Bond

Krzysztof Bondaryk wygląda jak niepozorny księgowy, ale podobno wie wszystko o wszystkich. Szef ABW to najmocniejszy człowiek tajnych służb. Czy ma zapis ostatniej rozmowy prezydenta z Jarosławem Kaczyńskim?
Siedziba Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Jej szef Krzysztof Bondaryk gości w swoim gabinecie dwóch posłów Platformy. Puk, puk.

Przez drzwi zagląda sekretarka: – Panie ministrze, przyszli ci dwaj panowie, których pan wzywał.

– Proszę wprowadzić. Sekretarka znika, drzwi się zamykają.

Bondaryk spogląda na gości i krzyczy: – Wstać! Pod ścianę i odwrócić się! Moi agenci będą wchodzić.

Taki żart ministra.

Bond, czy ty mnie przesłuchujesz?

– Rzeczywiście, Krzysztof ma ciężki dowcip – przyznaje jeden z polityków PO. – Kiedyś ukazał się niepochlebny artykuł na jego temat. Spytałem go, czy wie, kto tak na niego nagadał dziennikarzom. Odpowiedział mi z kamienną twarzą: „Ustalenie nazwisk tych osób zajęło mi 24 godziny, od tygodnia nad nimi pracuję. W swojej piwnicy". Andrzej Anusz, były poseł AWS, wieloletni znajomy Bondaryka: – Po prostu bywa ironiczny.

Andrzej Barcikowski, były szef ABW, obecnie członek rady konsultacyjnej przy szefie Agencji: – Na pewno nie jest efekciarzem, który popisuje się tajemną wiedzą. To raczej hermetyczny analityk.

Dla przyjaciół Bondaryk to po prostu „Bond". Nie wiadomo, kto wymyślił to przezwisko, ale pewne jest, że szef ABW je lubi. Kiedy w 2001 r. kandydował z list PO do Sejmu, miał nawet hasło: „Nazywam się Bond. Bondaryk". W tym samym roku wydał też historyczne opracowanie dotyczące Niezależnego Stowarzyszenia Studentów w Białymstoku. Na jego odwrocie umieścił własne zdjęcie: w garniturze, krawacie i dużych czarnych okularach. Trudno jednak powiedzieć, by przypominał na nim Jamesa Bonda. Wyglądał raczej jak przeciętny księgowy.

– Taki jest też z charakteru: małomówny i ponury – ciągnie polityk Platformy. Ten sam, który usłyszał żart o ludziach przetrzymywanych w piwnicy. – Zawsze, kiedy z nim rozmawiam, mam wrażenie, jakby mnie przesłuchiwał. Kiedyś mu nawet powiedziałem, że jego sposób bycia powoduje u mnie dyskomfort. Tylko się skrzywił i odpowiedział: „No, proszę cię, proszę cię".

Krzysztof na każdego ma trzymanie

Bondaryk to dziś najpotężniejsza postać tajnych służb. Kilka miesięcy temu otrzymał od Bronisława Komorowskiego wymarzoną nominację generalską. Ufa mu też Donald Tusk – mimo kilku okazji do wręczenia mu dymisji zawsze go bronił. O sile Bondaryka świadczą także rekomendowani przez niego ludzie rozlokowani w newralgicznych miejscach administracji publicznej i służb. I tak, gen. Leszek Elas jest szefem Straży Granicznej, Andrzej Parafianowicz to wiceminister finansów i Generalny Inspektor Kontroli Skarbowej, a gen. Janusz Nosek – szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Bezpośrednim nadzorcą Bondaryka teoretycznie jest sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych Jacek Cichocki. W praktyce jednak Cichocki ma ograniczone kompetencje, więc Bondaryk nie musi się z nim liczyć. I raczej się nie liczy. – Nie jest malowanym szefem. Mocno trzyma Agencję i budzi respekt. To się czuje – przyznaje Zbigniew Siemiątkowski, minister spraw wewnętrznych w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza. W Platformie mówi s i ę nawet , że wszechmocny Bondaryk może powtórzyć wyczyn Johna Edgara Hoovera, legendarnego dyrektora FBI, który na swoim stanowisku przetrwał ośmiu prezydentów USA. – Krzysztof to dziś najlepiej poinformowany człowiek w Polsce. Wie wszystko o wszystkich i na każdego ma jakieś trzymanie – przekonuje nas jeden z posłów PO. Opinia o wszechwiedzy i potędze Bondaryka jest powszechna.

– Według moich informacji ABW od dawna ma zapis ostatniej rozmowy telefonicznej prezydenta z Jarosławem Kaczyńskim, choć prawdopodobnie nigdy się do tego nie przyzna. Z relacji, którymi dysponuję, wynikałoby też, że pan Bondaryk był pomysłodawcą otworzenia trumny Lecha Kaczyńskiego kilka dni po katastrofie i widział ciało. Pytanie tylko, czy oficerowie Agencji pobierali ze zwłok prezydenta jakieś próbki – twierdzi w rozmowie z „Wprost" mec. Rafał Rogalski, pełnomocnik części rodzin ofiar katastrofy.

ABW, rzecz jasna, zaprzecza. Twierdzi, że Bondaryk ani nie ma zapisu rozmowy, ani nie zlecał otwarcia trumny z ciałem prezydenta.

Był mocny, nie pękał

Zima 1982 r. W największej sali Domu Kultury w Białymstoku obraduje sąd wojskowy. Milicjanci wprowadzają dwudziestu jeden studentów oskarżonych o działalność antypaństwową. Każdy w kajdankach i w obstawie dwóch funkcjonariuszy. Wśród nich młody Bondaryk: drobny i szczupły student historii, po kilku miesiącach aresztu. – To współczesny proces filomatów! – unosi się podczas mowy obrończej mec. Władysław Siła-Nowicki.

Piotr Andrzejewski, inny z adwokatów w tym procesie: – To była sprawa studentów, a miało taką oprawę jak dzisiaj proces mafii. Bondaryk nie pękał, był jednym z mocniejszych. Anusz, były działacz NZS: – Nie znałem go wtedy osobiście, ale oczywiście o nim słyszałem. Siedział za NZS, był dla nas legendą.

Po wyjściu z aresztu Bondaryk dokończył studia i zabrał się do doktoratu. Pisanie przerwał mu upadek komuny. Ówczesny minister spraw wewnętrznych Krzysztof Kozłowski szukał ludzi do budowy Urzędu Ochrony Państwa. Ktoś polecił mu Bondaryka, początkującego nauczyciela i asystenta w Instytucie Historii PAN.

– Mianowałem go szefem białostockiej delegatury. Był inteligentny i pracowity – wspomina w rozmowie z „Wprost" Kozłowski. „Bond" czuł się jak ryba w wodzie: uczestniczył w weryfikacji esbeków, sprawdzał do służby kolegów z NZS. Z Urzędu wyleciał z hukiem w 1996 r. Wyrzucił go Siemiątkowski. Jednym z powodów był wyciek tajnej instrukcji UOP otwierającej furtkę do inwigilacji związków zawodowych. Dokument rozesłano do wszystkich delegatur. Każda kopia była jednak znaczona i trop prowadził do Białegostoku.

– Miałem wrażenie, że Bondaryk i tak chciał odejść. Nie chciał pracować dla naszego rządu, kontestował wybór Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta i obnosił się ze swoim opozycyjnym rodowodem – mówi Siemiątkowski.

Kolega minister szuka pracy. Pomożesz?

Bezrobocie nie trwało długo. Zbliżały się kolejne wybory i szło nowe – AWS. Bondaryk czuł, że to będzie jego rozdanie. Pisał dla Akcji program reformy służb specjalnych i pracował w sztabie wyborczym. – Był w zespole weryfikującym naszych kandydatów do Sejmu. Chodziło o wyeliminowanie aferzystów i byłych agentów. W sztabie poznał też jedną z najważniejszych postaci AWS: późniejszego wicepremiera Janusza Tomaszewskiego zwanego „Wielkim Mechanikiem" lub „Rzeźnikiem z Pabianic".

Bondaryk zamiast do Urzędu trafił jednak do MSWiA. Najpierw na stanowisko dyrektora departamentu, a potem wiceministra. – Szefem UOP został Zbigniew Nowek, rówieśnik Krzyśka. Ich biografie do 1997 r. były równoległe. Obaj działali w NZS i obaj kierowali delegaturami Urzędu na początku lat 90. Krzysiek w Białymstoku, a Zbyszek w Bydgoszczy. Wszystko urwało się z początkiem rządów Jerzego Buzka. „Bond" nie mógł znieść swojej porażki i śmiertelnie skłócił się z Nowkiem – opowiada jeden z byłych posłów Akcji.

Z MSWiA Bondaryk znów wyleciał z hukiem. Powodem był artykuł w „Gazecie Wyborczej", która napisała, że Bondaryk, „szara eminencja" resortu, przeglądał policyjne archiwa, w których znajdowała się kartoteka o kryptonimie „Hiacynt”. Miały w niej być materiały dotyczące homoseksualnych opozycjonistów. „Czy ta wiedza nie zostanie spożytkowana do politycznego szantażu?” – pytał publicysta „Gazety”. „Bond” zapewniał, że „Hiacynt” nigdy nie istniał, ale musiał odejść.

Na otarcie łez zatrzymał jednak służbowe mieszkanie: okrągłe osiemdziesiąt metrów na warszawskim Ursynowie. Manewr trzy lata temu opisał „Dziennik": przychodząc do ministerstwa, Bondaryk wstąpił do Straży Granicznej. Kiedy wyrzucono go z MSWiA, postanowił pozostać w SG. Dzięki temu zachował mieszkanie i mógł przezimować dwa lata w rezerwie kadrowej, czyli nie pracować i pobierać pensję. W tym czasie jeździł na ryby i rozglądał się za nowym zajęciem.

W 2001 r. z pomocą bezrobotnemu Bondarykowi przyszedł Anusz. Zadzwonił do Piotra Ogińskiego, ówczesnego szefa publicznej spółki Tel-Energo, starego znajomego z NZS: – Słuchaj, znany ci kolega, wiceminister Bondaryk, szuka pracy. Nie pomógłbyś? W ten sposób były nauczyciel historii, oficer służb specjalnych i ekswiceminister rezerwista trafia do biznesu. Zostaje wiceprezesem jednej ze spółek córek.

To spełniony gość

Trzeba przyznać, że jak na kogoś bez menedżerskiego doświadczenia radził sobie całkiem nieźle. Kiedy sześć lat później obejmie fotel szefa ABW, CV będzie miał już całkiem pękate. Znajdą się w nim takie firmy, jak Bison-Bial (produkcja uchwytów), Gazstal (przemysł naftowy), Ticons (bezpieczeństwo teleinformatyczne), no i oczywiście spółki kojarzone z Zygmuntem Solorzem-Żakiem: Invest Bank, Elektrim i Polska Telefonia Cyfrowa. Tajemnicą menedżerskiego sukcesu Bondaryka była elastyczność. W biznesie – w przeciwieństwie do UOP – już nie wybrzydzał na postkomunistów. W jednej firmie minął się z ministrem w rządzie Leszka Millera, a w drugiej z PRL-owskim dyplomatą. Najciekawiej było jednak w Bison- -Bialu, w którym udziałowcem był Metalexport. W jego władzach zasiadał Wiesław Huszcza, słynny skarbnik lewicy.

Kiedy w 2007 r. Platforma doszła do władzy, Bondaryk porzucił biznes i wrócił do służb. Spełnił swoje marzenie: został szefem ABW, następczyni UOP. – Finansowo dużo na tym stracił. To najlepszy dowód, że jest państwowcem – przekonuje Anusz.

Prezydent Lech Kaczyński był chyba innego zdania. Jeszcze przed obsadzeniem funkcji szefa ABW wysłał premierowi pismo z trzema pytaniami: Czy Bondaryk odszedł z rządu AWS przez sprawę kartoteki „Hiacynt"? Czy może dostać zarzuty w śledztwie dotyczącym wycieku tajnych danych z sieci Era (był tam pełnomocnikiem ds. informacji niejawnych)? I czy ABW prowadzi postępowanie wobec którejś z firm Zygmunta Solorza-Żaka?

Niedługo po objęciu przez Bondaryka wymarzonej posady prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie Ery. Jeszcze szybciej doszło do zmiany funkcjonariusza Agencji prowadzącego śledztwo w sprawie interesów Solorza-Żaka. „Newsweek" ujawnił, że oficer, który do tej pory pracował w Katowicach, został przesunięty do delegatury w Lublinie. Sprawa była tym bardziej dwuznaczna, że Bondaryk cały czas pobierał odprawę od Ery, spółki powiązanej z imperium Solorza-Żaka. W 2008 r. dostał ok. 450 tys. zł.

W tym czasie wybuchła kolejna bomba. „Rzeczpospolita" opisała kulisy odwołania Sławomira Luksa, prokuratora apelacyjnego w Białymstoku. Luks nadzorował śledztwo w sprawie afery przemytniczej, w której postawiono zarzuty bratu szefa Agencji. Bondaryk wytoczył za ten tekst „Rzeczpospolitej" proces. Kilka miesięcy później odwołany prokurator potwierdził jednak ustalenia dziennikarzy przed sądem: „Byłem odebrać dekret o swojej dymisji w Ministerstwie Sprawiedliwości. Spotkałem tam prokuratora Andrzeja Talasa. Usłyszałem, że o moją dymisję postarał się szef ABW Krzysztof Bondaryk”.

Mimo tych dwuznaczności Bond nadal kieruje Agencją. Jeśli Platforma wygra wybory parlamentarne, pewnie zostanie wybrany na kolejną kadencję. Anusz: – Robi dziś to, co kocha. To spełniony gość.


Okładka tygodnika WPROST: 15/2011
Więcej możesz przeczytać w 15/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także