nawet w pierwszym półroczu mogą doprowadzić do spadku PKB Japonii o 1 punkt proc. – szacuje prof. Gomułka. Ekonomista BCC zakłada jednak, że w drugim półroczu nastąpi naturalne odbicie się gospodarki, najprawdopodobniej również o 1 punkt proc. – Jeśli nie dojdzie do dużego spadku produkcji energii elektrycznej, to w skali roku wpływ kataklizmu na gospodarkę będzie pewnie zerowy – ocenia.

Orłowski zwraca natomiast uwagę, że Japonia wytwarza blisko 10 proc. światowego PKB. - Wiele fabryk czeka obecnie na dostawy z tego kraju. Gdyby więc zakłócenia okazały się duże i długotrwałe, to może to być ogromny problem dla reszty świata. Powinniśmy się w takim przypadku spodziewać wzrostu cen towarów pochodzących z opóźnionej produkcji oraz ograniczenia dynamiki wzrostu w niektórych państwach – ostrzega ekonomista.

Czy to oznacza, że trzęsienie ziemi w Japonii może odbić się negatywnie na polskich przedsiębiorstwach? – Fabryki budowane przez kapitał japoński, których jest w Polsce sporo, obsługują głównie światowy rynek. Jeśli nawet - z uwagi na mniejsze zdolności produkcyjne w Japonii - pojawi się zwiększone zamówienie na pewne komponenty w fabrykach na świecie,  wpływ ten będzie niewielki – twierdzi prof. Gomułka. - Trzeba sobie zdawać sprawę z potęgi gospodarczej i finansowej tego kraju. To jest autentyczne mocarstwo, druga na świecie gospodarka. Zasoby finansowe Japonii są ogromne, tak samo kapitał intelektualny i technologiczny. Japończycy są niezwykle innowacyjni, mają też wysoką jakość administracji. To jest kraj świetnie zorganizowany i zdyscyplinowany, pod każdym względem znajdujący się w ścisłej czołówce w świecie – dodaje były podsekretarz stanu. I przekonuje, że „taki kraj może sobie z poradzić z kataklizmem stosunkowo łatwo".

Prof. Orłowski obawia się jednak o ewentualny wzrost cen ropy i żywności. - Jeśli spadnie produkcja w Japonii, to w teorii zmniejszy się popyt na ropę, co powinno doprowadzić do spadku jej ceny. Z drugiej strony, jeśli Japończycy wyłączą część elektrowni jądrowych, to zużycie ropy może bardzo silnie wzrosnąć, powodując tym samym wzrost cen – ostrzega. Prof. Gomułka również dostrzega to zagrożenie. – Nieznana jest dokładna sytuacja elektrowni jądrowych oraz to, jaki może być w konsekwencji spadek produkcji energii elektrycznej w Japonii, gdzie 54 elektrownie atomowe zaspokajają 30 proc. potrzeb energetycznych tego kraju. Zamknięcie jednej czy dwóch elektrowni to jest sprawa bez znaczenia, ale zamknięcie 11 bez określenia na jak długo, może mieć poważne konsekwencje – przyznaje.

Orłowski przestrzega również przed spekulantami: - Nie wiemy, co będzie się działo na rynku surowców, ale można oczekiwać, że konieczność importowania przez Japonię dodatkowych ilości ropy naftowej i żywności może natychmiast wywołać spekulacje podwyższające ceny tych surowców. Dlatego może dojść do stagflacji, czyli sytuacji, w której mamy jednocześnie ujemny wzrost gospodarczy oraz wzrost inflacji – tłumaczy. Jego zdaniem świat powinien się przygotować na „duże problemy finansowe".

W poszukiwaniu kapitału

Jest „oczywistą oczywistością", że Japonia będzie potrzebowała ogromnych środków na odbudowę kraju. Skąd najbardziej zadłużona gospodarka świata (dług Japonii wynosi obecnie ponad 200 proc. jej PKB) pozyska dodatkowy kapitał na sfinansowanie inwestycji? Według prof. Orłowskiego Japończycy będą przede wszystkim pożyczać od samych siebie. – To jest kraj gigantycznych nadwyżek kapitału, więc japoński rząd sięgnie pewnie po pożyczki wewnętrzne. Dlatego właśnie jen się wcale nie osłabł, tylko się wzmocnił – wyjaśnia. Prof. Gomułka również wyklucza scenariusz, w którym Japonia zostaje zmuszona do poszukiwania zagranicznych źródeł finansowania.- Nie sądzę, żeby Japonia musiała szukać kapitału na rynkach zagranicznych, chociaż nie jest wykluczone, że oprocentowanie nowego długu wzrośnie.  Z drugiej strony, jest ono w tej chwili tak niskie, między 0 a 1 proc. (w porównaniu z 6 proc. na dziesięcioletnich obligacjach w Polsce), że nawet po podniesieniu odsetek od obligacji koszt obsługi długu pozostanie niewielki – podkreśla. – Ważne jest to, że Japończycy wierzą bardziej swojemu rządowi niż innym i dlatego chętniej inwestują w papiery japońskie niż lepiej oprocentowane papiery portugalskie czy włoskie – dodaje.

Ekonomista BCC przekonuje, że „ryzyko kryzysu makro-finansowego w Japonii z tytułu dużego długu jest na razie niewielkie". – Sytuacja wydaje się stabilna. Dług jest rzeczywiście bardzo duży, w sumie to jakieś 7-8 tys. mld dolarów, więc jeśli rząd się zadłuży o kolejne 100 czy 200 mld to nie są to sumy, które miałyby bardzo poważny wpływ na stan japońskich finansów publicznych. Poza tym, z wyjątkiem powiedzmy miliona osób, które zostały bezpośrednio dotknięte przez kataklizm, Japończycy nie potrzebują dodatkowych pieniędzy. Nie będą więc gremialnie sprzedawać skarbowych papierów wartościowych, gdyż sami by na tym stracili – ocenia.

Japonia a sprawa polska

Czy polska gospodarka odczuje skutki zawirowań na rynku japońskim? - Dziś rynek światowy to system naczyń połączonych - spadek zaufania do rządu japońskiego może odcisnąć piętno na całym świecie – uważa prof. Orłowski. Jakie skutki? Na przykład osłabienie walut, w szczególności, tzw. walut wschodzących. - Jeśli okaże się, ze inwestorzy nie będą chcieli pożyczać pieniędzy rządom dlatego, że rząd japoński znalazł się w kłopotach, to najsilniej uderzy to w kraje takie jak Polska, które potrzebują inwestorów zachodnich do finansowania deficytu, a nie w Japończyków, którzy maja wystarczające oszczędności – ostrzega doradca PwC. Odmiennego zdania jest prof. Gomułka. Według niego, trzęsienie ziemi w Japonii będzie miało marginalny wpływ na polską sytuację gospodarczą, a osłabienie złotego jest chwilowe.

- Od ponad dwóch lat możemy obserwować, że wzrost niepokojów na rynkach światowych powoduje odpływ kapitału zagranicznego z krajów wschodzących. Inwestorzy przenoszą kapitał do krajów uważanych za bardziej bezpieczne, jak USA, Niemcy, Szwajcaria. Odpływ ten jest niewielki, ale jednak na tyle znaczący, że zauważalny na rynkach walutowych. Jesteśmy właśnie świadkami tych wahań – tłumaczy Gomułka i dodaje, że drobne zmiany kursów zależą przede wszystkim od percepcji ryzyka. - Jeżeli ryzyko się zmniejsza to mamy przypływ kapitału do Polski, jeżeli się zwiększa, sytuacja jest odwrotna.

Czy osłabienie złotego powinno niepokoić Polaków, którzy spłacają kredyt w walucie zagranicznej, np. we frankach szwajcarskich? Ekonomista BCC uspokaja: – Wahania są chwilowe i nie powinny specjalnie niepokoić dłużników. Z drugiej strony, jeżeli ktoś chce pożyczać we frankach szwajcarskich, to jest to odpowiedni moment. Jednakże, w trakcie najbliższych dwóch lat oczekiwałbym raczej umocnienia się złotówki – prognozuje.

Orłowski jest z kolei przekonany, że Polska nie musiałaby się martwić zmianą kursu, gdyby przystąpiła do strefy euro. - Oczywiście, posiadanie własnej waluty pozwala złotego osłabiać, dostosowywać politykę pieniężną do potrzeb, ale gdy przychodzi jakaś ciężka sytuacja, uświadamiamy sobie, że warto byłoby mieć euro – zauważa. I ostrzega, że „wiadomości dla Polski na pewno nie są dobre". - Złoty już się osłabił, a to jest tylko wstępna reakcja. Reszta zależy od skali strat i od tego, czy rynki uznają sytuację w Japonii za potężny cios. Dla firm budowlanych będą to oczywiście złote żniwa, na każdym nieszczęściu ktoś zyskuje. Ale nie ma cudów – ani wojna, ani kataklizmy – per saldo, nie maja prawa dać korzystnych efektów – podsumowuje.