Wenecja: hołd dla minionych pokoleń

Wenecja: hołd dla minionych pokoleń

Dodano:   /  Zmieniono: 
Amos Gitai (fot. PAP/EPA/CLAUDIO ONORATI) 
W Wenecji, w sekcjach pozakonkursowych, pojawiły się poruszające, osobiste dokumenty zrealizowane przez Sarah Polley i Amosa Gitaia.
Mail od zaprzyjaźnionego agenta: "Przepraszam, Sarah jest zachwycona, a nawet nieco oszołomiona pozytywnymi reakcjami na jej film, ale nie udzieli żadnych wywiadów". Pamiętam swoją rozmowę z Sarah Polley sprzed kilku lat. Aktorka i reżyserka była w niej błyskotliwa, tryskała poczuciem humoru. Lubi rozmawiać z dziennikarzami. Dlaczego tym razem odmawia promocji własnego dokumentu "Stories We Tell"?

- Wiele lat zastanawiałam się, jak dużo i w jaki sposób opowiedzieć o tej sprawie. Wszystko wycyzelowałam w filmie. Boję się, żeby w festiwalowym pośpiechu nie wyrzucić z siebie kilku słów za dużo albo nie posłużyć zbyt dużym skrótem myślowym – tłumaczy w oświadczeniu artystka.

Rok 2007. Aktorka kręciła scenę z "Mr Nobody" Jaco von Dormaela w Montrealu, kiedy dowiedziała się, że dziennikarz właśnie przygotowuje materiał o rodzinie Polleyów: okazało się, że mężczyzna, który wychował artystkę, nie jest jej biologicznym ojcem, matka Sarah miała romans. Badania DNA wszystko potwierdziły.

"Stories We Tell" to opowieść o konsekwencjach tego odkrycia. Kameralny dramat kilkorga ludzi, którzy muszą zinterpretować na nowo swoją biografię. Rozliczyć się z życiem, związkami, relacjami między sobą. Nie ma tu histerycznych krzyków, raczej westchnienie człowieka oglądającego się wstecz i zadającego sobie pytania, czego się wstydzi, z czego jest dumny, kiedy popełniał błędy, co odpuścił zbyt łatwo. Jest tu także próba lepszego zrozumienia najbliższych.

Rodzinną historię w dokumentalnej "Kołysance dla mojego ojca" przenosi na ekran także Amos Gitai. Izraelski twórca opowiada o losach swojego ojca, słynnego architekta, jednego z twórców  Bauhausu. XX-wieczne żydowskie losy mieszają się tu z historią sztuki. A wszystko zaczyna się w Bielsku-Białej, miejscowości, z której pochodził Gitai.

Szkoda, że nie wystarczyło budżetu i film zamienia się w "gadające głowy". Wielkie wrażenie robią listy, które przez całe życie pisała do męża matka Gitaia. Z ekranu czyta je dama francuskiego kina Jeanne Moreau.

We współczesnym kinie rzadko ktoś dowartościowuje dojrzałość i doświadczenie, składa hołd minionym pokoleniom. Sarah Polley i Amos Gitai odwrócili kamerę w stronę własnej rodziny. Opowiedzieli o rodzicach, ich relacjach, konfrontacji z rzeczywistością. Przypomnieli, że czasem, aby poczuć się wolnym, trzeba odnaleźć swoje korzenie.