Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: 15 lat temu Młodzież Wszechpolska i Obóz Narodowo-Radykalny po raz pierwszy zorganizowały Marsz Niepodległości w Warszawie, a pan był jedną z jego twarzy. Jak pan wspomina tamten czas?
Artur Zawisza: Pierwsza, mniej zauważalna edycja, miała miejsce w 2009 roku, ale faktycznie 2010 rok był symbolicznym początkiem naszej inicjatywy, poszło w nim ok. 15 tys. osób. Pamiętam, że krew buzowała, były regularne bitwy z policją, każdy autokar z chłopakami był kilka razy na trasie zatrzymywany do kontroli. Marsz był ekstatyczny i charakteryzował się silną, uliczną opozycyjnością wobec ówczesnych rządów Platformy Obywatelskiej.
Sprzeciw wobec władzy sprawiał, że marsze do 2015 roku, gdy PiS wrócił do władzy, były legendarne. Z roku na rok przybywało uczestników, więc nie dało się ich zlekceważyć ani zdelegalizować.
Kojarzyły się głównie z zadymami w centrum Warszawy.
Bo tak były przedstawiane w mediach dominującego nurtu – jako arena do burd i awantur. Przełom nastąpił w 2013 roku, gdy zaczęły dominować media społecznościowe. W sieci pojawiały się rzeczywiste relacje z wydarzenia, szerszy kontekst niż ten ukazywany przez dziennikarzy. Zobaczyliśmy obraz rodzin, które idą ulicami stolicy, biało-czerwonych flag i podniosłej atmosfery, co odczarowało wydarzenie.
Co roku pojawiają się rozbieżności w statystykach frekwencji. Organizatorzy podają inne dane niż stołeczny ratusz. Z czego to wynika?
Ratusz celowo umniejsza liczbę uczestników, co roku. Z kolei organizatorzy mają swoje subiektywne wyliczenia. Prawda leży gdzieś po środku.
A jaka jest prawda o uczestnikach marszu?
Kiedyś powiedziałem, że każde pokolenie ma swój marsz. Starsi mieli marsz w obronie TV Trwam, osoby w średnim wieku – marsze smoleńskie a młodzi – Marsz Niepodległości. Piętnaście lat temu byli to głównie buntownicy, protestujący przeciwko szeroko rozumianemu establishmentowi. To była nowość. W miejsce tradycyjnego, statycznego wiecu wprowadziliśmy nieznaną wcześniej formułę mobilną, co nadało wydarzeniu dynamiki. Marsz stał się unikatowy w skali Europy. Przyjeżdżały do nas delegacje z wielu krajów – Hiszpanii, Włoch, Francji, Szwecji, Holandii czy Wielkiej Brytanii.
Byliśmy pierwowzorem dla innych marszy np. smoleńskich. Wiele środowisk zaczęło nas naśladować, a nawet padały zarzuty, że PiS chce się do nas przykleić i przejąć Marsz.
Na przestrzeni lat dochodziło jednak do niebezpiecznych sytuacji. Pamiętam płonący balkon, który zapalił się od rac uczestników czy fotoreportera postrzelonego przez policję. Tomasz Guntry stracił wówczas oko. Są chwile, gdy myśli pan, że popełniono jakieś błędy na etapie organizowania wydarzenia?
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
