U nas, niestety, sprawa ta, jak i zresztą wiele innych spraw, postawiona jest paradoksalnie: raczej na głowie niż na nogach. Okazje wyjątkowe, święta, uroczystości, festyny zorganizowane są z reguły świetnie, dzień powszedni, dzień pracy, z reguły marnie. A źle zorganizowany dzień pracy przecieka między palcami, schodzi na niczym, jest nieindywidualny, niewyrazisty, nieintensywny i przez to właśnie diabelnie męczący: świadomość marnowania czasu wisi nad człowiekiem uporczywie, ciężka, nie pozwalając się cieszyć życiem. W rezultacie tworzy się środowisko neurasteników, kompleksiarzy, „geniuszy bez teki", ludzi z jednej strony męczących się poczuciem własnej niedowartości czy niepełnej wartości, z drugiej strony lubiących wobec tego oddawać się marzeniom i karmić mitami, aby zrekompensować niedoskonałą rzeczywistość. Stąd też alkoholizm, bo wódka właśnie daje błogie (lecz jakże kosztowne) złudzenie, że się jest tym, czym się nie jest.
Do stanu złej organizacji dnia powszedniego przyczyniają się również dziwactwa takie, o których wciąż na próżno pisze prasa i to mniej opozycyjna ze swej natury (wciąż pieszczę się marzeniem, że „Tygodnik Powszechny" to jednak ciągle jeszcze pismo opozycyjne), im bardziej pozytywna, tym właśnie pisze ostrzej, dosadniej, a także dokładniej — vide „Polityka", „Życie Gospodarcze" i inne. Przypomnijmy ów cytowany w poprzednim numerze naszego pisma groteskowy list do redakcji „Polityki", napisany przez wysokiego urzędnika w sprawie... uszczelek, Z listu tego wynikało jak na dłoni, że sprawy uszczelek nie sposób ruszyć z miejsca, bo leży ona w gestii trzech (dosłownie) ministerstw i całej kupy innych instytucji. Nie ma zaś na przykład mowy o tym, żeby wezwano jednego przedsiębiorcę (broń Boże nie prywatnego, indywidualnego, lecz prawidłowego przedsiębiorcę państwowego) i powiedziano mu: — Rób bracie co chcesz, zawieś na kołku wszystkie przepisy, normy, plany, ceny, kontyngenty, limity zatrudnienia, ale zmajstruj nam owe nieszczęsne uszczelki! Jak ci się uda, to zmienimy przepisy i normy — widać były niedobre, nie dopasowane do życia. Jak zawalisz — twoja strata, ale ryzykuj — ryzyko to smak życia.
Tu jest właśnie pochowany pies, i to jaki — ogromny pies. Chodzi o to, żeby po prostu można było coś zmienić w unię życia i jego empirycznie sprawdzalnych, ekonomicznych praw. Nawołuję do swobodnego otwarcia systemu, w którym żyjemy, na zmienne a intensywne powiewy życia: nastawmy żagiel tak, aby korzystał z wiatru, nie zaś mu się przeciwstawiał. Wyleczymy wtedy ludzi z fatalistycznego marazmu, ustąpi neurastenia i mitomaństwo, dzień powszedni odzyska swą twórczą treść, swą intensywność i radość, ulotni się nuda i czekanie na wydarzenia niezwykłe czy na wyimaginowane okazje, uleczymy pokolenie, społeczeństwo, naród, dając mu możność realizowania twórczej pracy poprzez wkład indywidualnych udoskonaleń. Każdy będzie wtedy twórcą produkcji, a wszakże nie kto inny tylko Engels powiedział, że społeczeństwo socjalistyczne to „dobrowolny związek wolnych producentów". Wtedy i ja zostanę socjalistą. Abyśmy tylko zdrowi byli!
22 V 1966, TP nr 904