Przyszłość seriali jest w internecie?

Przyszłość seriali jest w internecie?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Fot. Materiały prasowe
Polacy mają dość standardowej telewizji i czekania na kolejne odcinki kultowych seriali, które emitowane są wiele miesięcy po premierze. Widzowie odwracają się od sztywnych ramówek i swoich ulubionych seriali szukają w internecie.
Wszystko zaczęło się od amerykańskiego serialu „House of Cards” wyprodukowanego przez internetowy serwis VOD Netflix. Pierwszy sezon został w całości udostępniony na tej platformie 1 lutego 2013 roku. Reżyserem pierwszych dwóch odcinków był David Fincher (znany z „Siedem” oraz „Social Network”) zaś w kolejnych odcinkach, za kamerą stanął także Joel Schumacher („Batman Forever”, „8mm). Serial został stworzony w unikatowy i nowatorski sposób – twórcy posłużyli się algorytmem, który analizował zachowania milionów użytkowników oraz ich oceny. Analizowano kiedy dana produkcja była pauzowana czy przewijana; jaki gatunek jest wśród użytkowników najpopularniejszy oraz jacy aktorzy i twórcy są najchętniej oglądani. Zaowocowało to sukcesem, ponieważ w ciągu dwóch tygodni od premiery, serial obejrzało 3 mln zarejestrowanych użytkowników. 

Jak podkreśla Dawid Rydzek, z serwisu Hatak.pl (serwis zajmujący się serialami i filmami w internecie), na sukcesie serialu zaważyło także to, że twórcy wstrzelili się w panującą wciąż modę na antybohaterów. - Netflix dał światu kolejnego po Tonym Soprano, Walterze Whicie, Gregorym Housie i Dexterze Morganie człowieka o wątpliwej moralności, którego jednak kochamy – mówi Rydzek. Twierdzi on też, że do sukcesu produkcji przyczynił się także pokaźny budżet i swoboda artystyczna, z jaką zwykle kojarzyły się stacje kablowe, co ostatecznie przekonało samego Finchera do objęcia patronatu nad produkcją. 

Wszystko to zaważyło na tym, że „House of Cards” stał się pierwszym w historii serialem wyprodukowanym na potrzeby internetu, który zdobył aż trzy nagrody Emmy oraz sześć nominacji. Netflix definiując na nowo istotę współczesnych seriali, zaznaczył także swoją pozycję na rynku. – Wiele decyzji, które Netflix podjął było ryzykowne i cały projekt mógł odnieść spektakularną klęskę. Na szczęście dla niego tak się nie stało – komentuje Rydzek. Sukces serialu z pewnością zapoczątkował nową erę w branży telewizyjnej (już teraz mówi się o kolejnych projektach Netflixa, który zamierza realizować seriale związane z komiksowym uniwersum Marvela, jak „Daredevil”, „Luke Cage” czy „Iron Fist”).  

Drugi sezon został wypuszczony 1 lutego 2014. Jak wskazują dane niemieckiej firmy Excipio zajmującej się analityką piractwa w sieci, Polacy byli wśród narodów, które najczęściej ściągały serial z nielegalnym źródeł. Coraz więcej widzów chce płacić za legalne oglądanie filmów w internecie, jednak nie mamy tak szeroko skomponowanej oferty jak na pirackich stronach. Pokazuje to, że Polacy są narodem głodnym zagranicznych seriali i starają się nie pozostawać w tyle względem innych państw. Wiąże się to także z tym, że przez lata Polska była serialowym zaściankiem, co dopiero zmieniły takie seriale jak „Zagubieni” czy „Skazany na śmierć”, które ukazywały się rok po amerykańskiej premierze. Bliższym przykładem może być wspomniane wcześniej „House of Cards”, którego pierwszy sezon został wyemitowany 19 października na antenie alekino+, blisko dziewięć miesięcy po amerykańskiej premierze. Wciąż nie wiadomo na kiedy planowana jest premiera drugiego sezonu. Świadomi odbiorcy nie chcą czekać aż tyle aby poznać przygody swoich ulubionych bohaterów, dlatego też internet i jego nieograniczone zasoby stały się oczekiwanym wybawieniem. Dzięki temu, liczba widzów telewizyjnych spada, zaś osób, które pozyskują seriale z nielegalnych źródeł, sukcesywnie wzrasta. Najlepiej jest to widoczne na przykładzie nagrodzonego Złotym Globem serialu „Homeland”, który emitowany na TVP1 gromadził przed telewizorami średnio jedynie pół miliona widzów. Podobnie było z wielokrotnie nagradzanym i kultowym serialem „Breaking Bad”, który na antenie Polsatu przyciągał średnio osiemset tysięcy widzów przed telewizory. 

Świadoma tego problemu jest także Nina Tarantiew, dyrektor programowa Polsatu, która w wywiadzie dla Gazety.pl zinterpretowała to zjawisko jako „ zmęczenie widzów serialami”  i w związku z tym zastąpiła je takimi programami rozrywkowymi owe jak „Hell’s Kitchen” „Twoja twarz brzmi znajomo” czy „Taniec z gwiazdami”.  

Jednak widzowie nadal chcą oglądać seriale, ale nie z poślizgiem czasowym w telewizji, ale tuż po premierze w internecie. Jak zauważa Dawid Rydzek, oglądalność spada nie tylko w Polsce.  Z roku na rok coraz mniej osób na świecie ogląda telewizję. W USA jeszcze 15 lat temu wyniki oglądalności rzędu 20-30 mln były na porządku dziennym, dziś nawet otarcie się o 20 mln widzów jest niewyobrażalnym sukcesem i ma na to szansę zaledwie kilka tytułów. 

W rozmowie z inwestorami, zarząd Netflixa zapowiedział, że na 2014 rok planowane jest dalsze podbijanie Ameryki oraz kolejnych krajów Europy. Póki, co Polska nie jest wymieniana wśród tych krajów, jednak Rydzek odwołując się, do informacji o tym, że Netflix ma wejść na francuski i niemiecki rynek jesienią tego roku, prognozuje, że u nas pojawi się za trzy lata. Profesor Grzegorz Mazurek z Akademii Leona Koźmińskiego oraz Michał Gembicki, prezes zarządu CDP.PL – platformy zajmującej się cyfrową dystrybucją są zgodni, że gigant przy wchodzeniu na polski rynek może przeżyć „syndrom eBaya”. Amerykański gigant przeliczył się, rodzime Allegro z łatwością podebrało mu klientów.  - W psychozie oczekiwania na wejście Netflixa widzę pewne podobieństwo do sytuacji związanej z pojawieniem się na polskim rynku sieci Dixons (Electro World), czy serwisu eBay. W obu przypadkach również wieszczono nieuchronną śmierć lokalnych konkurentów, a ostatecznie okazało się, że specyfika rynku i polscy klienci zaskoczyli analityków i wszystkich proroków – komentuje Gembicki. Profesor Mazurek dodaje także, że klienci w tym momencie mają dostęp do podobnych usług (jak Ipla, VOD.PL, TVN Player, HBO GO czy CDP.PL) a do tego wciąż korzystają z nielegalnych źródeł pozyskiwania seriali. W wyżej wymienionych usługach, są one elementem oferty, jednak nie wiodącym, zaś filmy i seriale często bywają drugiej świeżości – oferowane produkcje można by bardziej sklasyfikować w kategoriach kultowych, zaś seriale emitowane są wiele miesięcy później po amerykańskich premierach. Przykładowo: TVN Player z czteroletnim opóźnieniem udostępnia odcinki serialu „Agenci NCIS”. Wyjątkiem jest HBO GO, w którym dzień po amerykańskiej premierze z polskim tłumaczeniem, widzowie mogą oglądać takie produkcje jak „Detektywi” czy „Gra o tron”. Niestety, obecne formaty usług video on demand dostępne w Polsce są na tyle zróżnicowane, że aż prosi się to aby zebrać je w jedno miejsce; brakuje jednego serwisu, który scalałby usługi ze wszystkich wyżej wymienionych w jedną ofertę dostępną za stałą opłatą.  

Dawid Rydzek twierdzi jednak, że na polskim rynku, póki co nie ma konkurencji dla Netflixa, dodając, że jego pozycja z roku na rok na świecie jest coraz mocniejsza. – Jeszcze dwa lata temu miał tylko "House of Cards", dzisiaj do tego dochodzi równie popularne "Orange Is the New Black", a także szereg nowych i filmów. Jak z tym mają walczyć polscy dostawcy VOD? Oczywiście znajdzie się dla kilku obecnych pewna nisza, ale największy kawałek tortu zagarnie Netflix – podsumowuje. 

Jedno jest pewne. Polska dystrybucja seriali powoli wzorem krajów zachodnich zaczyna przechodzić nieuchronne przemiany. Coraz częściej oglądamy seriale w internecie, zaś najwięksi włodarze telewizyjni zaczynają to coraz szybciej dostrzegać, starając się dopasować swoją ofertę do bieżących potrzeb, choć wydaje się, że w niewystarczający sposób. Polskie usługi video on demand wciąż są zbyt opóźnione w stosunku do zagranicznych i rozbite na zbyt wiele serwisów, co pociąga za sobą relatywnie duże koszty dla przeciętnego widza. Polsce przydałby się gigant na miarę Netflixa, jednak póki nie wejdzie on na nasz rynek, pozostałe usługi mogą znacznie się rozwinąć. Pewne jest jednak, że w każdej z tych możliwości zyska przede wszystkim widz.
 0

Czytaj także