Długo czekaliśmy na debatę faworytów kampanii prezydenckiej, oj długo. A kiedy do niej doszło okazało się, że w zasadzie wszystko jedno na kogo zagłosujemy. Bo program wszystkich kandydatów można streścić w dwóch zdaniach: „Dostaniecie wszystko o czym marzycie. I nie będziecie musieli za to płacić”. A kto zapłaci? Tego kandydaci nie zdradzają.
Płatna edukacja? Skąd, przecież darmowe szkoły się obywatelom należą. Płatna służba zdrowia? A gdzie tam. Przecież każdy ma prawo się leczyć. Budowa wałów? Oczywiście, jak najszybciej i jak najwięcej – etc. etc. Czyje to słowa? Wszystkich…
Nic tylko wybierać i zacierać ręce czekając na mleko i miód, którymi zaczną spływać Wisła i Odra. Dociekliwy obywatel mógłby jednak spytać: ok., ja nie płacę, czyli kto płaci? Takiego pytania nie zadali jednak ani przeuroczy dziennikarze prowadzący debatę, ani żaden z kandydatów. Mniejsza z tym, że nie zapytał Grzegorz Napieralski – jest socjaldemokratą więc z definicji obiecuje dużo w domyśle mając podwyższenie podatku dla kułaków, kapitalistów i obszarników (najlepiej do poziomu 80 procent – jak w Szwecji, ziemi obiecanej Napieralskich z całego świata). Mógł też nie zapytać Pawlak – bo szansa, że zostanie on prezydentem jest mniej więcej tak duża jak to, że Polska wygra Mundial w RPA. Podobne szanse ma zresztą PSL na samodzielne rządzenie – więc Pawlak może swobodnie obiecywać nam nawet instalacje złotych klamek na każdej klatce schodowej. Ale dlaczego liberalny Komorowski nie spytał Kaczyńskiego z czego sfinansuje swój welfare state, skoro Kaczyński zadeklarował, że obniży podatki? Dlaczego Kaczyński nie spytał Komorowskiego jak to jest, że kandydat partii liberalnej na słowo „prywatyzacja" reaguje gniewnym okrzykiem: nigdy! To lepiej się kłócić o to, kto jest myśliwym, a kto hoduje zwierzęta futerkowe? Ekonomia panowie, ekonomia. Albo macie zachomikowane gdzieś na czarną godzinę kilka bilionów dolarów, albo po prostu słowo „darmowe" rozumiecie tak, że nie wy będziecie za to płacić. To ja za taki gratis dziękuję. Zapłacę chętnie sam – ale za to z czego ja będę korzystał, a nie za wszystko dla wszystkich.
Jeśli bowiem wziąć poważnie to, co kandydaci mówili w debacie, to prezydentem Polski powinien zostać święty Mikołaj. Tak – ten człowiek musi mieć dużo pieniędzy, bo co roku obdarowuje 6 miliardów osób prezentami, a nie słychać by był zadłużony względem Klubu Paryskiego, Londyńskiego, nie ma też chyba linii kredytowej w MFW. Może więc korzystając z oszczędności zafunduje nam to Eldorado gdzie wszystko będzie za darmo. Bo wam, drodzy bajkopisarze, jakoś w to „za darmo" nie wierzę.
Nic tylko wybierać i zacierać ręce czekając na mleko i miód, którymi zaczną spływać Wisła i Odra. Dociekliwy obywatel mógłby jednak spytać: ok., ja nie płacę, czyli kto płaci? Takiego pytania nie zadali jednak ani przeuroczy dziennikarze prowadzący debatę, ani żaden z kandydatów. Mniejsza z tym, że nie zapytał Grzegorz Napieralski – jest socjaldemokratą więc z definicji obiecuje dużo w domyśle mając podwyższenie podatku dla kułaków, kapitalistów i obszarników (najlepiej do poziomu 80 procent – jak w Szwecji, ziemi obiecanej Napieralskich z całego świata). Mógł też nie zapytać Pawlak – bo szansa, że zostanie on prezydentem jest mniej więcej tak duża jak to, że Polska wygra Mundial w RPA. Podobne szanse ma zresztą PSL na samodzielne rządzenie – więc Pawlak może swobodnie obiecywać nam nawet instalacje złotych klamek na każdej klatce schodowej. Ale dlaczego liberalny Komorowski nie spytał Kaczyńskiego z czego sfinansuje swój welfare state, skoro Kaczyński zadeklarował, że obniży podatki? Dlaczego Kaczyński nie spytał Komorowskiego jak to jest, że kandydat partii liberalnej na słowo „prywatyzacja" reaguje gniewnym okrzykiem: nigdy! To lepiej się kłócić o to, kto jest myśliwym, a kto hoduje zwierzęta futerkowe? Ekonomia panowie, ekonomia. Albo macie zachomikowane gdzieś na czarną godzinę kilka bilionów dolarów, albo po prostu słowo „darmowe" rozumiecie tak, że nie wy będziecie za to płacić. To ja za taki gratis dziękuję. Zapłacę chętnie sam – ale za to z czego ja będę korzystał, a nie za wszystko dla wszystkich.
Jeśli bowiem wziąć poważnie to, co kandydaci mówili w debacie, to prezydentem Polski powinien zostać święty Mikołaj. Tak – ten człowiek musi mieć dużo pieniędzy, bo co roku obdarowuje 6 miliardów osób prezentami, a nie słychać by był zadłużony względem Klubu Paryskiego, Londyńskiego, nie ma też chyba linii kredytowej w MFW. Może więc korzystając z oszczędności zafunduje nam to Eldorado gdzie wszystko będzie za darmo. Bo wam, drodzy bajkopisarze, jakoś w to „za darmo" nie wierzę.