Babrac, jak mówią w okolicach Łącka na bimbrownika,
zachwala: „Zdradliwa
beskurcyjo okropnie. To nie hara". Przekonuje, że prawdziwa. Sam ma smak
i wyjmuje kieliszek. Góralską tradycją jest picie z jednego, podawanego
dalej kielona, dzięki czemu rzekomo się wolniej albo przynajmniej równo
upija. A jak ktoś zatrzymuje kolejkę, to pogania się go: „Chlapnij, bo
przejdzie szkłem!”.
Ta prawdziwa szkłem przejść raczej nie ma
szansy, bo
już prawie jej nie ma.
Śliwowica – nielegalne dobro
kultury
W 1989 r. została uznana za niematerialne dobro kultury. W 2004 r. –
opatentowana, a w 2005 r. wpisana na listę produktów tradycyjnych
województwa małopolskiego i wyróżniona przez prezesa Polskiej
Organizacji Turystycznej jako „turystyczna pamiątka z regionu". Ma
też
tytuł Best of Show z Festiwalu Śliwowicy w USA.
By za ocean w
ogóle
dotarła, Franciszek Młynarczyk, który był wójtem Łącka 27 lat, od 1983
do 2010 r., i przez cały ten czas walczył o legalizację trunku, musiał
ją… przemycić w bagażu dyplomatycznym. Bo to wciąż produkt nielegalny. A
ta „lewa" wódka zdobyła tam same nagrody.
To
kuriozalne, że legalnie
sprzedawać można opakowania, w tym etykiety ze słynnym hasłem „Daje
krzepę, krasi lica, nasza łącka śliwowica", ale „wsad” jest
nielegalny.
Śliwowica naukowa
Monika Kurzeja, pochodząca z Kiczni 25-letnia stryjeczna wnuczka znanego
łąckiego skrzypka ludowego Franciszka Kurzei, zdokumentowała ginące
słownictwo, zawody i tradycje. Opisała 3173 słowa. Około 300 związanych
jest z parownikiem, rodzajami śliw czy konsumpcją trunku. Czyli 10 proc.
wszystkich słów, jakie ostatecznie umieściła w słowniku całej łąckiej
gwary! Ją samą ta liczba zaskoczyła.
Na temat śliwowicy napisała
wcześniej pracę licencjacką na polonistyce na Uniwersytecie
Jagiellońskim: „Słownictwo w gwarze Łącka i okolic związane ze
śliwowicą". Jest młoda, ale stara się zachować tradycję. Określenia
związane ze śliwowicą – od sadownictwa, przez składniki, narzędzia,
produkcję trunku, po wygląd i konsumpcję – to najliczniejsza grupa słów
w łąckiej gwarze. Pokazały to już pierwsze badania, bo niedługo ma się
ukazać pierwszy w historii „Słownik gwary Łącka i okolic”. Monika
Kurzeja pracowała nad nim trzy lata.
Wcześniej gwary górali
łąckich nikt
nie badał, ale śliwowicę owszem. Dość szczegółowo. Na jej temat powstało
już wiele prac. Większość na Wydziale Technologii Żywności Akademii
Rolniczej w Krakowie. Pierwsza ukazała się drukiem w 1998 r.: Jerzy
Babuśka, „Śliwowica łącka – tradycje i technologia". Dwa lata
później
praca o drobnoustrojach z sadu śliwki węgierki przeznaczonej do
produkcji śliwowicy łąckiej, napisana pod kierunkiem matki znanego
ministra sprawiedliwości za rządów PiS – Marii Ziobro. Pisano też o
mikroflorze powietrza węgierki czy o mikrobiologicznych warunkach
pędzenia śliwowicy.
Śliwowica
wielowiekowa
Bo to naprawdę wiekowa tradycja i doskonale obrazuje historię Polski:
recepturę opracował i postawił gorzelnię Żyd Samuel Grossbard, produkcję
udoskonalił Pinkas Ferber. W PRL gorzelnię upaństwowiono, a w III
Rzeczypospolitej śliwowicę nagradzano najwyższymi zaszczytami, ale jej
produkcji nie zalegalizowano. To ciągle ceniony i ze smakiem kosztowany,
o światowej renomie, zakazany owoc!
A przecież śliwki spod Łącka
spławiano Dunajcem do Wisły i do innych krajów Europy już w XII w. Do
XVIII w. chłopi w testamentach wymieniali wiertele śliw, od początków
XIX w. narzeczeni nie mogli dać na zapowiedzi, jeśli nie mieli
zaświadczenia od sołtysa, że posadzili co najmniej dziesięć drzewek.
Gorzelnia przed wojną produkowała w sezonie od 50 do 100 hektolitrów
75-procentowej śliwowicy.
Śliwowica poetycka i nie
Monika Kurzeja przyznaje, że choć na góralszczyznę panuje znowu moda, to
na pędzenie śliwowicy mniej. – Kto się wciągnie, to pozna stare
receptury, produkcję i słownictwo bimbrowników, ale większość ma o tym
słabe pojęcie. Sama postarałam się zobaczyć, jak pędzenie wygląda, gdy
pisałam pracę. Udało się, bo jestem „swoja", ale inni mają mniejsze
szanse. Poza tym nowe odmiany węgierek to już nie ten smak i zapach. A
to okowita mocarna, na herbatkę góralską – dodaje.
Zdaniem
łąckich
gospodarzy najlepszym miejscem do pędzenia trunku jest las. A to
dlatego, żeby nie ścigała ich policja i by miedzianą wężownicę, przez
którą przepływa pierwszy spust, opłukiwała i chłodziła woda źródlana. Do
dziś można więc w lasach nakryć bimbrowników. Nikt się ukrytymi beczkami
nie chwali, bo – jak mówią górale – jeszcze jakieś filonce ścigać
będą
porządnych ludzi. Tradycja nakazuje, by proces produkcji był zakończony
przed Wigilią.
– Śliwowica to ciągle zakazany owoc. Jak się
kupuje w
rynku, to na ogół jest chlew, jak w domu, to spokojnie. Kupicie za 40
zł, to może być już w miarę dobra. Jak nie, trza wejść do domu,
powiedzieć: „Ty chamie, coś mi doł" – poucza sołtys Grabiec.
– Ta
butelka otwiera wszystkie drzwi, nawet ministerstwa. Ten trunek ma moc
wielką – przekonuje.
Jego wieloletnie starania o
zalegalizowanie
śliwowicy spełzły na niczym. Jednym z argumentów przeciwników jest
wysoki procent alkoholu łąckiego trunku. Twierdzą, że w UE nie można
zalegalizować wysokoprocentowego trunku regionalnego. Mimo że sprzedaje
się 65-procentowy absynt, 50-procentową nawet grappę, 60-procentowe
armaniak i rakiję, 45-procentowy pastis… można tak wymieniać.
– Te
wszystkie problemy śliwowicy biorą się z tego, że jest nielegalna. Za
chwilę stanie się legendą, niczym więcej – obawia się Młynarczyk. –
Nikt
mi nie wierzył, jak mówiłem o zagrożeniu, nie reagował na monity, i jest
to, co jest. Nie śliwowica się sprzedaje, każda jedna sprzedana butelka
to podróbka!
Walczył latami o to, by śliwowicę traktować jak
regionalne
trunki w Szwajcarii, Austrii czy we Francji. Tam na etykiecie „alkoholi
domowych" jest imię i nazwisko gospodarza. Wystarczy, że zgłosi on wyrób
trunku do urzędu celnego. Nie musi być przedsiębiorcą ani płacić akcyzy.
U nas musi. Młynarczyk chciał, żeby rolnik nie musiał prowadzić
działalności gospodarczej, tylko by posiadacz „bazy śliwowej” mógł
pędzić śliwowicę w ramach podatku rolnego, bez akcyzy i narzutów
powodujących nieopłacalność. Dziś musi bowiem wybudować gorzelnię i
otrzymać koncesję.
Śliwowica
schizofreniczna
Śliwowica z akcyzą kosztowałaby 80 zł za pół
litra, twierdzą łąccy
sadownicy. Dziś, nielegalnie, płaci się za nią 40 zł. W co trzeciej
chałupie wyrabia się podobno śliwowicę, ale nie ma twardych danych. –
Jedni mówią, że bimbrowników jest 300, tylu ilu sadowników, inni – że
10. Ja myślę, że to liczba gdzieś pośrodku – ocenia sołtys Grabiec.
Obecny, młody wójt Janusz Klag bardzo chciałby przyjmować gości
śliwowicą.
Pochodzi z rodziny sadowników, sam dogląda drzew, ale jabłoni. – Fakt,
że w sprawie śliwowicy panuje schizofrenia. Trunek jest dobrem
kulturowym regionu, bardzo docenianym, a nie można go legalnie kupić –
przyznaje wójt.
Przez lata dziesiątki polityków, wysuszając
kieliszek
okowity, obiecywało pomoc. Ostatnio odezwali się politycy Janusza
Palikota, który na produkcji alkoholu zbił swój majątek i doczekał się
nawet palikotówki (produkuje ją w Toruniu mąż senator PiS). Poseł Adam
Rybakowicz złożył w Sejmie projekt tzw. ustawy bimbrowej, która ma
umożliwić rolnikom produkcję do tysiąca litrów destylatu i sprzedaż bez
zakładania działalności gospodarczej.
Na łąckim rynku propagowała
tę wiadomość sądecka działaczka Ruchu
Palikota Jolanta Reichert. – Ludzie, wreszcie będziecie mogli legalnie
pędzić śliwowicę! – wołała do wychodzących z kościoła.
Ludzie,
tradycjonaliści i głosujący raczej na PiS (w ostatnich wyborach do
parlamentu głosowało nań 60 proc. łącczan),byli sceptyczni. Aż w końcu
zaczęli mówić: – Jeśli załatwi, to my zapamiętamy. Oby tylko nie łączył
walki o legalizację śliwowicy i marihuany… To jest okowita polska, ale
nie narkotyk ludu znad Wisły.
Śliwowica popśniona
Szarka zniszczyła uprawy starej
węgierki. Większość drzew, z których
owoców wyrabiano śliwowicę, już nie istnieje. Zniszczyła je choroba. A
nowe odmiany śliw nie dają podobnych smaków jak poprzednie. –
Odbudowujemy sady śliwkowe, ale owoce mają już inny skład chemiczny. To
niby nic nie zmienia, ale fermentacja musi się odbywać z udziałem cukru
– ubolewa sołtys Grabiec. Tradycyjna śliwowica była bowiem pędzona bez
cukru, drożdży, wody i spirytusu. Śliwki wrzucano do dębowych beczek. Po
drugim podgrzaniu i skropleniu pary wychodził wysokoprocentowy specyfik.
– Pewne działania samorządów dotyczące ochrony środowiska, filtry na
kominach, spowodowały, że jest mniejsze skażenie powietrza i śliwki
lepiej rodzą – przyznaje Młynarczyk. – Profesor Szczepan Pieniążek
(nieżyjący już polski sadownik z SGGW) mówił, że jedyna recepta na tę
chorobę to wyciąć, spalić i po 15 latach karencji znaleźć sadzonki wolne
od szarki. Okazało się, że przyroda sama się broni, a szarka powyżej 500
metrów nad poziomem morza słabiej się rozmnaża. Śliwy więc się
odradzają, a z ich owoców pędzona jest ta prawdziwa śliwowica – mówi z
dumą.
Jednak to nie szarka tak naprawdę bardzo zagraża śliwowicy.
Poza
zniszczeniami środowiskowymi zniszczyło ją prawo. Najpierw PRL-owskie,
teraz – unijne. A ponadto niszczy mafia.
Śliwowica przestępcza
– Ani jedna butelka prawdziwej śliwowicy teraz się nie sprzedaje, mafia
to tak zagarnęła, że ci, co potrafią ją produkować z własnych śliw, nie
mogą się przebić. Tamci biorą spirytus ukraiński, aromaty słowackie,
teraz polskie, etykietki kupują i już jest rzekoma śliwowica łącka –
ubolewa sołtys Młynarczyk.
Policja patrzy przez palce na starych
sadowników i producentów prawdziwej śliwowicy, podobno można nawet
dostać kielonek żółtawego alkoholu na łąckim komisariacie. Stróże prawa
i straż graniczna od czasu do czasu robią jednak naloty na składy
podróbek, właśnie tych spirytusowych. Kolejny rok z rzędu media donoszą,
że zamknięto skład 30 tys. litrów nielegalnego alkoholu o zapachu
śliwek. Tego nie da się wyprodukować inaczej niż ze spirytusu, bo do
produkcji 5-6 litrów zużywa się około 100 kg owoców.
– Mafioso
złapany
na gorącym uczynku, który ma jakieś nienormalne ilości zacieru i
gotowych butelek, dostaje 500 zł kary! On może pięć razy w tygodniu
płacić tyle, jedną butelkę sprzedaje po 40 zł, to ma ponad 30 zł zysku
na niej – mów Młynarczyk.
Monika Kurzeja też mówi, że
widziała aromaty
śliwowicy na Allegro. Wystarczy dodać spirytusu i oszustwo gotowe.
– Jakieś dwa lata temu widziałam na święcie owocobrania pokaz, jak się
wyrabiało tradycyjnie śliwowicę. Ale dziś święta śliwowicy już nie ma –
podkreśla.
I ona, i Młynarczyk nie kryją, że jeśli sytuacja się
szybko
nie zmieni, to prawdziwa śliwowica pozostanie już tylko na kartach
historii i w słowniku gwary. Na rynku będzie tylko masówka ze spirytu.