Kto się bał śmierci ks. Jerzego

Kto się bał śmierci ks. Jerzego

Dodano:   /  Zmieniono: 5
Ks. Jerzy Popiełuszko
Ks. Jerzy Popiełuszko / Źródło: Wikipedia / domena publiczna
Dużą aktywność w spowodowaniu odsunięcia mnie od sprawy wykazywali gen. Kiszczak i gen. Jaruzelski. Jestem pewien, że to ich bezpośredni nacisk na określone osoby z czołowego establishmentu politycznego tamtego okresu spowodował, że zabrano mi to śledztwo – mówi „Wprost” prokurator Andrzej Witkowski, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki.

Jaki był początek pańskiego śledztwa w sprawie śmierci ks. Jerzego Popiełuszki?

Kiedy na przełomie lat 80. i 90. dokonywały się w Polsce przemiany ustrojowe, panowało ogólne przekonanie, że władze komunistyczne przedwcześnie zakończyły proces toruński na osobie Adama Pietruszki, chroniąc od odpowiedzialności karnej jego resortowych przełożonych. Zarazem nie było wówczas podstaw, by kwestionować sam przebieg uprowadzenia i zabójstwa księdza. Gdy w czerwcu 1990 r. zostałem włączony do specjalnej grupy prokuratorów powołanej do prowadzenia śledztw w sprawach zbrodni popełnionych przez funkcjonariuszy MSW w latach 80., otrzymałem do prowadzenia sprawę zainicjowaną zawiadomieniem o przestępstwie, jakie złożył do protokołu – właśnie skazany w Toruniu w 1985 r. – Pietruszka.

Co wynikało z jego treści?

Między innymi to, że Grzegorz Piotrowski mógł mieć związek ze śmiercią działacza opozycyjnego Piotra Bartoszczego, do zgonu którego miało dojść w następstwie rzekomego wypadku drogowego. Pietruszka wskazywał też na działania gen. Czesława Kiszczaka, które miały na celu sterowanie przebiegiem śledztwa w sprawie zbrodni na ks. Jerzym, które prowadziło ówczesne Biuro Śledcze MSW całkowicie podległe Kiszczakowi. Zaistniała więc podstawa faktyczna do prowadzenia odrębnego postępowania, które w pierwszej fazie skupiło się na wyjaśnieniu przyczyn i okoliczności śmierci Bartoszczego. Dość szybko w jego trakcie zgromadzono materiał dowodowy dający podstawy do wszczęcia odrębnego śledztwa w sprawie kierowania wykonaniem zabójstwa ks. Popiełuszki, co nastąpiło 26 lipca 1990 r.

Jak duży był zespół, którym pan kierował?

Niewielki. Nieżyjący już min. Krzysztof Kozłowski przydzielił mi trzech funkcjonariuszy UOP, z którymi współpraca trwała dość krótko i była mało efektywna. Na jesieni 1990 r. zastąpili ich dwaj inni koledzy z UOP, z którymi współpraca układała się bardzo dobrze i którzy byli ze mną do końca. Jeszcze w sierpniu 1990 r. do udziału w śledztwie włączono policjantkę, która doskonale znała swój fach i bardzo dobrze wykonywała swoją robotę. Niestety, musiała nas opuścić z końcem grudnia 1990 r. I tak mniej więcej na przełomie stycznia i lutego 1991 r. utworzono Samodzielną Grupę Operacyjno-Śledczą KGP do prowadzenia czynności w tej sprawie, którą dowodził śp. płk Andrzej Buczyński, zaś jej działania bezpośrednio nadzorował wiceminister spraw wewnętrznych prof. Jan Widacki. Oni trwali ze mną do końca. Pomimo odsunięcia mnie od śledztwa w grudniu 1991 r. grupa ta utrzymywana była jeszcze do 1993 r. i funkcjonowała na szczeblu MSW, praktycznie bez współpracy z prokuratorem, któremu przydzielono odebraną mi sprawę.

Kiedy pan zrozumiał, że skazani w procesie toruńskim czterej funkcjonariusze prl-owskiej bezpieki to niejedyni sprawcy uprowadzenia i mordu na kapelanie solidarności?

Do tego doszliśmy już w śledztwie IPN, które wszczęto w Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie na początku lutego 2002 r. Lecz ustalenia te były w dużej mierze konsekwencją śledztwa zapoczątkowanego w latach 90. Gdyby nie ta przerwa w jego prowadzeniu po grudniu 1991 r., przez całe lata 90., pełną prawdę o tym, co stało się z ks. Jerzym w dniach 19-30 października 1984 r., znalibyśmy już dawno. To wersja zupełnie inna od tej przyjętej podczas procesu w Toruniu.

Skazani w procesie toruńskim zostali w pańskim śledztwie na początku lat 90. Ponownie prze- słuchani. Który z nich – w pana ocenie – był najbardziej wiary- godny w swoich zeznaniach?

Treść zeznań każdego ze świadków pod względem szczerości wypowiedzi podlega każdorazowo weryfikacji w zestawieniu z innymi ustaleniami sprawy. Mogę powiedzieć, że z tego punktu widzenia w latach 1990-91 najbardziej przydatne dla prowadzącego wówczas śledztwo prokuratora były zeznania Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękali i w jakimś stopniu Adama Pietruszki. Wtedy najmniej do sprawy wniósł w swoich zeznaniach Waldemar Chmielewski.

Na którym etapie śledztwa natrafił pan na ślady udziału wojskowej służby wewnętrznej w działaniach związanych z uprowadzeniem i zabójstwem ks. Popiełuszki?

Jakiś rodzaj związku żołnierzy WSW z działaniami, które wiązały się z uprowadzeniem księdza, ustalono już jesienią 1990 r. – od 15 września 1984 r. wobec czterech osób skazanych później w procesie toruńskim prowadzono obserwację wojskową. Kompetencja do zarządzenia obserwacji funkcjonariuszy resortu pozostawała w wyłącznej gestii ministra spraw wewnętrznych. Należało więc postawić już wówczas pytania: czy min. Kiszczak przewidział, kto uprowadzi ks. Jerzego i dokona na nim mordu? Dlaczego, przy prezentowanej przez niego wersji wydarzeń, już wówczas temu nie zapobiegł? A może chodziło o coś zupełnie innego?

O co?

Odpowiedź na to pytanie stanowi klucz do zrozumienia całej tajnej operacji na szeroką skalę, którą prowadziło ówczesne MSW wspólnie z wojskowymi służbami, nad którymi gen. Kiszczak sprawował faktyczne przywództwo. I to jest tyle i aż tyle, co na tę chwilę mogę odpowiedzieć na pańskie pytanie. Reszta stanowi rzecz dalszego śledztwa. Ono wciąż jest prowadzone przez IPN, nie mam wglądu do akt od października 2004 r. Nie wiem więc, co w nich na ten temat do chwili obecnej zgromadzono.

Czy udało się panu przesłuchać kogokolwiek w związku z tym wątkiem wojskowym?

Przesłuchania te stanowiły naturalną konsekwencję dokonywanych w toku śledztwa ustaleń faktycznych, które w ostatnich miesiącach 1991 r. było wciąż w fazie rozwojowej. Do przesłuchań, o które pan pyta, doszło w listopadzie 1991 r. w Bydgoszczy. Przesłuchano świadków: kilku funkcjonariuszy WSW, którzy 19 października 1984 r. prowadzili, można by powiedzieć – kontynuowali, obserwację sprawców uprowadzenia księdza, tym razem w Bydgoszczy.

Gen. Kiszczak i gen. Jaruzelski zostali przez pana przesłuchani?

Tak. Gen. Kiszczaka przesłuchałem raz. Było to wielogodzinne przesłuchanie, które dało mi wiele do myślenia. Później był on jeszcze w tej sprawie przesłuchiwany przez funkcjonariuszy UOP. Z kolei gen. Jaruzelskiego przesłuchiwałem dwukrotnie. Też trwało to wiele godzin. Potem gen. Jaruzelski przesłał mi na pamiątkę książkę „Moje spotkania z Janem Pawłem II”, którą zadedykował następująco: „Panu magistrowi Andrzejowi Witkowskiemu z szacunkiem oraz z życzeniami, aby swe przeogromnie trudne zadanie mógł Pan zrealizować z poczuciem zawodowej satysfakcji i jednocześnie w duchu moralnego przesłania Bohatera tej książki”. A co do konkretów, gen. Jaruzelski nie odpowiedział w sposób przekonujący na kilka kluczowych pytań, które mu wtedy zadałem.

Jakich? pamięta pan?

Pozostał mi w pamięci jeden fakt, że świadek Wojciech Jaruzelski bardzo się zmieszał, gdy w trakcie przesłuchania okazałem mu wycięty z kartki, nieco sfatygowany pasek papieru, co wyglądało jak gryps, na którym widniało jednozdaniowe polecenie skierowane do ówczesnego dyrektora Urzędu ds. Wyznań prof. Adama Łopatki, aby ten wzmógł działania w stosunku do ks. Popiełuszki. Tekst tego polecenia naniósł osobiście i podpisał gen. Jaruzelski, co zresztą od razu potwierdził, zeznając do protokołu. Nie umiał wytłumaczyć, dlaczego – na krótko przed uprowadzeniem i zabójstwem kapłana – w tym bardzo dziwnym, zakamuflowanym trybie wydawał tak złowrogą dyspozycję.

Na którym etapie śledztwa z lat 90. Zaczął pan przeczuwać problemy?

Już od kwietnia 1991 r. zaczęły dochodzić mnie złowrogie pomruki z kierownictwa Departamentu Prokuratury, że sprawę trzeba kończyć i kierować akt oskarżenia. Od początku stanowczo się temu sprzeciwiałem, bo śledztwo należało kontynuować. Różne były przejawy i konteksty owego pomrukiwania, a ja wychodziłem z nich zwycięsko do trzeciej dekady listopada 1991 r. Ale kiedy przedstawiłem aneks do planu śledztwa uwzględniający podjęcie czynności w stosunku do gen. Kiszczaka, podjęto energiczne działania, by odsunąć mnie od sprawy. Gdy oficjalnie powiadomiono mnie 22 listopada 1991 r., że kierownictwo nad śledztwem przejmuje inny prokurator, stało się dla mnie jasne, że to oznacza mój koniec. Roztaczano przede mną miraże dalszej kariery, jeżeli tylko będę milczał i nie pójdę z tym do mediów. Odrzuciłem je z niesmakiem. 3 grudnia 1991 r. oficjalnie wyrzucono mnie z departamentu i przeniesiono służbowo do Lublina. Informuję opinię publiczną o biegu tej sprawy, na ile pozwala mi prawo, od tamtej pory do dnia dzisiejszego.

Czy poza gen. Ciastoniem i gen. Płatkiem zamierzał pan tymczasowo aresztować także inne osoby? Czy wśród nich miał być gen. Kiszczak?

Stosowanie środka zapobiegawczego następuje wobec podejrzanego. Najpierw więc, aby to w ogóle rozważać, należy przedstawić danej osobie zarzut popełnienia przestępstwa i przesłuchać ją w charakterze podejrzanego. Jak mówiłem, aneks do planu śledztwa z listopada 1991 r. obejmował postawienie w tej sprawie zarzutu gen. Kiszczakowi. Stosowanie tymczasowego aresztowania należałoby rozważyć po przeprowadzeniu czynności, które nadałyby mu status podejrzanego. Nigdy wcześniej, ze względu na pojawiające się różne kwestie, nie możemy przewidzieć, jaka byłaby ostateczna decyzja w tym względzie. Gdyby generał stał się podejrzanym w sprawie ks. Popiełuszki, zostałyby przeprowadzone przeszukania należących do niego pomieszczeń, w tym domu w Warszawie, jak i prowadzono by wiele innych czynności procesowych. To były czynności planowane na dość szeroką skalę.

Kto spowodował, że odebrano panu to śledztwo? Politycy? Ministrowie? Ludzie służb? Czy ma pan konkretne personalne podejrzenia?

Od strony formalnej odbywało się to według porządku służbowego. O decyzji, że odebrano mi kierownictwo nad śledztwem, 22 listopada 1991 r. poinformował podczas narady służbowej ówczesny pierwszy zastępca prokuratora generalnego pan Stanisław Iwanicki. On też podpisał wręczony mi przezeń 3 grudnia 1991 r. dekret o oddelegowaniu mnie do wykonywania czynności służbowych w Prokuraturze Wojewódzkiej w Lublinie.

Czy o planowanym odsunięciu pana od tego śledztwa mógł wiedzieć ówczesny minister sprawiedliwości i prokurator generalny Wiesław Chrzanowski?

Prof. Chrzanowski jasno wypowiadał się w wywiadach, że to faktycznie na mocy jego decyzji zostałem odsunięty od śledztwa w grudniu 1991 r. Podwójnie czułem się przez to skrzywdzony: w wymiarze służbowym i osobistym. Raz – samą decyzją, i dwa, że to właśnie on ją de facto podjął. On, który zapraszał mnie do swojego ministerialnego gabinetu z pominięciem drogi służbowej; on – otwarty, ludzki, o dużej kulturze bycia. I co było szczególnie ważne, a zarazem w tym wszystkim zadziwiające: na około dwa miesiące przed zabraniem mi sprawy profesor osobiście gratulował mi bardzo dobrego prowadzenia śledztwa. Pominę tu wiele szczegółów poprzedzających tę jego opinię. Dodam tylko, że potem przez wiele lat unikał mojego wzroku, nie chciał się ze mną spotkać. Spotkaliśmy się dopiero pod koniec lat 90., ale w grupie ludzi i w zupełnie innych okolicznościach. Profesor nie nawiązał wtedy do tematu, który mnie – i może jemu samemu – bardzo leżał na sercu.

Co się stało ze śledztwem?

Od 22 listopada do 3 grudnia 1991 r. próbowano mnie nakłaniać do współpracy przy rozwalaniu śledztwa w drodze tzw. wyłączania materiałów dotyczących podejrzanych gen. Ciastonia i gen. Płatka. Ale to się nie udało, patrzyłem się z boku na rozmiary destrukcji materiału dowodowego czynionej przez innych posłusznych prokuratorów. Byłem konsekwentny i nie mogąc w inny sposób przeciwstawić się tym działaniom, informowałem o nich opinię publiczną, wskazując też, jaki los spotka prokuratora w sądzie z tak zdemontowaną sprawą. Użyłem raz znaczącego terminu: kompromitacja – potwierdził ją dalszy bieg wypadków. Wtedy wiedziałem, że dużą aktywność w spowodowaniu odsunięcia mnie od sprawy wykazywali poprzez wykorzystywanie swoich kontaktów gen. Kiszczak i gen. Jaruzelski. Jestem pewien, że to właśnie ich bezpośredni nacisk na określone osoby z czołowego establishmentu politycznego tamtego okresu spowodował, że zabrano mi to śledztwo. Wiedza ta znajduje również swoiste potwierdzenie w ostatnich wydarzeniach związanych z ujawnieniem materiałów, które Kiszczak przez lata przechowywał w swojej słynnej szafie. Ten – użyję terminu – „syndrom Kiszczaka” paraliżował bieg tej sprawy praktycznie do jego śmierci.

Próbował pan ratować śledztwo? interweniował pan u ówczesnych ministrów? może u prezydenta lecha wałęsy? co pan od nich słyszał?

Robiłem, co było w mojej mocy, lecz byłem w tych staraniach bardzo osamotniony. Zdawałem sobie sprawę, że moi służbowi przełożeni z kierownictwa Departamentu Prokuratury nie mają tu nic do powiedzenia. A więc z pełnym wyrachowaniem szukałem pomocy – generalnie mówiąc – u czynnika politycznego. Wystosowałem na piśmie apel do wszystkich znaczących osób w państwie, począwszy od prezydenta RP, informując, że tak ważne dla Polaków śledztwo poddawane jest nieodwracalnej destrukcji. Pisałem o konsekwencjach, prosiłem o podjęcie działań mających na celu przywrócenie normalnego stanu rzeczy w sprawie mordu na ks. Jerzym. Zwracałem się o pomoc do pana prezydenta Wałęsy, informując o kłopotach w prowadzeniu śledztwa. Pan prezydent telefonował do mnie zaraz po aresztowaniu gen. Ciastonia i gen. Płatka, mówił, że interesują go tylko grube ryby. Miałem więc od niego pewne upoważnienie, aby bezpośrednio się dobijać o ratowanie sprawy. Najpierw w moich kontaktach z nim pośredniczył pan min. Mieczysław Wachowski. W końcu października 1991 r. spotkałem się osobiście z panem prezydentem Wałęsą w Belwederze. Podsumowując naszą rozmowę, powiedział mi, żebym wytrzymał jeszcze miesiąc i sytuacja wróci do normy. Jak się okazało, po upływie miesiąca odebrano mi śledztwo.

Okładka tygodnika WPROST: 20/2016
Więcej możesz przeczytać w 20/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 5
  • Jest ważne! IP
    -Jest ważne, święci zza grobu są w pomocy skuteczniejsi, gdy rozważy się cały ogrom zawziętości Zĺa, skierowanej przeciw Nim przemocy, za Ich życia.
    -Poza tym, kanonizacja, bez zupeĺnego wyjaśnienia motywów i tożsamości zleceniodawców tego Mordu na ks. Popiełuszce, wyglądała (intuicyjnie) - jakoś abstrakcyjnie nienaturalnie, czy niekompletnie, jakby wprost domagając się wyjaśnień zza grobu samego ks. Popiełuszki, ale tylko li, już dla dobra żyjących.
    - Tylko Kaci i zleceniodawcy tego Mordu, mogli w pełni opisać, co przeszedł ten Człowiek, w ostatnich swoich chwilach, plus multum dodatkowych szczegółów, czasem równie ważnych co reszta.
    -brak tych szczegółów czyni dziwnie niepokojącą lukę.
    • Bolek1 IP
      czy po tylu latach jest to wazne????

      Czytaj także