Chaos w szpitalu we Wrocławiu. „To jak targ niewolników”

Chaos w szpitalu we Wrocławiu. „To jak targ niewolników”

Dodano: 
SOR w szpitalu
SOR w szpitalu Źródło: Shutterstock / FotoDax
Codzienność jednego ze szpitali we Wrocławiu to nieustanna walka o miejsce dla pacjentów – szczególnie tych, którzy trafiają na SOR.

Paradoks polega na tym, że na innych oddziałach łóżka często stoją niewykorzystane.

– Gdyby porównać nas do branży turystycznej, to mamy bardzo wielu chętnych na namioty, a pokoje deluxe świecą pustkami – mówi dziennikarzom Gazety Wyborczej lekarka pracująca na jednym z oddziałów szpitala przy ulicy Fieldorfa we Wrocławiu.

Jej zdaniem to efekt złego zarządzania placówką oraz systemowych problemów. Oddziały chorób wewnętrznych od lat są niedofinansowane. – Likwidowane są kolejne łóżka na oddziałach internistycznych. W ostatnich latach mnóstwo ich ubyło. Od kiedy pamiętam nie przynosiły dochodów, były najbardziej zadłużone, bo procedury są słabo wyceniane – opowiada. Dodaje, że dyrektorzy stawiają na rozwój procedur, które są bardziej opłacalne, na przykład szybkie zabiegi czy jednodniowe hospitalizacje.

SOR przepełniony, pacjenci czekają godzinami

Skutki tych decyzji widać szczególnie na SOR-ze przy Fieldorfa we Wrocławiu. Do placówki trafia nawet 200 pacjentów dziennie, co czyni ją jedną z najbardziej obciążonych w Polsce. – Nie ma gdzie ich kłaść, bo oddziały są za małe. Pacjenci leżą na korytarzu albo lądują na dostawce – opisuje sytuację lekarka.

Często chorzy czekając na zwolnienie się miejsca, spędzają kilkanaście godzin na oddziale ratunkowym.

– Po wypisach następnego dnia rano jest coś, co nazywamy targiem niewolników. Ordynatorzy z oddziałów internistycznych schodzą na dół na SOR, żeby jakoś tych pacjentów upychać na oddziały – mówi lekarka. – To jest naprawdę czasami dramatyczne. Lekarzom puszczają nerwy, bo to tak jakby za krótką kołdrę codziennie naciągać i naciągać – dodaje.

Gdy brakuje miejsc na internie, pacjenci trafiają na inne oddziały, nierzadko zupełnie nieprzystosowane do ich leczenia.

System przeciążony. Lekarze i pacjenci w pułapce

Taka organizacja pracy wpływa negatywnie zarówno na pacjentów, jak i personel medyczny. Lekarze różnych specjalizacji zmuszeni są leczyć schorzenia spoza swojej dziedziny.

– Napięcie, jakie towarzyszy rozdzielaniu pacjentów, to wynik tej beznadziejnej sytuacji i tego, że powtarza się ona każdego dnia – uważa lekarka. – Chorych jest za dużo w stosunku do możliwości oddziałów. Lekarze kłócą się między sobą, kto ma kogo wziąć. Staramy się koleżeńsko pracować, ale czasami aż nerwy puszczają – wyznaje medyczka.

Przywołuje przykład pacjentki, która trafia do ortopedów – ma złamaną nogę, ale także się dusi, bo cierpi na zapalenie płuc. Ortopedzi „denerwują się, bo się boją, czy sobie poradzą”. Jak wyjaśnia lekarka, chociaż ortopedzi przechodzą ogólne kształcenie medyczne, interna to nie ich specjalizacja. I działa to w dwie strony. – Internista też zauważy, że ktoś złamał nogę i wstępnie sobie z tym poradzi, ale już nie zoperuje tej nogi – dodaje rozmówczyni GW.

Jak twierdzi lekarka, interna, która kiedyś była fundamentem medycyny, dziś mocno straciła na znaczeniu. Młodzi lekarze coraz rzadziej wybierają tę specjalizację, między innymi ze względu na ciężkie dyżury i niskie wynagrodzenia. – Wielu dyrektorów uważa, że oddział internistyczny to jest śmietnik szpitala – kwituje.

Jest odpowiedź szpitala

Jak wyjaśnia dr n. med. Tomasz Tomkalski, p.o. zastępcy dyrektora ds. lecznictwa, w ostatnim czasie medycy obserwują wzrost pacjentów internistycznych. – Od wielu tygodni ponad 200 osób dziennie zgłasza się na SOR, niezależnie od chorych, którzy przychodzą do działającej przy szpitalu Nocnej i Świątecznej Pomocy Zdrowotnej (…). Pacjenci, którzy czekają już na przyjęcie do oddziałów, niejednokrotnie muszą przepuścić chorych w stanach nagłych przywożonych przez zespoły ratownictwa medycznego. W takiej sytuacji nie jest możliwie sprawne przyjęcie tak dużej liczby chorych internistycznych – wyjaśnia.

Podkreśla jednocześnie, że ci, którzy trafiają na SOR znajdują się pod stałą opieką lekarzy, a podczas czekania mają już wdrożone leczenie.

– Staramy się tego unikać, ale zdarza się, że pacjenci muszą poczekać na miejsce na dostawkach, czy w korytarzach oddziału – wyjaśnia i dodaje, że ze względu na „strukturę organizacyjną”, szpital nie może zwiększyć bazy łóżek na internie. Musi bowiem utrzymać funkcjonowanie wyspecjalizowanych oddziałów, takich jak toksykologia czy kardiologia.

Czytaj też:
Szpital w Lesku. „Nowemu dyrektorowi życzę cudu. Każdy dzień to gaszenie pożarów”
Czytaj też:
Koniec negocjacji przychodni z NFZ. „System wchodzi w trudny etap"

Opracowała:
Źródło: Gazeta Wyborcza