2007-11-05 12:55
Bogactwo to nie grzech
REKLAMA
Tygodnik "Wprost" pierwszy zmiótł tabu powstałe wokół zamożności i
ludzi przedsiębiorczych, zwanych niegdyś pogardliwie "badylarzami".
"Bogaćcie się! Bogaci to sól ziemi!" - rzuciliśmy hasło, publikując w
1985 r. listę 10 najbogatszych rodaków. Lista, szeroko komentowana,
wywołała oburzenie "aktywu robotniczego i partyjnego", przeciwnego
"sprzyjaniu burżuazji". W 1989 r. przedstawiliśmy już listę 25
najbogatszych, która z upływem lat rozrosła się w ranking setki
najmajętniejszych Polaków. Mitom o "jednakowych żołądkach",
pseudoprawdom o "ludziach ciężkiej, robotniczej pracy"
przeciwstawialiśmy wizerunek biznesmenów oraz przebojowych menedżerów.
Utyskiwania na rzekomo wyniszczający "dziki kapitalizm" kontrowaliśmy
informacjami o tym, że Polacy pod wpływem mechanizmów wolnego rynku nie
tylko wkraczają w świat ekonomicznej normalności, lecz również bardziej
dbają o zdrowie i racjonalne żywienie ("Doktor rynek", maj 1998 r.).
Modne pojękiwania o "straconym pokoleniu" opatrywaliśmy sylwetkami
trzydziestolatków, którzy już teraz zmieniają oblicze polskiego biznesu
("Młode wilki", marzec 1999 r.). Przyczyniając się do strącenia z
piedestału klasy robotniczej, zaatakowaliśmy również nadal
powszechniany kult misyjnej roli inteligencji. Tygodnik dowodził, że
Polsce nie potrzeba wymachujących kagankiem oświaty Mesjaszy, lecz
fachowców od kierowania firmami i państwem ("Umierająca klasa",
listopad 1998 r.).
Wrogie państwo opiekuńcze
Przełamując tabu na temat grzechu bogactwa, "Wprost" nie popadł
jednak w dogmat propagandy sukcesu. Ostrzegaliśmy przed zjawiskami
społecznymi ogącymi zagrozić demokracji, wskazywaliśmy na choroby
trapiące III RP - bez względu na to, kto nią rządził. To na łamach
"Wprost" prof. Wacław Wilczyński wylansował pojęcie wrogiego państwa
opiekuńczego; państwa, które budzi wrogość swoją nieudolnością,
korupcją, a nade wszystko niespełnianiem oszukańczych obietnic
składanych przez polityków. Przyzwyczajonych do stałego wzrostu
gospodarczego czytelników i polityków wytrąciliśmy z błogostanu
ostrzeżeniem, że Polsce grozi zapaść finansów publicznych ("Stan
przedzawałowy", październik 2000 r.). Jako antidotum na zawał na łamach
tygodnika we wrześniu ubiegłego roku pojawił się "Plan Wilczyńskiego" -
projekt radykalnej, bolesnej operacji uzdrawiającej państwo i
gospodarkę. Wielokrotnie wskazując na korzyści płynące z integracji
Polski z Unią Europejską, równocześnie złamaliśmy tabu pielęgnowane
przez euroentuzjastów i zaskoczyliśmy czytelników stwierdzeniem, że
wrogie państwo opiekuńcze doskonale komponuje się z modelem państwa
socjalnego, którego rak zżera Europę Zachodnią ("Europa na zasiłku",
luty 1999 r.). Odkryliśmy polską odmianę tego nowotworu, którego
przejawami były popegeerowskie osiedla, bezrobotne miasteczka,
zapuszczone blokowiska. Ostrzegaliśmy, że może w nich wybuchnąć bunt
odrzuconych ("Polskie fawele", kwiecień 2001 r.). A kiedy bunt
zaowocował wyborczym zwycięstwem Samoobrony, odrzuciliśmy modną wśród
elit pogardę, objawiającą się w rozważaniach, czy należy "chama
zapraszać na salony". Wskazaliśmy, że siła Andrzeja Leppera wynika ze
słabości zbiurokratyzowanego, tłumiącego wolny rynek państwa, przeciwko
któremu buntują się już także liczni drobni przedsiębiorcy ("Będzie
Lepper", grudzień 2001 r.).
Kultura lenistwa
Burzyliśmy też mity zakłamujące polską demokrację. Z jednej strony,
artykułem "Sitwokracja" łamaliśmy zmowę milczenia wokół
mitologizowanego samorządu, który w obecnym kształcie sprzyja łupieniu
lokalnych społeczności przez skorumpowane polityczno-urzędnicze kliki.
Z drugiej strony, opisaliśmy tych, którzy idealizując demokrację,
wybrzydzali na klasę polityczną i rozpaczali z powodu ujawniania afer,
choć właśnie rozliczanie aferzystów świadczy o sile demokracji ("Tak
kwitnie demokracja!"). Zanim oskarży się polityków, warto się uderzyć
we własne piersi - przekonywaliśmy. Zakłóciliśmy dobre samopoczucie
rodaków, udowadniając, że wielu z nich - bez względu na profesję i
wykształcenie - kultywuje kulturę lenistwa i nieróbstwa ("Bezrobotny
styl życia", październik 2001 r.). Zanegowaliśmy nadal żywy mit hut,
fabryk, kopalń i "wydajności z hektara" - czynników rzekomo
decydujących o bogactwie narodów. Kapitałem w globalizującym się
świecie jest ludzki rozum. Tymczasem - dowodziliśmy - polskie
szkolnictwo jest chore, nauczyciele są niedouczeni, a większość
obywateli to wtórni analfabeci ("Cywilizacja analfabetów", grudzień
2000 r.). Dlatego - zachęcaliśmy - należy przełamać tabu świętości
polskiej pisowni i usunąć z niej zbędne, odgradzające nas od świata
naleciałości ("Jenzyk polski", czerwiec 2001 r.).
Legalna prostytucja
Tradycjonalistów tradycyjnie irytowaliśmy też obalaniem mitu o
wyższości rodzimego drobnego handlu nad hipermarketami i stwierdzeniem,
że walka z nimi jest walką z konsumentami ("Hiperiluzje kontra
hipermarkety", grudzień 2001 r.). Gotowaliśmy też im krew w żyłach
przełamywaniem tabu obyczajowych. W styczniu 1991 r. namawialiśmy do
skończenia z hipokryzją i zalegalizowania domów publicznych ("Konserwa
w kodeksie"). Dziewięć lat później ujawniliśmy, że wskutek utrzymywania
hipokryzji 200 tys. prostytutek zapewnia światu przestępczemu obroty w
wysokości 20 mld zł rocznie! ("Seksbiznes", wrzesień 2000 r.).
Opisaliśmy też zmowę milczenia wokół plagi kazirodztwa, obalając mit
rodziny - ostoi polskiego narodu ("Hańba domowa", październik 2000 r.).
Wprost, czyli pod prąd
"Wprost" łamał przyjęte konwenanse nie tylko w treści, lecz również w formie.
Był pierwszym w Polsce popularnym tygodnikiem wydawanym w formacie, który dziś
uchodzi za powszechnie obowiązujący. Był też pierwszym, który dla podkreślenia
wagi tematu nie bał się szokować odbiorcy. Opis morderczego zanieczyszczenia
polskiego powietrza zilustrowaliśmy okładką, na której widniała Matka Boska
z maską przeciwgazową na twarzy. Okazało się, że wielu obraz ten przesłonił
treść - oburzenie formą okazało się ważniejsze od zastanowienia się nad przesłaniem.
Przełamaliśmy wreszcie przejętą z PRL konwencję, wedle której prasowy tytuł
musi mieć linię polityczną. Krytykując na przemian lewicę i prawicę, przyznając
tytuł Człowiek Roku m.in. Leszkowi Balcerowiczowi, Lechowi Wałęsie, Aleksandrowi
Kwaśniewskiemu, Jerzemu Buzkowi i Leszkowi Millerowi, dezorientowaliśmy wszystkich,
którzy są przyzwyczajeni do świata pism partyjnych. Tabułamacz "Wprost" jest
wciąż pod parą.
Bogusław Mazur
Tabułamacz Wprost
2007-11-05 12:55
Bogactwo to nie grzech
Tygodnik "Wprost" pierwszy zmiótł tabu powstałe wokół zamożności i
ludzi przedsiębiorczych, zwanych niegdyś pogardliwie "badylarzami".
"Bogaćcie się! Bogaci to sól ziemi!" - rzuciliśmy hasło, publikując w
1985 r. listę 10 najbogatszych rodaków. Lista, szeroko komentowana,
wywołała oburzenie "aktywu robotniczego i partyjnego", przeciwnego
"sprzyjaniu burżuazji". W 1989 r. przedstawiliśmy już listę 25
najbogatszych, która z upływem lat rozrosła się w ranking setki
najmajętniejszych Polaków. Mitom o "jednakowych żołądkach",
pseudoprawdom o "ludziach ciężkiej, robotniczej pracy"
przeciwstawialiśmy wizerunek biznesmenów oraz przebojowych menedżerów.
Utyskiwania na rzekomo wyniszczający "dziki kapitalizm" kontrowaliśmy
informacjami o tym, że Polacy pod wpływem mechanizmów wolnego rynku nie
tylko wkraczają w świat ekonomicznej normalności, lecz również bardziej
dbają o zdrowie i racjonalne żywienie ("Doktor rynek", maj 1998 r.).
Modne pojękiwania o "straconym pokoleniu" opatrywaliśmy sylwetkami
trzydziestolatków, którzy już teraz zmieniają oblicze polskiego biznesu
("Młode wilki", marzec 1999 r.). Przyczyniając się do strącenia z
piedestału klasy robotniczej, zaatakowaliśmy również nadal
powszechniany kult misyjnej roli inteligencji. Tygodnik dowodził, że
Polsce nie potrzeba wymachujących kagankiem oświaty Mesjaszy, lecz
fachowców od kierowania firmami i państwem ("Umierająca klasa",
listopad 1998 r.).
Wrogie państwo opiekuńcze
Przełamując tabu na temat grzechu bogactwa, "Wprost" nie popadł
jednak w dogmat propagandy sukcesu. Ostrzegaliśmy przed zjawiskami
społecznymi ogącymi zagrozić demokracji, wskazywaliśmy na choroby
trapiące III RP - bez względu na to, kto nią rządził. To na łamach
"Wprost" prof. Wacław Wilczyński wylansował pojęcie wrogiego państwa
opiekuńczego; państwa, które budzi wrogość swoją nieudolnością,
korupcją, a nade wszystko niespełnianiem oszukańczych obietnic
składanych przez polityków. Przyzwyczajonych do stałego wzrostu
gospodarczego czytelników i polityków wytrąciliśmy z błogostanu
ostrzeżeniem, że Polsce grozi zapaść finansów publicznych ("Stan
przedzawałowy", październik 2000 r.). Jako antidotum na zawał na łamach
tygodnika we wrześniu ubiegłego roku pojawił się "Plan Wilczyńskiego" -
projekt radykalnej, bolesnej operacji uzdrawiającej państwo i
gospodarkę. Wielokrotnie wskazując na korzyści płynące z integracji
Polski z Unią Europejską, równocześnie złamaliśmy tabu pielęgnowane
przez euroentuzjastów i zaskoczyliśmy czytelników stwierdzeniem, że
wrogie państwo opiekuńcze doskonale komponuje się z modelem państwa
socjalnego, którego rak zżera Europę Zachodnią ("Europa na zasiłku",
luty 1999 r.). Odkryliśmy polską odmianę tego nowotworu, którego
przejawami były popegeerowskie osiedla, bezrobotne miasteczka,
zapuszczone blokowiska. Ostrzegaliśmy, że może w nich wybuchnąć bunt
odrzuconych ("Polskie fawele", kwiecień 2001 r.). A kiedy bunt
zaowocował wyborczym zwycięstwem Samoobrony, odrzuciliśmy modną wśród
elit pogardę, objawiającą się w rozważaniach, czy należy "chama
zapraszać na salony". Wskazaliśmy, że siła Andrzeja Leppera wynika ze
słabości zbiurokratyzowanego, tłumiącego wolny rynek państwa, przeciwko
któremu buntują się już także liczni drobni przedsiębiorcy ("Będzie
Lepper", grudzień 2001 r.).
Kultura lenistwa
Burzyliśmy też mity zakłamujące polską demokrację. Z jednej strony,
artykułem "Sitwokracja" łamaliśmy zmowę milczenia wokół
mitologizowanego samorządu, który w obecnym kształcie sprzyja łupieniu
lokalnych społeczności przez skorumpowane polityczno-urzędnicze kliki.
Z drugiej strony, opisaliśmy tych, którzy idealizując demokrację,
wybrzydzali na klasę polityczną i rozpaczali z powodu ujawniania afer,
choć właśnie rozliczanie aferzystów świadczy o sile demokracji ("Tak
kwitnie demokracja!"). Zanim oskarży się polityków, warto się uderzyć
we własne piersi - przekonywaliśmy. Zakłóciliśmy dobre samopoczucie
rodaków, udowadniając, że wielu z nich - bez względu na profesję i
wykształcenie - kultywuje kulturę lenistwa i nieróbstwa ("Bezrobotny
styl życia", październik 2001 r.). Zanegowaliśmy nadal żywy mit hut,
fabryk, kopalń i "wydajności z hektara" - czynników rzekomo
decydujących o bogactwie narodów. Kapitałem w globalizującym się
świecie jest ludzki rozum. Tymczasem - dowodziliśmy - polskie
szkolnictwo jest chore, nauczyciele są niedouczeni, a większość
obywateli to wtórni analfabeci ("Cywilizacja analfabetów", grudzień
2000 r.). Dlatego - zachęcaliśmy - należy przełamać tabu świętości
polskiej pisowni i usunąć z niej zbędne, odgradzające nas od świata
naleciałości ("Jenzyk polski", czerwiec 2001 r.).
Legalna prostytucja
Tradycjonalistów tradycyjnie irytowaliśmy też obalaniem mitu o
wyższości rodzimego drobnego handlu nad hipermarketami i stwierdzeniem,
że walka z nimi jest walką z konsumentami ("Hiperiluzje kontra
hipermarkety", grudzień 2001 r.). Gotowaliśmy też im krew w żyłach
przełamywaniem tabu obyczajowych. W styczniu 1991 r. namawialiśmy do
skończenia z hipokryzją i zalegalizowania domów publicznych ("Konserwa
w kodeksie"). Dziewięć lat później ujawniliśmy, że wskutek utrzymywania
hipokryzji 200 tys. prostytutek zapewnia światu przestępczemu obroty w
wysokości 20 mld zł rocznie! ("Seksbiznes", wrzesień 2000 r.).
Opisaliśmy też zmowę milczenia wokół plagi kazirodztwa, obalając mit
rodziny - ostoi polskiego narodu ("Hańba domowa", październik 2000 r.).
Wprost, czyli pod prąd
"Wprost" łamał przyjęte konwenanse nie tylko w treści, lecz również w formie.
Był pierwszym w Polsce popularnym tygodnikiem wydawanym w formacie, który dziś
uchodzi za powszechnie obowiązujący. Był też pierwszym, który dla podkreślenia
wagi tematu nie bał się szokować odbiorcy. Opis morderczego zanieczyszczenia
polskiego powietrza zilustrowaliśmy okładką, na której widniała Matka Boska
z maską przeciwgazową na twarzy. Okazało się, że wielu obraz ten przesłonił
treść - oburzenie formą okazało się ważniejsze od zastanowienia się nad
przesłaniem.
Przełamaliśmy wreszcie przejętą z PRL konwencję, wedle której prasowy tytuł
musi mieć linię polityczną. Krytykując na przemian lewicę i prawicę,
przyznając
tytuł Człowiek Roku m.in. Leszkowi Balcerowiczowi, Lechowi Wałęsie,
Aleksandrowi
Kwaśniewskiemu, Jerzemu Buzkowi i Leszkowi Millerowi, dezorientowaliśmy
wszystkich,
którzy są przyzwyczajeni do świata pism partyjnych. Tabułamacz "Wprost" jest
wciąż pod parą.
Bogusław Mazur
|
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
|