Zły system

Zły system

Marek Chrzanowski
Marek Chrzanowski / Źródło: Wikipedia / Chepry (Andrzej Barabasz) /CC BY-SA 4.0
Dymisja Marka Chrzanowskiego to niejedyna zmiana na rynku finansowym. Nie jest też pewna pozycja szefa Narodowego Banku Polskiego.

W 2009 r. młody doktor Szkoły Głównej Handlowej Marek Chrzanowski prowadził wykłady dotyczące „współczesnych problemów gospodarki polskiej”. Jedną z identyfikowanych przez niego trudności była korupcja. Poświęcił jej oddzielny wykład. Według doktora źródłem korupcji jest przekazanie przez państwo monopolu władzy urzędnikowi czy politykowi. „Jest nim także uznaniowość, czyli arbitralność towarzysząca wydaniu korzystnej lub niekorzystnej decyzji. I wreszcie brak odpowiedzialności za podjętą decyzję” – mówił studentom Chrzanowski. Niemal 10 lat później stało się dokładnie to, przed czym przestrzegał doktor, a dziś już profesor Chrzanowski. Urzędnikiem mającym monopol władzy na rynku kapitałowym, pełną uznaniowość i arbitralność przy podejmowaniu decyzji stał się przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Ten sam Marek Chrzanowski. Odpowiedzialność za tę decyzję oczywiście nie spadała na niego, płacili ci, których ona dotyczyła, najczęściej z prywatnych pieniędzy.

Przy prawie nieograniczonej władzy urzędnik taki budził postrach, nawet wśród najtwardszych bankierów i finansistów. I uginali oni plecy, wiedząc, że jeśli tego nie zrobią, będzie tylko gorzej. A człowiek, który wcześniej przestrzegał przed tak zdefiniowaną korupcją, prawdopodobnie sam nie oparł się pokusie nadużycia. Sprawa afery wokół KNF nie jest oczywiście wyłącznie problemem KNF i Marka Chrzanowskiego. Każdy gra w niej swoją rolę, także bankier Leszek Czarnecki. Nie dość, że celowo wybrał moment publikacji swoich nagrań, to i ewidentnie jego rozgrywka była polityczna. Nie jest on żadnym sygnalistą. Mając świadomość, że rozmowa jest nagrywana, mógł nią kierować, a dziś – niezależnie od intencji – jego działanie jest częścią narracji opozycji. Jednak dymisja Marka Chrzanowskiego nie będzie pierwszą, która dotknie rynek finansowy. Problemem jest system, który do tego dopuścił. Źródłem afery są niejasne i nadmierne kompetencje szefa KNF, prezesa Narodowego Banku Polskiego i konflikty w obozie władzy, które te błędy systemowe potęgują. Rozmawialiśmy z wieloma uczestnikami rynku kapitałowego i finansowego. Nikt o kulisach działania KNF, kadrowych wojnach i wykorzystywanych do tego mechanizmach nie chciał się wypowiadać pod nazwiskiem. Można to zrozumieć, bo zemsta może przyjść po latach. Ale wszyscy mówią jedno: ten system jest zły.

Kadrowa próżnia

– Te rozmowy właśnie tak tam wyglądają – mówi nasz rozmówca. – Wchodzisz czy to do przewodniczącego, czy nawet dyrektora departamentu KNF i telefon musisz zostawić w specjalnej szufladzie. Dla nich bardzo ważne jest, że „szczera” rozmowa musi się odbyć bez świadków. Dla bezpieczeństwa były jeszcze te „szumidła”. – Byłem na kilku takich spotkaniach, rozmowy mają charakter przesłuchania, nie ma ceregieli. Jak u prokuratora, odpowiadamy na pytania. Niektóre z tych pytań są powtarzane w kółko. Cel: znaleźć nieścisłości – dodaje inny. Według naszych rozmówców osią działania KNF są nominacje kadrowe. Komisja dzięki ogromnym kompetencjom ma wielki wpływ na instytucje rynku finansowego.

To ona decyduje, kto będzie prezesem banku. Często te decyzje wiążą się z jakąś wymianą. My zatwierdzimy prezesa, wy nam dacie stanowisko w banku. Już po odwołaniu Marka Chrzanowskiego rzecznik Polsatu mógł sobie pozwolić na odrobinę szczerości. Powiedział, że prawnik Grzegorz Kowalczyk (któremu były już szef KNF miał załatwiać pracę u Leszka Czarneckiego) był też „wyznaczonym przez KNF przedstawicielem komisji w radzie nadzorczej Plus Banku” (należącego do Zygmunta Solorza). KNF formalnie nie ma prawa wyznaczać, kto zasiądzie w radzie nadzorczej instytucji finansowej. W praktyce właśnie taki model nadzoru funkcjonuje. – Znam jednego prezesa, który opowiedział mi, jak to wygląda. A chcecie pana X mieć w zarządzie banku? No dobrze, komisja przyjrzy się kandydatowi, jednak w nadzorze przydałby się wam pan Y – mówi nasz rozmówca. Możliwości KNF są naprawdę duże. Może ona wydawać zgody na działanie ubezpieczycieli i banków, nakładać kary pieniężne, prowadzić bezpośrednią kontrolę, wnioskować o upadłość i – przede wszystkim – zatwierdzać prezesów. Przesłanki decyzji kadrowych są na tyle niejasne, że często nominacje wydają się loterią. Przykłady? Pierwszy z brzegu. Rafał Antczak w styczniu 2017 r. był nominowany na nowego prezesa GPW.

Choć to bardzo znany ekonomista, który wiele lat pracował na rynku finansowym, nie był on kandydatem cieszącym się przychylnością komisji. Zgodnie z prawem KNF musi zaakceptować prezesa giełdy. Antczak kilka miesięcy czekał na decyzję. Nie doczekawszy się jej, zrezygnował. Kolejnego kandydata na prezesa GPW, Jarosława Grzywińskiego, komisja prześwietlała przez kilka miesięcy. KNF bada bowiem, czy kandydat ma „nieposzlakowaną opinię”. – To pojęcie tak szerokie, że właściwie można w nie włożyć wszystko. Można stwierdzić, że kandydat ma nieposzlakowaną opinię i przegłosować go na pierwszym posiedzeniu, można też odstawić kandydata do poczekalni. Komisja z zasady nie ujawnia żadnych informacji, więc taka osoba trafia w próżnię. A w mediach pojawiają się przecieki, że może się nie nadaje – opowiada nam nasz rozmówca. Pat na GPW rozwiązało dopiero porozumienie premiera Morawieckiego z prezesem Narodowego Banku Polskiego Adamem Glapińskim. Według osób, z którymi rozmawialiśmy, też nie obyło się bez swoistej wymiany, bo za zgodę na kandydaturę Marka Dietla, KNF miała wpływ na obsadę stanowiska szefa Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Ludzi, którzy trafiają w „próżnię decyzyjną”, jest więcej. Niedawno Michał Chyczewski został wybrany na prezesa Alior Banku. Też nie doczekał się akceptacji KNF. – Obok tych, którzy się nie doczekali zgody komisji, są ci, którzy dostali ją w kilka dni. Ludzie na rynku to widzą, bo praca w open spasie jakiegoś banku jest nagle brana jako doświadczenie w kierowaniu instytucjami finansowymi – mówi osoba, z którą rozmawialiśmy.

Każdy w swoją stronę

„Jeśli pan czyta prasę, to tworzymy dwa obozy. Jeden to jest obóz skupiony, powiedzmy, wokół NBP” – mówił Marek Chrzanowski Leszkowi Czarneckiemu. Po drugiej stronie jest obóz premiera Morawieckiego. Chrzanowski od razu deklaruje Czarneckiemu, że jego zdanie jest „tożsame z prezesem Glapińskim”, i narzeka na trudności, jakie prezes Glapiński ma z zyskaniem poparcia w zarządzie dla swoich pomysłów na funkcjonowanie NBP. „Każdy próbuje ciągnąć w swoją stronę” – mówi i od razu przechodzi do zarządzania kadrami. Opowiada historię, kiedy to z zarządu NBP próbowano wypchnąć Jacka Bartkiewicza [w stenogramie błędnie opisany jako „Babkiewicz” – red.], którego kuszono posadą prezesa SGB-Banku. „Bo była taka umowa, że on pójdzie sobie do SGB-Banku, ja mu tam przygotowałem taką możliwość” – mówi Chrzanowski. Po czym dodaje, że operacja się nie powiodła, bo Bartkiewicz ich „przechytrzył”. Nasi rozmówcy mówią o specyficznej relacji, jaka łączyła Chrzanowskiego z Glapińskim.

– Nie sądzę, żeby on kiedykolwiek podejmował decyzję sam. Zawsze było: „porozmawiam o tym z prezesem”, „muszę pójść z tym do prezesa”. Nieprzypadkowo Chrzanowski instruuje Czarneckiego, by przy „prezesie” nie był zbyt przychylny wobec Christine Lagarde, którą tamten uważa za lewaczkę. On bada grunt przed spotkaniem z osobą, która podejmie ostateczną decyzję – mówi nasz rozmówca. Ten podział był oczywiście znany osobom, które obserwują rynek finansowy w Polsce. Konflikt wokół GPW był tego jasnym przykładem. – Przewodniczący KNF i szef NBP tworzyli trzecią partię polityczną w Polsce. Obaj byli nominowani na kadencję praktycznie bez możliwości wcześniejszego odwołania. I doskonale to wykorzystywali. Ludzie, na których stawiali, wywodzili się z jednego kręgu, najczęściej związanego z warszawską SGH. Nagranie rozmowy Czarneckiego z Chrzanowskim odsłoniło ten układ. A propozycja korupcyjna, która pada w czasie tej rozmowy, pokazuje, do jak zepsutej sytuacji to doprowadziło. Premier Morawiecki zadziałał zdecydowanie, wymagając dymisji szefa KNF. Pytanie, czy to wystarczy?

Amerykański rezydent

Nie da się na to pytanie odpowiedzieć bez przyjrzenia się roli, jaką w całej tej sprawie odgrywa Leszek Czarnecki. Rozmowę z Chrzanowskim nagrał w marcu, prawdopodobnie nagrał też spotkanie z prezesem NBP. Nie wiadomo, jakim archiwum dysponuje, a każda taka taśma to polityczna bomba, zwłaszcza że Czarnecki, nagrywając, mógł prowadzić rozmowę w korzystny dla siebie sposób. – Sytuacja wokół banków Czarneckiego była zła, i to niezależnie od tego, jak źle traktowała go KNF. Widać to było w wycenach. Poza tym kredyty frankowe, polisolokaty czy na koniec sprzedaż obligacji GetBacku, wszędzie pojawiały się spółki związane z Czarneckim – mówi nasz rozmówca. – Jego imperium się przechylało, Czarnecki mówił o tym na spotkaniach z inwestorami. Skoro więc sam miał upaść, prawdopodobnie postanowił wywrócić cały system – dodaje. Inny mówi: „Dlaczego w całej sprawie pierwsze skrzypce gra prawnik związany z opozycją? Przecież to nieprzypadkowe”.

– Czarnecki jest rezydentem USA, jego grupa kapitałowa zarejestrowana jest w Luksemburgu, wspiera Fundację Auchwitz-Birkenau. Dalsze uderzanie w niego to groźba wybuchu skandalu międzynarodowego – dodaje. Rząd potrzebuje więc nowego otwarcia i powinien zbudować nadzór nad rynkiem kapitałowym od nowa. Adam Glapiński, który do niedawna był orędownikiem włączenia KNF do NBP (czyli faktycznego całkowitego przejęcia nadzoru), dziś jest skłonny do ustępstw. Na Kongresie 590 w Rzeszowie zasygnalizował, że nadzór należałoby podzielić na część bankową i kapitałową. Co zresztą chciał już wcześniej przeprowadzić rząd, tylko sprzeciwiał się temu wówczas Glapiński. – Ustawa o KNF powinna powstać od nowa. Na pewno bez takich uprawnień kadrowych, jakie ma teraz. Zasady, według których akceptuje się prezesów banków, powinny być proste i jasne. Nadzór w dotychczasowej formie jest źródłem samych kryzysów. Nie zapobiega aferom finansowym, wręcz je wywołuje. To dziś jedyna szansa na wyjście z tego kryzysu – mówi jeden z bankierów. Na razie jednak się zdaje, że ów kryzys nie ustępuje. Spekuluje się, że wkrótce zostaną opublikowane nagrania kolejnych rozmów Czarneckiego. I to na tych wątkach skupi się pewnie opinia publiczna. Warto jednak wykorzystać ten moment, by naprawić zły system. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 47/2018
Więcej możesz przeczytać w 47/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0