Hasła codziennego dnia pracy nowej Polski, choć pozytywne i bezsporne, dziwną mają w sobie zamkniętą i ciasną jednoznaczność - nie widać w nich uroku kuszącej tajemniczości, owej niejasnej, arcyciekawej, domyślnej raczej a przecież realnej obietnicy, możliwości nieograniczonych perspektyw, których wizja czy nadzieja ożywiała zawsze wszelkich conquistadorów — wszak conquistadorami muszą być Polacy w kraju przeoranym przez wojnę, pracujący na Ziemiach Zachodnich czy w Prusach Wschodnich. Zagospodarowanie, odbudowa, upowszechnienie, zjednoczenie - to hasła rozsądne, konkretne, nie nasuwające wątpliwości - a przecież dziwnie bezbarwne, nieatrakcyjne, pozostawiające ludzi obojętnymi - nie są uskrzydlone tchnieniem wielkiej idei ani zabarwione i ożywione magią wielkiej nadziei. Pracować - pracujemy, odbudowywać - odbudowujemy, upowszechniać - upowszechniamy - ale dlaczego ludzie się nudzą? Dlaczego nad Polską wisi dziwna mgła niewiary, sceptycyzmu, marazmu, nieufności, a prowincja polska dziś to po prostu kraina snu, gdzie tylko alkohol rozświetla czasem szarość zmierzchu ludzi znudzonych i nie mających na nic ochoty? Czy to zmęczenie wojną, czy może poczucie europejskiej bezsilności - wszak Europa z subiektu stała się obiektem, to przepaja i nasyca jej atmosferę, to jest leitmotiv jej codziennej pracy. Opowiadano mi o pewnym Amerykaninie, który powiedział tak: my istniejemy dwieście lat a wy tysiące, myśmy przez swoje dwieście lat zrobili tyle, że dziś ochłapami dożywiamy jeszcze Was, a Was po tylu tysiącach lat stać było tylko na Hitlera, totalizm i wojny światowe. Okrutna to i nazbyt prosta synteza - nie uwzględnia okoliczności łagodzących, lecz jest w niej coś z prawdy. Wiemy to, i mimo to - pracujemy. Praca nas przecież trzyma, praca nas chroni, praca nas konserwuje, lecz jednocześnie praca, połączona z nieustannym uświadamianiem sobie monotonii otaczających nas form, ograniczonych i nazbyt skrystalizowanych, tchnie smutkiem nowoczesnej, zmechanizowanej fabryki, gdzie jest wysiłek, lecz nie ma niespodzianek, gdzie jest walka, lecz sukces nigdy nie przekracza rozmiarów przewidzianych, gdzie jest rytm, lecz brak - ducha.
Siedzimy w jednym z europejskich akwariów, natłoczonych drobnymi ale nieruchawymi, bo podtrutymi rybkami, albo może na dnie zielonego, nie wyszlamowanego stawu, w którym tkwią same muszle, a ruch wnoszą jedynie krążące tu i tam - pijawki. Buntujemy się przeciw temu nastrojowi: wszak niepodległość po latach okupacji nie może być nudna, tu gdzieś tkwi błąd, ale gdzie - może w nas samych?! Prasa codzienna zionie optymizmem, a tymczasem dzień powszedni - zieje bezsilną melancholią. Ja też jestem bezsilny. Redaktor skazał mnie na cotygodniowe „struganie małpy", wykrzywianie się i wesołe skoki, a tu - brak mi energii i humoru.Pewien kolega skarżył się kiedyś gorzko, że nie mieliśmy radosnego święta - zakończenia wojny: tyle lat okupacji marzyło się o wspaniałych obchodach i manifestacjach, o polskim wojsku, o orgii wolności - tymczasem, gdy moment nadszedł, ujrzeliśmy nieoczekiwany obraz: po udekorowanych sztandarami ulicach miast krążyli „szarzy" ludzie poważni, nieufni, wyczekujący i jakby speszeni. Czyżbyśmy przez okres okupacji stracili prawo do radości, czyżbyśmy byli pokoleniem beznadziejnych bankrutów, czy też - tkwi tu jakiś błąd? Nie podejmuje się odpowiedzieć na te pytania - wy mi odpowiedzcie!
Chciałem na tym skończyć, lecz to byłoby i zbyt smutne i nieprawdziwe. Pesymizm nie może zapanować: jest postawa najłatwiejszą, a właściwie — nie jest w ogóle postawą; jest formą śmierci duchowej, gorszej od śmierci fizycznej. Czy znacie taki wiersz angielskiego poety Symonsa:
„W tym życia błędnym koleNiż płakać — śmiać się wolę;
Nie wpadam w melancholię
Choć ostry krzew ukole
W tym życia biednym kole..."
Ładnie, lecz i to nie wystarcza: tylko się śmiać, to również postawa dekadencka. Śmiać się można i trzeba, lecz przede wszystkim trzeba — wierzyć. I ja wierzę. W co ? — zapytacie. Na to Wam tutaj nie odpowiem, to nie miejsce, zresztą gdy tylko mówię, tu poważnie, to posądzają mnie o blagę, hipokryzję i kpiny. Wierzę w różne idee, o których mowa jest na innych stronach „Tygodnika". I wiem, że tylko silna wiara zniweczyć może skutki zatruwającego dusze Europejczyków czadu pesymizmu i poczucia bezsilności.11 V. 1947, TP nr 112