Jest już zupełnie jasne, że walka wyborcza rozegra się pomiędzy dwoma kandydatami, Jarosławem Kaczyńskim ze strony Prawa i Sprawiedliwości i Bronisławem Komorowskim ze strony Platformy Obywatelskiej. Pozostali kandydaci, jeżeli osiągną w pierwszej rundzie wynik ponad 10 proc. - będą mogli sobie to poczytać za sukces. Jeżeli oczywiście wejdą do gry, ponieważ dochodzą sygnały, że Andrzej Olechowski ma poważne problemy z zebraniem koniecznych do startu stu tysięcy podpisów na listach wyborczych.
REKLAMA
Bronisław Komorowski swoją kampanię prowadzi od dawna. Prawybory w PO były właśnie taką kampanią prowadzoną w tradycyjnym stylu - media, wywiady, spotkania, aktywizacja zaplecza politycznego. Teraz już nie musi. Wypadek pod Smoleńskiem jest dla niego cezurą, która ustawiła go na prostej drodze do prezydentury. On w świadomości społecznej już pełni funkcję prezydenta, nie musi wiele robić, aby tylko "dowieźć" swoje poparcie społeczne do wyborów - a te mogą się skończyć już w pierwszej rundzie, ponieważ niektóre sondaże dają mu ponad 50 proc. poparcia. Podkreśleniem pozycji "prezydenckiej" Komorowskiego był jego wywiad dla TVN24, zrealizowany na Zamku Królewskim. Nazbyt dosłowne - ale z punktu widzenia politycznego PR, działanie skuteczne. Można mówić, że Komorowski jest politykiem drugiego planu i że brak mu charyzmy, ale teraz właśnie ktoś taki, po okresie konfliktowej prezydentury Lecha Kaczyńskiego (i w perspektywie jeszcze ostrzejszej prezydentury jego brata, Jarosława) jest dla większości wyborców lepszym wyborem - dla wielu mniejszym złem.
Jarosław Kaczyński kampanię rozpoczął też już dawno. W dniu, kiedy jego otoczenie uznało, że miejscem pochówku brata, tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego będą krypty Wawelu. Można się zżymać na taką interpretację, ale w kontekście dalszych jego decyzji, w tym również wydania oświadczenia, 26 kwietnia, o kandydowaniu na urząd Prezydenta RP, gdzie odwołuje się do spuścizny brata, tak to właśnie wygląda.
Kaczyński podjął się trudu walki politycznej, pomimo osobistej tragedii rodzinnej i żałoby, może to budzić szacunek, ale nie oznacza, że należy wobec niego stosować taryfę ulgową. Jest kandydatem na prezydenta, w związku z tym powinien podlegać takim samym regułom, jak inni startujący w wyścigu. To są pytania o jego wizję działania na najwyższym stanowisku w państwie, o cele polityczne, to również rozliczenie prezydentury jego brata, Lecha. Nie ma tu zastosowania przyjęta w Polsce norma, że o zmarłych mówimy dobrze albo wcale. O Lechu Kaczyńskim należy mówić tak, jak na to zasłużył, jak oceniają go jego zwolennicy i przeciwnicy.
Przez pewien czas można było odnieść wrażenie, że polityczne otoczenie Jarosława Kaczyńskiego kusi, aby kampanię wyborczą poprowadzić w stylu "żałobnym", gdzie współczucie dla niego po śmierci brata, Ojca Narodu, da się łatwo ekstrapolować na wynik wyborczy. Zabrano się jednak za to z małą subtelnością, medialni "cyngle" PiS-u nie grzeszą umiejętnością oceny postaw i nastrojów społecznych. I to co mogło być silnym przesłaniem, po materiałach drukowanych w "Rzeczpospolitej", czy filmie Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego "Solidarni 2010", stało się obciążeniem. Żałoba w tej kampanii już się "nie sprzedaje".
Przyjęto więc inną strategię; Jarosław Kaczyński nie pokazuje się w mediach i nie zamierza tego czynić w najbliższym czasie. Szefowa jego kampanii, Joanna Kluzik-Rostkowska obiecuje, że pokaże się w drugiej połowie maja. To nawiązanie do znanej polityki Prawa i Sprawiedliwości, której żelaznym założeniem było to, że im mniej szefa PiS w mediach, tym notowania jego partii lepsze. Tylko, jak w związku z tym poznać jego poglądy na prezydenturę? Próbowano wciągnąć córkę zmarłej pary prezydenckiej, Martę Dubieniecką, ale było to za dużo, chyba nawet dla samego Jarosława Kaczyńskiego. Ciekawe, ale przedstawia się ją jako Martę Kaczyńską, choć już od kilku lat nosi po drugim mężu nazwisko Dubieniecka. Należy się spodziewać, że do wsparcia Jarosława Kaczyńskiego wkrótce przyłączy się część hierarchii kościelnej i środowisko Radia Maryja, ale nie przeceniałbym tych zjawisk.
Kaczyński w ciągu tych kilku tygodni nie zmieni ani swojego wizerunku politycznego, ani programu. Nie uczynił tego przez ostanie 3 lata, od czasu porażki w wyborach parlamentarnych, nie zrobi tego również teraz. Oznacza to, że nie ma żadnych propozycji i argumentów, aby przekonać do siebie elektorat negatywny, który stale oscyluje wokół 60 proc. "Pomagają" mu w tym prawicowi publicyści: Ziemkiewicz, Krasnodębski, Rymkiewicz, czy wspomniany Pospieszalski, którzy przez ostatnie kilka tygodni zrobili wszystko, aby utwierdzić niechętnych Jarosławowi Kaczyńskiemu, że podział MY - ONI, dychotomia społeczna IV RP, jest dalej aktualny. I tak żelazny elektorat braci Kaczyńskich będzie głosował na Jarosława, ale elektorat liberalny, oraz ten niezdecydowany nie odda głosu na niego. Jarosław Kaczyński nie ma programu dla wyborców z centrum sceny politycznej, a tak chętnie akcentowana przez nowego spin doktora PiS-u, profesor Jadwigę Staniszkis jego charyzma, jest dla większości pamiętających lata 2005-2007 zapowiedzią konfliktów i niepokojów. Jarosław Kaczyński nie jest postrzegany jako polityk z pozytywnym przesłaniem.
Tli się pod powierzchnią życia medialnego chęć wykorzystania w kampanii haków. Zamieszanie wokół podpisu pod nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej jest odczytywane przez niektórych jako chęć wykorzystania jego zasobów do walki politycznej. Komorowski jest oskarżany o zbytnie sprzyjanie byłym służbom specjalnym (WSI), szuka się na niego materiałów, mówi się o aneksie raportu Antoniego Macierewicza. Na Kaczyńskiego miałoby się coś znaleźć w zbiorze zastrzeżonym IPN. Nie sądzę jednak, aby ktoś posunął się do takich metod. Może dalekie zaplecze, "tabory" polityczne wysuną różnego rodzaju oskarżenia, ale zostanie to potraktowane to jako folklor kampanii.
Nie wiemy jak kampania będzie wyglądał medialnie. Brak, jak do tej pory, spotów telewizyjnych, debat, wyjazdów i spotkań z wyborcami stawia przed mediami trudne zadanie. Może się okazać, że kampania będzie się rozgrywała głównie w Sejmie, który przecież będzie pracować normalnie.
Ale może się również okazać, że kampania będzie naznaczona zupełnie czymś innym. Może się tak zdarzyć, że jej osnową będzie sprawa przyczyn - a przede wszystkim winnych - katastrofy samolotu TU-154M pod Smoleńskiem. Jeżeli tak by się stało - byłby to poważny test dla polskiej klasy politycznej. Dla polskiej młodej demokracji.
Bez taryfy ulgowej
2010-05-04 11:44
Jest już zupełnie jasne, że walka wyborcza rozegra się
pomiędzy dwoma kandydatami, Jarosławem Kaczyńskim ze strony Prawa i
Sprawiedliwości i Bronisławem Komorowskim ze strony Platformy Obywatelskiej.
Pozostali kandydaci, jeżeli osiągną w pierwszej rundzie wynik ponad 10 proc. -
będą mogli sobie to poczytać za sukces. Jeżeli oczywiście wejdą do gry, ponieważ
dochodzą sygnały, że Andrzej Olechowski ma poważne problemy z zebraniem
koniecznych do startu stu tysięcy podpisów na listach wyborczych.
Bronisław Komorowski swoją kampanię prowadzi od dawna. Prawybory w PO były
właśnie taką kampanią prowadzoną w tradycyjnym stylu - media, wywiady,
spotkania, aktywizacja zaplecza politycznego. Teraz już nie musi. Wypadek pod
Smoleńskiem jest dla niego cezurą, która ustawiła go na prostej drodze do
prezydentury. On w świadomości społecznej już pełni funkcję prezydenta, nie musi
wiele robić, aby tylko "dowieźć" swoje poparcie społeczne do wyborów -
a te mogą się skończyć już w pierwszej rundzie, ponieważ niektóre sondaże dają
mu ponad 50 proc. poparcia. Podkreśleniem pozycji "prezydenckiej"
Komorowskiego był jego wywiad dla TVN24, zrealizowany na Zamku Królewskim.
Nazbyt dosłowne - ale z punktu widzenia politycznego PR, działanie skuteczne.
Można mówić, że Komorowski jest politykiem drugiego planu i że brak mu charyzmy,
ale teraz właśnie ktoś taki, po okresie konfliktowej prezydentury Lecha
Kaczyńskiego (i w perspektywie jeszcze ostrzejszej prezydentury jego brata,
Jarosława) jest dla większości wyborców lepszym wyborem - dla wielu mniejszym
złem.
Jarosław Kaczyński kampanię rozpoczął też już dawno. W dniu,
kiedy jego otoczenie uznało, że miejscem pochówku brata, tragicznie zmarłego
prezydenta Lecha Kaczyńskiego będą krypty Wawelu. Można się zżymać na taką
interpretację, ale w kontekście dalszych jego decyzji, w tym również wydania
oświadczenia, 26 kwietnia, o kandydowaniu na urząd Prezydenta RP, gdzie odwołuje
się do spuścizny brata, tak to właśnie wygląda.
Kaczyński podjął się
trudu walki politycznej, pomimo osobistej tragedii rodzinnej i żałoby, może to
budzić szacunek, ale nie oznacza, że należy wobec niego stosować taryfę ulgową.
Jest kandydatem na prezydenta, w związku z tym powinien podlegać takim samym
regułom, jak inni startujący w wyścigu. To są pytania o jego wizję działania na
najwyższym stanowisku w państwie, o cele polityczne, to również rozliczenie
prezydentury jego brata, Lecha. Nie ma tu zastosowania przyjęta w Polsce norma,
że o zmarłych mówimy dobrze albo wcale. O Lechu Kaczyńskim należy mówić tak, jak
na to zasłużył, jak oceniają go jego zwolennicy i przeciwnicy.
Przez
pewien czas można było odnieść wrażenie, że polityczne otoczenie Jarosława
Kaczyńskiego kusi, aby kampanię wyborczą poprowadzić w stylu
"żałobnym", gdzie współczucie dla niego po śmierci brata, Ojca Narodu,
da się łatwo ekstrapolować na wynik wyborczy. Zabrano się jednak za to z małą
subtelnością, medialni "cyngle" PiS-u nie grzeszą umiejętnością oceny
postaw i nastrojów społecznych. I to co mogło być silnym przesłaniem, po
materiałach drukowanych w "Rzeczpospolitej", czy filmie Ewy
Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego "Solidarni 2010", stało się
obciążeniem. Żałoba w tej kampanii już się "nie sprzedaje".
Przyjęto więc inną strategię; Jarosław Kaczyński nie pokazuje się w mediach i
nie zamierza tego czynić w najbliższym czasie. Szefowa jego kampanii, Joanna
Kluzik-Rostkowska obiecuje, że pokaże się w drugiej połowie maja. To nawiązanie
do znanej polityki Prawa i Sprawiedliwości, której żelaznym założeniem było to,
że im mniej szefa PiS w mediach, tym notowania jego partii lepsze. Tylko, jak w
związku z tym poznać jego poglądy na prezydenturę? Próbowano wciągnąć córkę
zmarłej pary prezydenckiej, Martę Dubieniecką, ale było to za dużo, chyba nawet
dla samego Jarosława Kaczyńskiego. Ciekawe, ale przedstawia się ją jako Martę
Kaczyńską, choć już od kilku lat nosi po drugim mężu nazwisko Dubieniecka.
Należy się spodziewać, że do wsparcia Jarosława Kaczyńskiego wkrótce przyłączy
się część hierarchii kościelnej i środowisko Radia Maryja, ale nie przeceniałbym
tych zjawisk.
Kaczyński w ciągu tych kilku tygodni nie zmieni ani
swojego wizerunku politycznego, ani programu. Nie uczynił tego przez ostanie 3
lata, od czasu porażki w wyborach parlamentarnych, nie zrobi tego również teraz.
Oznacza to, że nie ma żadnych propozycji i argumentów, aby przekonać do siebie
elektorat negatywny, który stale oscyluje wokół 60 proc. "Pomagają" mu
w tym prawicowi publicyści: Ziemkiewicz, Krasnodębski, Rymkiewicz, czy
wspomniany Pospieszalski, którzy przez ostatnie kilka tygodni zrobili wszystko,
aby utwierdzić niechętnych Jarosławowi Kaczyńskiemu, że podział MY - ONI,
dychotomia społeczna IV RP, jest dalej aktualny. I tak żelazny elektorat braci
Kaczyńskich będzie głosował na Jarosława, ale elektorat liberalny, oraz ten
niezdecydowany nie odda głosu na niego. Jarosław Kaczyński nie ma programu dla
wyborców z centrum sceny politycznej, a tak chętnie akcentowana przez nowego
spin doktora PiS-u, profesor Jadwigę Staniszkis jego charyzma, jest dla
większości pamiętających lata 2005-2007 zapowiedzią konfliktów i niepokojów.
Jarosław Kaczyński nie jest postrzegany jako polityk z pozytywnym
przesłaniem.
Tli się pod powierzchnią życia medialnego chęć
wykorzystania w kampanii haków. Zamieszanie wokół podpisu pod nowelizacją ustawy
o Instytucie Pamięci Narodowej jest odczytywane przez niektórych jako chęć
wykorzystania jego zasobów do walki politycznej. Komorowski jest oskarżany o
zbytnie sprzyjanie byłym służbom specjalnym (WSI), szuka się na niego
materiałów, mówi się o aneksie raportu Antoniego Macierewicza. Na Kaczyńskiego
miałoby się coś znaleźć w zbiorze zastrzeżonym IPN. Nie sądzę jednak, aby ktoś
posunął się do takich metod. Może dalekie zaplecze, "tabory"
polityczne wysuną różnego rodzaju oskarżenia, ale zostanie to potraktowane to
jako folklor kampanii.
Nie wiemy jak kampania będzie wyglądał
medialnie. Brak, jak do tej pory, spotów telewizyjnych, debat, wyjazdów i
spotkań z wyborcami stawia przed mediami trudne zadanie. Może się okazać, że
kampania będzie się rozgrywała głównie w Sejmie, który przecież będzie pracować
normalnie.
Ale może się również okazać, że kampania będzie naznaczona
zupełnie czymś innym. Może się tak zdarzyć, że jej osnową będzie sprawa przyczyn
- a przede wszystkim winnych - katastrofy samolotu TU-154M pod Smoleńskiem.
Jeżeli tak by się stało - byłby to poważny test dla polskiej klasy politycznej.
Dla polskiej młodej demokracji.