My, Ślązacy, geje, ateiści

My, Ślązacy, geje, ateiści

Dodano:   /  Zmieniono: 73
Narodowy spis powszechny potwierdzi zapewne naszą polską jednorodność.
Mamy w kraju samych Polaków, samych katolików, samych białych (właściwie mamy też samych mężczyzn, bo tylko o nich opowiadają podręczniki polskiej historii oraz codzienne programy telewizyjne). Jak tylko zza węgła wychyli się jakiś Ślązak (a zza wydmy Kaszub), to od razu dostaje po nosie od „prawdziwych" Polaków, którzy pragną, by stan naszej jednorodności utrzymał się do końca świata. A mnie nic tak nie cieszy jak różnorodność!

Ślązacy, Romowie, Tatarzy – deklarujcie swą odrębność, bo o ile pojęcie obywatelstwa daje się jednoznacznie zdefiniować, o tyle pojęcie narodu podobnie jak pojęcie etniczności czy płci jest niesłychanie płynne i pora tę płynność wreszcie ujawnić. Jarosław Kaczyński z pewnością należy do innego narodu niż ja i większość obywateli. I wcale się tego nie wstydzi. Przeciwnie, głosi to na ulicach i w mediach. Powinien więc mieć możliwość wpisania w rubryce narodowość „polska – PiS". Trudno mu też jednoznacznie przypisać jakąś płeć, więc w  spisie powinna się pojawić rubryka „płeć męska polityczna”. Tertium genos. W rubrykę tę mogłoby się wpisać wielu panów.

Z kolei geje podobnie jak transseksualistka powinni okazać swoją gejowsko- -transeksualną dumę i skreślić rubryki „płeć męska"/„płeć żeńska”. W  końcu to kultura nas zmusza do określania się w granicach dwóch płci, choć natura stworzyła całe ich spektrum, by nie rzec – kontinuum.

Podobnie z wyznaniem. W narodowym spisie brakuje rubryki „ateista". Ludzie są zobowiązani do wpisania religii, względnie jakiegoś związku wyznaniowego, do którego należą, a ci, którzy nie mogą tego zrobić, są traktowani jako „bezwyznaniowi”. A to brzmi pejoratywnie. Bezwyznaniowiec to jak Jan bez ziemi, jak naród bez państwa, jak jednostka bez przynależności. Bezwyznaniowiec to ktoś, komu czegoś brak. Jakaś niepełność. Tymczasem jest akurat odwrotnie. To religijność jest raczej rodzajem wspornika dla osób, które nie dają sobie rady z  uporządkowaniem świata, na którym przyszło im żyć lub na którym nie  znajdują sensu, o ile nie dodadzą mu jakichś fantastycznych, wszechmocnych sił. Ateista to ktoś, kto te wsporniki odrzucił. To – w  przeciwieństwie do tego, co sądzą autorzy spisu powszechnego – miara jakiejś normalności. Ateista to człowiek, który wyrósł z dziecinnego okresu ludzkości wierzącej w zabobony, w rozlicznych bogów, potem w  Jedynego, w niepokalane poczęcie, cuda, zmartwychwstanie i tym podobne mało racjonalne „prawdy wiary”. Ateista to Europejczyk, racjonalista, oświeceniowiec, wyznawca światopoglądu naukowego, na którym opiera się dzisiejsze życie. Bo nawet głęboko wierzący w cuda katolik korzysta z  dobrodziejstw medycyny, która rozwijała się wbrew wierze. Przekonany o  kruchości świata doczesnego wierzący proboszcz wiejski korzysta z dóbr doczesnych. Ceni je w rzeczywistości znacznie wyżej niż posłuszeństwo przesłaniu ośmiu błogosławieństw, choć to ono umożliwia zbawienie.

Liczba katolików w Polsce gwałtownie zresztą maleje. Pod „obywatelskim" projektem ustawy całkowicie zakazującym aborcji podpisało się zaledwie pół miliona osób, a przecież największym probierzem religijności w  Polsce jest deklaracja o ochronie dziecka poczętego. Jeśli lista podpisów puszczona po kościołach dała tak mierny efekt, to znaczy, że  albo Polacy przeżywają gwałtowne konwersje, albo że przybywa nam ateistów i zwolenników praw kobiet.

Do tego wzrostu najbardziej przyczynia się sam Kościół, jak również minister Hall. Kościół pomału staje się zrzeszeniem panów (też tertium genos, czyli „płeć męska religijna"), których niski poziom wykształcenia, empatii, wiarygodności jest odwrotnie proporcjonalny do zachłanności, ambicji, pychy i  ignorancji. Religii w szkołach uczą katecheci, których średni poziom wykształcenia nie wykracza poza kiepskie gimnazjum. Jak powiedzieli mi uczniowie jednej ze szkół na prowincji – im więcej religii w szkole, tym lepiej, tym więcej ateistów. I minister Hall zdaje się to dobrze rozumieć.

Ateista – to brzmi normalnie i dumnie. Tak jak Ślązak, Tatar, gej czy każdy, kto odczuwa swoją tożsamość poprzez przynależność do  pewnej grupy. Za niektórymi z nich stoi wielka tradycja, historia, wspólnota obyczajów i wartości, za innymi tożsamość seksualna lub  racjonalna („bezwyznaniowa") tym bardziej znacząca, im bardziej represjonowana.

Nie bójmy się więc różnorodności. Ujawniajmy ją. Ekonomiści powiedzą „to jest opłacalne", historycy – „to wzmacnia wspólnotę”. A ja dodam: „to jest piękne!”.

Więcej możesz przeczytać w 16/2011 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 73

Czytaj także