ACTA to nic innego, jak międzynarodowa umowa handlowa o zwalczaniu obrotu podróbkami, mająca na celu obronę praw majątkowych i autorskich. Dotyczy to, rzecz jasna, dystrybucji utworów w sieci, ale warto pamiętać, że regulacje wprowadzane w ramach ACTA nie ograniczają się li tylko do internetu. Fakt – to właśnie możliwe ograniczenie sieciowej dystrybucji utworów i poddanie jej kontroli (szczególnie jeśli chodzi o strony, portale, etc.) budzi największe kontrowersje. Internauci boją się, że kryje się za tym próba ograniczenia praw użytkowników globalnej sieci – innymi słowy cenzura.
REKLAMA
Czy są to obawy uzasadnione? Tak - ale nie wynika to z zapisów ACTA. Jeżeli się prześledzi tę stosunkową krótką umowę handlową, widać wyraźnie, że dopiero wprowadzenie regulacji krajowych, lub skorzystanie z już obowiązującego prawa o ochronie praw autorskich, czy znaków towarowych, może doprowadzić do ograniczenia praw dostępu do treści internetowych. Jeśli pozwolimy mówić faktom, to okaże się, że blokowanie dostępu do treści, blokowanie i usuwanie stron, czy nawet odcinanie internautów od sieci, nie wynika wprost z przepisów zawartych w ACTA.
Prace nad ACTA trwają od 2006 roku – i od samego początku są to prace poufne. I to jest podstawowy problem. Tak naprawdę do końca nie wiadomo, kto stoi za treścią umowy. Nie jest jasne, czy jej zapisy to efekt ustaleń rządowych, czy może propozycji ekspertów. Nie wiadomo też do końca jaki był tryb procedowania i przyjęcia tego dokumentu (także na szczeblu unijnym). Nic dziwnego, że pojawiają się podejrzenia, iż jest to autokratyczna, czy może nawet totalitarna próba ograniczenia demokracji w internecie. To niewątpliwie politycy odpowiadają dziś za to, że umowa traktowana jest jako zamach na wolność słowa. Obawy polskich internautów potęguje fakt, że mają oni w pamięci zamieszanie związane z próbą wprowadzenia Rejestru Usług i Stron Niedozwolonych i dyrektywy audiowizualnej, które miały wprowadzić obowiązek rejestracji serwisów i filmów udostępnianych w internecie.
Gdybyśmy jednak na całą sprawę spojrzeli spokojniej dostrzeglibyśmy, że skoro zakładamy, iż w demokracji prawo własności jest święte, to również prawo twórców do ochrony swoich praw intelektualnych i majątkowych nie powinno podlegać dyskusji. Dotyczy to zarówno twórców indywidualnych, którzy są permanentnie okradani w sieci przez nielegalną dystrybucję wytworzonych przez nich wartości, jak i korporacji, które te prawa nabyły. Problemem jest jedynie zachowanie równowagi pomiędzy prawem autorów i prawem dostępu do treści.
Traktowanie ACTA jako zmowy przeciwko obywatelom (w takim tonie wypowiada się m.in. Jacek Żakowski) jest przesadą. ACTA to w istocie wyłącznie próba zablokowania bezprawnej redystrybucji treści przez tych, którzy nie mają absolutnie żadnych praw do wartości materialnych i intelektualnych twórców. Mogę zrozumieć Żakowskiego, który opowiada się za jak najszerszym dostępem do treści, sztuki, nauki, wiedzy, etc. Ale rozumiem też, że słabo opłacany twórca, naukowiec, czy artysta nie wytworzy nic wartościowego. Tak wiem – Beethoven i Chopin nie czerpali korzyści z dystrybucji swojej muzyki, ale oni mieli mecenasów. I nie byli okradani w sieci.
ACTA nie wprowadzi żadnej cenzury. Pozwoli natomiast na globalną obronę wolności wypowiedzi w internecie. Nieuprawnione są twierdzenia, że odrzucenie bądź przyjęcie ACTA jest testem na obecność wolności słowa w polskim internecie, czy wręcz testem dla demokracji. Cenzury mogą obawiać się tylko ci, którzy korzystają z treści w sposób nieuprawniony, a wizyty "smutnych panów" w domu czekają jedynie internetowych złodziei. Czy aby na pewno bezkarność tych ostatnich jest dobrym miernikiem demokracji?
W obronie ACTA
2012-01-23 12:13
ACTA to nic innego, jak międzynarodowa umowa handlowa
o zwalczaniu obrotu podróbkami, mająca na celu obronę praw majątkowych i
autorskich. Dotyczy to, rzecz jasna, dystrybucji utworów w sieci, ale warto
pamiętać, że regulacje wprowadzane w ramach ACTA nie ograniczają się li tylko do
internetu. Fakt – to właśnie możliwe ograniczenie sieciowej dystrybucji
utworów i poddanie jej kontroli (szczególnie jeśli chodzi o strony, portale,
etc.) budzi największe kontrowersje. Internauci boją się, że kryje się za tym
próba ograniczenia praw użytkowników globalnej sieci – innymi słowy
cenzura.
Czy są to obawy uzasadnione? Tak - ale nie wynika to z
zapisów ACTA. Jeżeli się prześledzi tę stosunkową krótką umowę handlową, widać
wyraźnie, że dopiero wprowadzenie regulacji krajowych, lub skorzystanie z już
obowiązującego prawa o ochronie praw autorskich, czy znaków towarowych, może
doprowadzić do ograniczenia praw dostępu do treści internetowych. Jeśli
pozwolimy mówić faktom, to okaże się, że blokowanie dostępu do treści,
blokowanie i usuwanie stron, czy nawet odcinanie internautów od sieci, nie
wynika wprost z przepisów zawartych w ACTA.
Prace nad ACTA trwają od
2006 roku – i od samego początku są to prace poufne. I to jest podstawowy
problem. Tak naprawdę do końca nie wiadomo, kto stoi za treścią umowy. Nie jest
jasne, czy jej zapisy to efekt ustaleń rządowych, czy może propozycji ekspertów.
Nie wiadomo też do końca jaki był tryb procedowania i przyjęcia tego dokumentu
(także na szczeblu unijnym). Nic dziwnego, że pojawiają się podejrzenia, iż jest
to autokratyczna, czy może nawet totalitarna próba ograniczenia demokracji w
internecie. To niewątpliwie politycy odpowiadają dziś za to, że umowa traktowana
jest jako zamach na wolność słowa. Obawy polskich internautów potęguje fakt, że
mają oni w pamięci zamieszanie związane z próbą wprowadzenia Rejestru Usług i
Stron Niedozwolonych i dyrektywy audiowizualnej, które miały wprowadzić
obowiązek rejestracji serwisów i filmów udostępnianych w internecie.
Gdybyśmy jednak na całą sprawę spojrzeli spokojniej dostrzeglibyśmy, że skoro
zakładamy, iż w demokracji prawo własności jest święte, to również prawo twórców
do ochrony swoich praw intelektualnych i majątkowych nie powinno podlegać
dyskusji. Dotyczy to zarówno twórców indywidualnych, którzy są permanentnie
okradani w sieci przez nielegalną dystrybucję wytworzonych przez nich wartości,
jak i korporacji, które te prawa nabyły. Problemem jest jedynie zachowanie
równowagi pomiędzy prawem autorów i prawem dostępu do treści.
Traktowanie ACTA jako zmowy przeciwko obywatelom (w takim tonie wypowiada się
m.in. Jacek Żakowski) jest przesadą. ACTA to w istocie wyłącznie próba
zablokowania bezprawnej redystrybucji treści przez tych, którzy nie mają
absolutnie żadnych praw do wartości materialnych i intelektualnych twórców. Mogę
zrozumieć Żakowskiego, który opowiada się za jak najszerszym dostępem do treści,
sztuki, nauki, wiedzy, etc. Ale rozumiem też, że słabo opłacany twórca,
naukowiec, czy artysta nie wytworzy nic wartościowego. Tak wiem –
Beethoven i Chopin nie czerpali korzyści z dystrybucji swojej muzyki, ale oni
mieli mecenasów. I nie byli okradani w sieci.
ACTA nie wprowadzi
żadnej cenzury. Pozwoli natomiast na globalną obronę wolności wypowiedzi w
internecie. Nieuprawnione są twierdzenia, że odrzucenie bądź przyjęcie ACTA jest
testem na obecność wolności słowa w polskim internecie, czy wręcz testem dla
demokracji. Cenzury mogą obawiać się tylko ci, którzy korzystają z treści w
sposób nieuprawniony, a wizyty "smutnych panów" w domu czekają jedynie
internetowych złodziei. Czy aby na pewno bezkarność tych ostatnich jest dobrym
miernikiem demokracji?