Polski taran

Polski taran

Im gorzej mówi się o nas w Brukseli, tym bardziej się z nami liczą
Ci "okropni Polacy" zawsze mają o coś pretensje - mówiono przez ostatnie ponad dwa lata w Brukseli. Niedawno epitet "okropni" zastąpiły w miarę neutralne słowa "bezczelni" i "tupeciarze", a teraz pozytywne "odważni". Zaczęło się od listopadowego spotkania ministrów spraw zagranicznych krajów UE, kiedy Anna Fotyga zapowiedziała polskie weto w sprawie porozumienia unia - Rosja. Większość jej kolegów oniemiała. A gdy Warszawa wcieliła w życie swoją groźbę, w Brukseli zawrzało. Wkrótce potem jednak inne kraje zaczęły się przyłączać do stanowiska Warszawy. Polska z enfant terrible staje się taranem torującym drogę do zmian w europejskiej polityce. Potulność i potakiwanie wielkim - co jako cnotę proponują politycy związani kiedyś z Unią Wolności - okazuje się najgorszą taktyką z możliwych. Stanowczość irytuje, ale jest szanowana.Wzorzec Giertycha
Chyba żaden minister nie miał w Europie tak złej prasy jak Roman Giertych. Liberalno-lewicowe gazety przedstawiały go jako skrzyżowanie Jörga Haidera z Jean-Marie Le Penem. Po kilku miesiącach działalności Giertycha jako ministra edukacji politycy i dyplomaci w Brukseli zaczynają zmieniać zdanie. Ku zaskoczeniu obserwatorów, a zapewne i polskich krytyków ministra, na spotkaniu rady ministrów edukacji UE program "Zero tolerancji" - przynajmniej częściowo - zyskał uznanie. Szefowie edukacji Grecji i Wielkiej Brytanii postanowili nawet zaprosić Giertycha do siebie, by przedstawił swoje koncepcje. Część pomysłów polskiego ministra już jest stosowana w Wielkiej Brytanii, na przykład statystyki uczennic w ciąży. A teraz rozważa się jego pomysł zakazu korzystania z telefonów komórkowych w szkołach.
Pomysły Giertycha oburzają lewicowo-liberalnych polityków, którzy dopatrują się w nich ograniczania praw ucznia, ale jak przyznaje się w Brukseli, dotykają istoty problemu. Agresja w szkołach i przestępczość nieletnich wzrasta. Czeski dyplomata mówi "Wprost", że to dobrze, iż ktoś wreszcie podjął te tematy bez eufemizmów. I dobrze, że tym kimś jest polski minister. Polska jest dużym krajem, co daje nam większą siłę.

Koniec bezkarności moskwy
Gdy Polska przeciwstawiła się Rosji, po identyczną argumentację sięgnęli dyplomaci krajów bałtyckich. Aroganckie zachowanie Moskwy, przejawiające się nie tylko w polityce historycznej, ale i energetyce, dało się we znaki większości nowych członków UE. Polskie weto po pierwszej konsternacji zostało przyjęte z ulgą. - Wreszcie ktoś powiedział, że król jest nagi - mówi były prezydent Litwy Vytautas Landsbergis. Mniej lub bardziej oficjalnie zaczęły do nas dołączać inne kraje, m.in. Litwa i Estonia, Czechy, a po części nawet Francja i Dania. Bruksela dość szybko - szybciej niż niektórzy politycy w Warszawie - zrozumiała, że chodzi o zasady, a nie tylko o problem mięsa. Tym bardziej że niedługo potem Rosja wprowadziła sankcje na wwóz ryb z Estonii oraz mięsa z Rumunii i Bułgarii.
Co zyskaliśmy na proteście wobec Moskwy? Po pierwsze, unia zaczęła rewidować swoje podejście do Rosji, a po drugie, obnażyliśmy bierność komisji i dzielenie członków wspólnoty na kraje pierwszej i drugiej kategorii. Z tej lekcji Komisja Europejska wyciągnęła naukę, że w spornych kwestiach konieczna jest solidarność, a zadaniem Brukseli jest stawanie po stronie krajów unijnych. - Ostatnie rosyjskie wypowiedzi są nie do zaakceptowania. Jeśli Rosja wprowadzi cła na kolejne polskie produkty, będzie to cios wymierzony w całą unię. Problem z każdym dniem jest coraz mniej polsko-rosyjski, a coraz bardziej unijno-rosyjski - mówi Josü Manuel Barroso, przewodniczący KE.

Unia solidarnych
Hasło "solidarność" zostało przez Polskę wylansowane także w polityce energetycznej unii. Urząd komisarza ds. energii istniał od dawna, ale niewiele znaczył. Dopiero Warszawa zaczęła głośno mówić o konieczności stworzenia wspólnej polityki energetycznej. Mimo że projekt energetycznego NATO został przez komentatorów wyśmiany, trafił na podatny grunt. - Pomysł przedstawiono na forum unii, a ponieważ część krajów wspólnoty, z Francją na czele, ma alergię na sojusz, polska propozycja została odebrana jako prowokacja - mówi eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski. Sekretarz generalny NATO Jaap de Hoop Scheffer nie wyrzucił jednak projektu do kosza. Kwatera Główna sojuszu konsultuje się teraz z Norwegią i Turcją, a podczas listopadowego szczytu NATO w Rydze punkty dotyczące polityki energetycznej zostały wpisane do konkluzji, co jest ewenementem.
Komisja Europejska już pracuje nad rozwiązaniami w polityce energetycznej, które przedstawi podczas szczytu na początku marca. Zakręcenie kurków z gazem przez Rosję na początku 2007 r. potwierdziło konieczność stworzenia unijnej polityki energetycznej. Nawet Niemcy, do tej pory w pełni ufające Rosji, zmieniają zdanie. - Musimy wypracować mechanizmy, które pomogą nam uniknąć sytuacji kryzysowych. Rosja nie powinna zapominać, że potrzebuje Europy jako w pełni wypłacalnego, wielkiego odbiorcy i że unia może sobie poszukać innego dostawcy - mówi Joachim Wuermeling, niemiecki sekretarz stanu ds. gospodarki. Polska, mając dobry pomysł, nie ustrzegła się jednak błędów. - Propozycja polityki energetycznej została zgłoszona na nieodpowiednim szczeblu i z pominięciem procedury, co już na wstępie osłabiło jej wydźwięk - mówi jeden z urzędników KE.
"Taranowanie" unii przez Polskę dotyczy nawet kwestii przekazywania osób skazanych między państwami UE. Warszawa zablokowała porozumienie w tej kwestii, sprzeciwiając się automatycznemu transferowi skazanych. W myśl propozycji unijnych nie mieliby oni możliwości decydowania o tym, w jakim kraju chcą odbywać karę. Oznacza to, że mieszkający od lat we Francji obywatel Polski, skazany na więzienie za jazdę po pijanemu, byłby automatycznie przekazywany do Polski, nie mogąc odbyć kary we francuskim więzieniu. Przedstawiciele polskiego Ministerstwa Sprawiedliwości uznali, że godzi to w prawo do swobody poruszania się. Chodzi nie tylko o pieniądze na utrzymanie więźniów, ale także o zasady. Zawetowaliśmy porozumienie, bo ta ustawa była pisana głównie z myślą o Bułgarii i Rumunii. To kolejny przejaw wewnątrzunijnego podziału na lepszych i gorszych. Choć to Polska powiedziała "nie", pod protestem poza Rumunią, Bułgarią i Słowacją podpisała się m.in. Irlandia.

Trup konstytucji
Najbardziej zagorzali euroentuzjaści nie mogą Warszawie darować, że przyczyniła się do konstytucyjnego pata. Bo choć to Francuzi i Holendrzy odrzucili w referendach konstytucję, wszystko zaczęło się w Kopenhadze w 2003 r., gdy Leszek Miller przyciśnięty do muru hasłem Jana Rokity: "Nicea albo śmierć!", nie zgodził się na automatyczną ratyfikację konstytucji. Wskutek tego protestu projekt został poddany głosowaniu w referendach. - Gdyby nie polskie weto, już dawno mielibyśmy konstytucję i nie tkwilibyśmy w decyzyjnym impasie - narzeka Peter Ludlow, dyrektor Centre for European Policy Studies w Brukseli. Ma rację, ale jej nie ma. W Brukseli można dziś usłyszeć, że to dzięki Polsce nie obowiązuje niesprawiedliwy dla większości krajów system głosowania. Konstytucja była zaklęciem, które rozwiązywało problemy. Gdy jej nie ma, te problemy muszą zostać rozwiązane realnie, a nie dzięki zaklęciom.
Gdy Polska była kandydatem do UE, postrzegano nas jako potencjalnego pupilka Europy, który z zapałem neofity będzie wcielał w życie integracyjne propozycje. Po wejściu do UE, a zwłaszcza po wrześniu 2005 r., Bruksela zauważyła, że prymus zmienił się w chuligana. Ostatnio ten obraz kolejny raz się zmienił. Europa zobaczyła w nas duży kraj. Nie najbogatszy i nie należący do "starej" Europy, ale niezaprzeczalnie jeden z największych krajów UE, który świadomy własnego potencjału nie chce siedzieć na tylnej ławce. Choć nasze stanowisko często budzi irytację, coraz rzadziej w negatywnych komentarzach widać ironię. Chirac nie każe już nam siedzieć cicho. - Polski nie da się nie zauważyć i zignorować. Upadek rządu na Słowacji czy krach na Malcie przechodzą bez większego echa. Polska jest jednak na tyle ważnym krajem, że podejmowane przez nią działania wpływają na całą unię. Przez niektóre kraje Polska jest uważana obok Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji za kraj najczęściej wetujący porozumienia. Część waszych protestów może jednak wyjść na dobre całej Europie - mówi "Wprost" Pat Cox, były przewodniczący europarlamentu.

Diabeł w szczegółach
Lansowana przez rząd PiS polityka twardego upominania się o swoje nie odbiega od europejskiej praktyki. Jak zawsze jednak diabeł tkwi w szczegółach. Zanim zaczyna się o coś walczyć, warto sprawdzić, czy potyczka ma sens. W przeciwnym razie, osłabia się tylko własną pozycję - vide niepotrzebna polska próba wetowania VAT sprzed roku. Nie mniej ważny jest sposób przedstawiania swoich racji: nasza dyplomacja ciąg-le nie potrafi prowadzić udanych zakulisowych działań. Ale wreszcie wybrano nowego ambasadora przy UE (został nim Jan Tombiński), więc powinno się to poprawić. Nowa rola Polski nie jest wdzięczna, bo wiele krajów widzi w nas buntownika. Taka postawa się jednak opłaca - i Polsce, i unii.
Okładka tygodnika WPROST: 7/2007
Więcej możesz przeczytać w 7/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także