Clint Eastwood kreuje nowego bohatera

Clint Eastwood kreuje nowego bohatera

Był gliną bez skrupułów i kowbojem bez imienia. Teraz jest reżyserem, który pokazuje Ameryce, co jej doskwiera. Jego najnowszy film „Sully” 2 grudnia wchodzi na ekrany polskich kin.

Ola Salwa

W ostatnich tygodniach o Clincie Eastwoodzie było głośno nie tyle za sprawą kina, lecz polityki. Tuż przed wyborami prezydenckimi w USA w rozmowie z magazynem „Esquire” poparł kandydaturę Donalda Trumpa. A dokładnie nie tyle poparł, co uznał go za lepszego z dwóch kiepskich pretendentów. Na pierwszy rzut oka nie ma w tym nic dziwnego, wszak aktor i reżyser nigdy nie ukrywał, że popiera republikanów, choć wybiórczo (uwielbiał Eisenhowera i Reagana, Busha seniora wręcz przeciwnie). Emocje wzbudziło oświadczenie Eastwooda, że ma dość „politycznej poprawności” i „pokolenia podlizuchów” nadającego ton życiu w Ameryce. „Kiedy byłem młody, nikt nikogo w kółko nie oskarżał o rasizm” – mówił. Nie chodzi o to, że sam Eastwood jest pełen uprzedzeń względem innych ras czy narodowości, wręcz przeciwnie: po prostu ma dość konieczności „chodzenia wokół innych na paluszkach”. Aktor skrytykował też Obamę za opieszałość; zresztą polityk jest u niego na czarnej liście od lat – podczas poprzedniej kampanii wyborczej, gdy Eastwood aktywnie wspierał kandydata republikanów Mitta Romneya, wygłosił słynne przemówienie w kierunku krzesła, udając, że siedzi na nim urzędujący prezydent. Ale Brudny Harry nie tylko krytykuje. Wskazuje też idealnego kandydata na przywódcę narodu – Chesleya Burnetta Sullenbergera. Kto to taki? Bohaterski kapitan, który prawie osiem lat temu uratował Nowy Jork od kolejnej tragedii z samolotem w roli głównej. A także, czy raczej przede wszystkim, jest to bohater nowego filmu Clinta Eastwooda pod tytułem „Sully”.

155 pasażerów stojących na skrzydłach samolotu dryfującego po lodowato zimnych toniach rzeki Hudson – tyle przeciętny Amerykanin potrafi przywołać w pamięci z 15 stycznia 2009 r. Kilka minut po starcie z lotniska LaGuardia w Nowym Jorku samolot prowadzony przez kapitana Sullenbergera zderzył się ze stadem kanadyjskich gęsi, które uszkodziły oba silniki niewielkiego airbusa. Sully pół minuty później podjął decyzję, że nie będzie zawracać na lotnisko, tylko „usiądzie” na powierzchni wody. Cała akcja trwała jakieś sześć minut – za mało jak na pełnometrażowy film, szczególnie dla Clinta Eastwooda, który w kinie woli opowiadać zniuansowane historie, bez oczywistego happy endu i pomnikowych bohaterów. Przykładów nie trzeba szukać daleko, wystarczy spojrzeć na oscarowy hit „Za wszelką cenę”, gdzie Hilary Swank gra biedną kelnerkę marzącą o tytule mistrzyni boksu, a gdy poświęca wszystko, by zrealizować swój cel, ma koszmarny wypadek na ringu. Inny typ Eastwoodowej historii to „Rzeka tajemnic”. Tu w niewielkiej społeczności dochodzi do morderstwa i pedofilii, a winny nie zostaje nigdy ukarany. 

 Dyptyk „Sztandar chwały” i „Listy z Iwo Jimy” pokazuje bezsens wojny z punktu widzenia żołnierzy obu armii walczących ze sobą na Pacyfiku. Jest i „Snajper”, czyli historia faceta, który podczas misji w Iraku na zlecenie wojska zabił ponad 250 osób – także cywilów. Nie można zapomnieć o antywesternie „Bez przebaczenia” pokazującym nienasyconą żądzę krwi mieszkańców Dzikiego Zachodu… Jak widać, historia kapitana z powodzeniem lądującego na rzece, obwołanego przez media bohaterem narodowym, nie bardzo pasuje do filmografii Eastwooda. I rzeczywiście, reżyser zostawia akcję na marginesie, osią fabuły czyniąc przesłuchanie Sully’ego (w tej roli Tom Hanks), któremu oficjałowie nie dowierzają, że podjął jedyną możliwą decyzję. „I to tu tkwi prawdziwy konflikt. Facet uratował tyle istnień, a komisja śledcza zajęta jest poddawaniem w wątpliwość jego decyzji” – mówi o swoim nowym dziele reżyser. Bohater kontra biurokracja – oto prawdziwy temat „Sully’ego”. „Filmy Eastwooda nie są przeintelektualizowane, ale zawsze pokazują prawdzie oblicze Ameryki […] »Sully« jest o tym, jak reagujemy w sytuacjach kryzysowych” – pisał krytyk w branżowym piśmie „Variety”. Amerykańscy widzowie chętnie się w tej historii przejrzeli – gdy film wszedł na ekrany kin we wrześniu, od razu wskoczył na pierwsze miejsce box office’u. W dobie triumfu obrazów o superbohaterach przebranych w kolorowe stroje i posiadających supermoce większym sukcesem jest zdobycie dużej widowni niż pochlebnych recenzji. „Myślę, że nawet młoda publiczność ma ochotę zobaczyć bohatera z krwi i kości” – stwierdził Eastwood, który często krytykował filmy o superbohaterach i który, co ciekawe, sam kiedyś dostał propozycję zagrania Supermana, ale uznał, że to „nie dla niego” (przypomnijmy, że ostatecznie tę rolę otrzymał Christopher Reeve). Słusznie, bo czy ktoś z państwa może sobie wyobrazić kowboja z „dolarowej trylogii” Sergia Leone czy cynicznego Brudnego Harry’ego w pelerynie i rajtuzach? No właśnie. A jako niezbyt rozgarniętego laboranta, który w filmie o zemście potwora z Czarnej Laguny znajduje w swoim kitlu szczura?

 W tym drugim przypadku nie trzeba sięgać do wyobraźni, wystarczy zajrzeć na YouTube’a. Bo od takiej właśnie roli swoją karierę aktorską zaczynał Clint Eastwood. Przyjęty w latach 50. na kontrakt do hollywoodzkiego studia, grał gorzej niż drewno, a z czasem stał się jednym z najbardziej popularnych aktorów swojego pokolenia i wyśmienitym reżyserem. I z każdym kolejnym filmem odnosi większy sukces – i artystyczny, i finansowy.

Za kilka dolarów mniej

Eastwood urodził się w czasie Wielkiego Kryzysu w Stanach i choć jego rodzicom dobrze się powodziło, z dzieciństwa i młodości wyniósł szacunek do pieniądza i ciężkiej pracy. Wspominał, że nigdy nie planował kariery aktorskiej ani jakiejkolwiek innej, bo w tamtych czasach brało się każdą robotę i było za nią wdzięcznym. Szczególnie jeśli ratowała ona przed wyruszeniem na front w Korei. A więc młody Clint kopał rowy, uczył pływania i imał się każdej fizycznej pracy, aż dostał do podpisania umowę ze studiem. Tutaj też był bardziej z przypadku niż z wyboru – uważał, że jako introwertyk nie ma czego szukać przed kamerą. Grał ogony, w tym we wspomnianej „Zemście potwora”, aż załapał się do roli w serialu „Rawhide”, osadzonym w realiach Dzikiego Zachodu. Grał w nim przez kilka lat, zdobywając coraz większy rozgłos. Mimo że sceptycznie podchodził do swojej pracy, a do tego miał uczulenie na końską sierść, spędzał na planie długie godziny, podglądając pracę ekipy, a po fajrancie szedł do sąsiednich hal zdjęciowych podglądać, jak pracują wielkie gwiazdy. Przełom w karierze nastąpił wtedy, gdy Eastwood wbrew sugestiom agenta zgodził się polecieć do Hiszpanii, żeby zagrać we włosko-niemieckim remake’u japońskiego filmu. Dlaczego początkujący reżyser Sergio Leone obsadził go w słynnym dziś spaghetti westernie „Za garść dolarów”? Bo, jak na ironię, Clint chciał sporą garść dolarów mniej niż James Coburn, którego Włoch widział w tej roli. Eastwood na pewno nie zachwycił go swoim warsztatem, do historii przeszło wszak powiedzenie Leone’a, że jego aktor gra dwiema minami „tą w kapeluszu i tą bez”. Eastwood po latach tłumaczył, że po prostu gra bez ostentacji, oszczędnie. „Subtelność nie jest doceniana, w przeciwieństwie do ekspresji, histerii i łez” – powiedział. 

Owa subtelność bywała też uważana za brak talentu, szczególnie przez słynną amerykańską krytyczkę Pauline Kael, która szczególnie negatywnie odnosiła się do filmów o inspektorze Harrym Callahanie. Przypomnijmy, że zapoczątkowany przez „Brudnego Harry ’ego” Dona Siegela cykl wyniósł Eastwooda na szczyty popularności, uczynił z niego symbol (szorstkiej) męskości, a do codziennego języka wprowadził powiedzenie „Go ahead, make my day” (Proszę, zrób mi tę przyjemność). Aktor niespecjalnie przejął się krytyką, robił swoje, czyli grał minimalistycznie i obserwował na planie tricki Siegela. Miał już za sobą reżyserski debiut („Zagraj dla mnie Misty”), a w drugim filmie o Brudnym Harrym („Magnum”) stanął zarówno przed, jak i za kamerą. Potrzebował jednak 20 (!) lat pracy, aby wyreżyserować „Bez przebaczenia” (1992) – jeden z najlepszych filmów w swojej karierze i w latach 90. w ogóle. Eastwood wygrał pierwszego Oscara za reżyserię (drugiego odbierze za „Za wszelką cenę”), zdobył też mnóstwo innych nagród. Objawił też światu inny talent – muzyczny, komponując ścieżki dźwiękowe do swoich filmów. Ale nie dał się ponieść fali sukcesu, która w Hollywood oznacza robienie filmów z wielkimi budżetami i efektami specjalnymi, ale bez głębszych wartości. Przeciwnie – wybierał tematy, które uważał za istotne, i choć zatrudniał topowych aktorów (Meryl Streep, Kevin Costner, Morgan Freeman, Angelina Jolie…), nie rozkręcał budżetów, a zdjęcia zwykle kończył przed czasem, co w Hollywood jest rzadkością. Eastwood reżyser słynie z minimalnej liczby dubli, bo mówi, że nie widzi potrzeby powtarzania w kółko tego samego i woli, aby aktorzy grali „na świeżo”. Nie bez znaczenia jest fakt, że jest też producentem lub koproducentem swoich filmów, więc inwestuje w nie własne środki. 

Zwykle kręci ujęcie raz, a zamiast „akcja” i „cięcie” chrypi „OK”. Z jego charakterystycznym głosem i sposobem mówienia jest związana anegdota – gdy Eastwood aktor uczył się swojego fachu, obsesyjnie słuchał taśm z nagraniami Marilyn Monroe i naśladował jej sposób mówienia. „Chciałem być jej męskim odpowiednikiem” – wspominał. Ale do własnej atrakcyjności i bycia obwoływanym symbolem męskości ma dystans. „Burt Reynolds kiedyś powiedział: »Kłopot z Clintem polega na tym, że on nie rozumie, iż jest gwiazdą«. Odparłem wtedy coś w stylu: »No i dobrze«. I tak o sobie myślę – że jestem aktorem filmowym, a nie gwiazdorem filmowym” – opowiadał w jednym z wywiadów. W innym zapytany, jak to jest być aktorską legendą i ikoną męskości, po odchrząknięciu powiedział: „To sprawia, że czuję się staro. Drwię więc z tego; mówię, że po prostu udało mi się przeżyć moich równolatków, Paula Newmana, Steve’a McQueena czy Jamesa Coburna”. Do swojego wieku Eastwood podchodzi ze zrozumieniem, ale i z pobłażaniem. Mówi, że dobre geny odziedziczył po matce, która dożyła 97 lat. Twierdzi też, że ma… spóźniony zapłon: skończył szkołę, gdy miał 19 lat, czyli dwa-trzy lata później niż rówieśnicy, pierwszą ważną rolę dostał w wieku 34 lat, jako reżyser zadebiutował po czterdziestce, a pierwszego Oscara dostał po sześćdziesiątce. Robi filmy, bo je uwielbia i przy każdym uczy się czegoś nowego – „Sully” dał mu na przykład wiedzę o tym, jak obsługuje się kamery Imax. I choć biologia podpowiada coś przeciwnego, wygląda na to, że Eastwood nakręci jeszcze kilka nowych filmów, a za „Sully’ego” zgarnie kolejnego Oscara. W tym sensie jest prawdziwym bohaterem – bo walczy z czasem i wygrywa. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 48/2016
Więcej możesz przeczytać w 48/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także